Recenzja filmu

Łza księcia ciemności (1992)
Marek Piestrak
Hanna Dunowska
Lembit Ulfsak

Zmierzch polskiego kina grozy

Można przypuszczać, że Piestrak chciał złożyć hołd Romanowi Polańskiemu, u którego praktykował na planie "Dziecka Rosemary", zabrakło mu jednak talentu, dobrego scenarzysty z warsztatem i w końcu ...
Polacy to dumny naród. Często wstydzimy się swoich porażek, zwłaszcza na progu kulturowym. Inna sprawa z dokonaniami historyczno-politycznymi. Zagadnienie to jednak na nieco inny temat niż ten, który tu omawiamy, więc umówmy się, że w kwestii dziedzictwa kulturowego krytycy i publika pozostają wierni starej zasadzie – kicz jest kiczem, arcydzieło zaś jest arcydziełem. Gdyby było inaczej, wiedziałbym o dokonaniach Marka Piestraka, jednego z nielicznych twórców rodzimego kina grozy dużo wcześniej. Na jego nazwisko natknąłem się jednak dopiero, gdy zainteresowałem się na poważnie polskim kinem klasy B. Choć zapewne napatoczyli się po drodze twórcy z równie miernym portfolio, to jednak pan Piestrak pozostaje numerem jeden w swojej kategorii, ze względu na fakt, że wstydliwe wpadki filmowe zdarzały mu się nie raz i nie dwa.

O tym jak złym filmem jest "arcydzieło dla wybrednych" spod ręki Eda Wooda nie trzeba przypominać, jednak pozbawiony logiki scenariusz i cała otoczka, sprawiły, że bijąca z kinowego ekranu głupota stała się tak niezwykła, że aż dobra. I Piestrakowi udało się dobrnąć do celu z "Klątwą Doliny Węży". Efekt oczywiście miał być odwrotny od zamierzonego, jednak quasi-przygodówka science-fiction z elementami horroru jest nietuzinkową błazenadą, dla której warto zarezerwować czas.

Radziecko-polska współpraca okazała się wszak kasowym sukcesem. Pomimo fali krytyki reżyser kontynuował ów twórczy związek. Efektem starań okazała się być osobliwa hybryda nie tyle wręcz gatunkowa co bardziej literacka – "Łza księcia ciemności" z 1993 roku, gdzie do współpracy zaproszono jeszcze estońską ekipę filmową. 

I tu też zaczynają się schody. Film ten stanowi koniec kariery reżyserskiej Piestraka, złośliwi twierdzą, że zaczyna i kończy karierę Tomasza Stockingera, zaś jeszcze bardziej wredni określają ów film końcem ery polskiego kina grozy. Czy tak rzeczywiście jest? Pochylę się nad opiniami, jednak najpierw słów kilka o fabule.

Tallinn, rok 1939. Dręczona przez koszmary senne pisarka Joanna Karwicka przeżywa kryzys twórczy. Jej literackie dokonania odbiły się szerokim echem w Europie, zaś baron von Preimann, wysłannik III Rzeszy dopatruje się w książkach kobiety licznych nawiązań i wskazówek, gdzie też znajduje się pierścień Łza Księcia Ciemności (przywołujący siły nieczyste), mogący wg legend dać władzę nad światem temu, kto go posiada. Postanawia uprowadzić pisarkę i szczegółowo wybadać. Na drodze staje mu jednak detektyw hotelowy, glina na 1/5 etatu niejaki Gunnar (Tomasz Stockinger). Wkrótce okazuje się, że chrapkę na klejnot ma znacznie więcej chętnych. Rozpoczyna się walka o znalezienie pierścienia, ale i ocalenie życia Joanny...

Gdyby powyższy opis oddawał to, co oddaje obraz Piestraka, pewnie można by dzisiaj tą "Łzę..." wspominać nomen omen z łezką w oku. Tak się jednak nie dzieje. O ile przyłożono się do scenografii i starano się jako tako oddać ducha ostatnich miesięcy przed II wojną, tak fabularnie sam książę ciemności zdaje się rozpaczać nad efektem końcowym. Sięgając po kino satanistyczne, reżyser ponownie chciał (ewentualnie doszło do sporu z resztą zagranicznej ekipy) scalić kilka gatunków na raz. Ostatecznie wykreował dzieło na wskroś nudne, niewiele do fabuły wnoszących epizodów, tj. ścigany marynarz czy stary drukarz, którego pozornie rozbudowany wątek zostaje czym prędzej zakończony.

Im szybciej do finału, tym akcja brutalnie przyśpiesza, więc niezniechęcony krytyką poprzednich prac twórca postanawia podwoić suspens, a nawet go potroić. Powielony twist fabularny przynosi niekorzystny efekt. Nie dość, że bohaterowie, którzy się dla fabuły nie liczyli, nagle zaczynają się liczyć to, całość jest poprowadzona tak amatorsko, że dla widza znaczy to tylko jedno: zadawanie sobie pytań otwartych: "Jak?", "Po co?", "Gdzie?", "Kiedy?", modląc się przy tym o napisy końcowe.

Przypadki detektywa hotelowego i pisarki, o której dziełach słyszeli tylko aktorzy w filmie, są obrazem po prostu źle zrobionym. Fabularnie nic nie trzyma się tu kupy, aktorstwo też jest nie najwyższych lotów, ale czegóż oczekiwać od kiepskiego skryptu? Muzyka nie jest aż tak źle dobrana jak w przypadku "Klątwy...", ale samo fatalne udźwiękowienie i źle zrealizowany dubbing (mowa tu o międzynarodowej produkcji) wpływają znacząco na odbiór końcowy. 

Odnośnie satanistycznej tematyki, można przypuszczać, że Piestrak chciał złożyć hołd Romanowi Polańskiemu, u którego praktykował na planie "Dziecka Rosemary", zabrakło mu jednak talentu, dobrego scenarzysty z warsztatem i w końcu budżetem, który by ten bałagan jakoś poukładał. Współpraca na progu artystycznym zawiodła do tego stopnia, że następnych prób znalezienia przestrzeni dla polskiego horroru już nie podjął. "Łzą księcia ciemności" jednak nie osiągnął dna twórczego, inaczej by się nim jakoś zapisał. Palmę pierwszeństwa na wieki dzierżyć będzie "Klątwa Doliny Węży" film od początku do końca idealnie koszmarny.
1 10
Moja ocena:
1
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Udostępnij:
"Łza księcia ciemności" ma dosyć ciekawą animowaną czołówkę, w której pojawiają się różne budzące grozę elementy: egzekucja, potwór Frankensteina czy odcięta głowa krowy ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 78%