Recenzja filmu

At the Sea (2026)
Kornél Mundruczó

Zmarnowany taniec

Kłują w uszy drewniane dialogi, szczególnie podczas rodzinnych sprzeczek. Czy zresztą w tych dialogach wszystko musiało zostać wypowiedziane? Dlaczego tym razem Mundruczó zostawia tak niewiele
Zmarnowany taniec
Jest kilku Kornélów Mundruczó. Jeden z nich pracuje na deskach teatralnych, kolejni stoją za kamerą. Wczesny był bardzo eksperymentalny, wręcz artystowski. Później kompletnie zmienił styl (i tego lubię najbardziej), udowadniając w "Białym Bogu" i "Księżycu Jowisza", że kino węgierskie – czy szerzej europejskie – może być prawdziwie spektakularne, z ducha hollywoodzkie, niemal superbohaterskie. Sukcesy te zaprowadziły go do kręcenia filmów anglojęzycznych, nie jednak superprodukcji, lecz kameralnych (przynajmniej jak na warunki amerykańskie) dramatów psychologicznych. Okres ten, rozpoczęty udanymi "Cząstkami kobiety", trwa do dziś – w konkursie tegorocznego Berlinale oglądać można następną jego odsłonę. Jako że na premierę czeka jeszcze szumnie zapowiadane "Place to Be", miejmy nadzieję, że "At the Sea" jest dla reżysera, niezwykle sprawnego w każdym ze swoich oblicz, jedynie wypadkiem przy pracy. 

Tym razem bowiem niewiele się udało – może z wyjątkiem kreacji Amy Adams, która nigdy przecież nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Do dobrych tytułów ostatnio jednak zdecydowanie szczęścia nie miała – pamiętacie "Kobietę w oknie"? A czy udało się Wam już zapomnieć o "Elegii dla bidoków"? Choć na berlińską premierę "At the Sea" aktorka nie przyjechała – być może przeczuwając, że nie okaże się on dziełem spełnionym – na pewno jest to tyleż obraz Mundruczó, ileż "film z Amy Adams". Podczas prawie dwugodzinnego seansu oglądamy ją na ekranie właściwie przez cały czas jako Laurę, która po półrocznej terapii opuszcza ośrodek odwykowy. Wcześniej wysoko funkcjonująca alkoholiczka, większa niż samo życie, ogarniała wszystko na 200%, dopóki… nie spowodowała wypadku, w którym ucierpiał jej kilkuletni syn (Redding Munsell). Kobieta musi się pojednać nie tylko z nim, ale też ze starszą córką (Chloe East), będącą w trudnym wieku dojrzewania, w dodatku zdradzającą symptomy DDA, oraz mężem (słaby występ Murraya Bartletta). Przede wszystkim zaś dojść do porozumienia z sobą samą.

Kim jest teraz i kim chce być? Bohaterka musi to dopiero odkryć i wybrać, czy spróbować na nowo odnaleźć się w dawnym życiu czy może zupełnie je przebudować. Obserwowanie trudnego liminalnego czasu potrafi być – jak widzieliśmy chociażby w niedawnym "The Outrun" – pasjonujące, tu jednak, choć Adams staje na głowie, okazuje się mało zajmujące. Dlatego myślę, że nominacja do Oscara, którą Mundruczó zapewnił Vanessie Kirby, tym razem się nie powtórzy. "At the Sea" zwyczajnie nie jest filmem tej klasy co "Cząstki kobiety". 

Ich scenarzystka i partnerka reżysera, Kata Wéber, powtarza tu swój ulubiony motyw dziedziczności traumy i rodzinnego kryzysu, którego trzeźwość Laury wcale nie rozwiązuje. Pytanie, czy nie wróci do picia, to jedno; drugie, że jej absencja okupiona została problemami finansowymi zarówno jej rodziny, jak i prowadzonej przez nią grupy tańca współczesnego, którą przejęła po ojcu-artyście. Zobaczymy go w retrospekcjach – w czarnym golfie wyglądać będzie jak… no właśnie, ojciec-artysta. Podobnie jak tancerz-gej to typowy tancerz gej; może jedynie poznany na plaży heroinista wydaje się jak na ćpuna trochę zbyt piękny. W ogóle wszyscy są tu biali, czyściutcy, mieszkają nad morzem, zajmują się sztuką, ewentualnie ogrodnictwem, które przecież też o sztukę się ociera, lub puszczają latawce (serio). Kłują w uszy drewniane dialogi, szczególnie podczas rodzinnych sprzeczek. Czy zresztą w tych dialogach wszystko musiało zostać wypowiedziane? Dlaczego tym razem Mundruczó zostawia tak niewiele przestrzeni widzowi?

Jest to tym bardziej zadziwiające, że tematyzowany w "At the Sea" taniec dawałby na to szanse jako forma niewerbalnej komunikacji. Próby włączenia go do języka filmu pojawiają się dopiero pod koniec i też nie zachwycają. Kolejna stracona szansa, zważywszy na to, że Adams przed wkroczeniem na duży ekran sama była tancerką. Nie wiem, czy zawiódł bardziej scenariusz Wéber, czy zderzenie jej tekstu z realiami amerykańskimi, które przypominają tu scenerię seriali obyczajowych z lat 90. Mundruczó nie wydaje się zainteresowany, by trochę ją opukać, jakoś w niej pogrzebać. Szkoda, bo wierzę, że węgierski duet naprawdę miałby szansę w USA zafunkcjonować. Wysokiej klasy obsada "At the Sea" stwarzała taką możliwość, podobnie jak współpracujący z reżyserem przy dużo lepszej "Ewolucji" Yorick Le Saux za kamerą czy auspicje producenta Alexandra Rodnyansky'ego, wcześniej odpowiedzialnego za najważniejsze tytuły Zwiagincewa. Wszystko to niestety na marne, najnowsze wcielenie Mundruczó mało kogo w sobie rozkocha.
1 10
Moja ocena:
3
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?