Recenzja filmu

Łza księcia ciemności (1992)
Marek Piestrak
Hanna Dunowska
Lembit Ulfsak

Nic, tylko płakać

"Łza księcia ciemności" ma dosyć ciekawą animowaną czołówkę, w której pojawiają się różne budzące grozę elementy: egzekucja, potwór Frankensteina czy odcięta głowa krowy na fortepianie, ale nie ...
"Łza księcia ciemności" ma dosyć ciekawą animowaną czołówkę, w której pojawiają się różne budzące grozę elementy: egzekucja, potwór Frankensteina czy odcięta głowa krowy na fortepianie, ale nie ma ona związku z filmem. Historię zaczyna dopiero scena, w której rycerze próbują powstrzymać satanistów przed złożeniem w ofierze pięknej, nagiej kobiety. Odcięta przez jednego z nich ręka kapłana pełznie po jej obnażonym biuście i zaciska się na szyi, dusząc ją. Następuje cięcie i w XX-wiecznej już scenerii z krzykiem budzi się z koszmaru młoda powieściopisarka Joanna Karwicka (Hanna Dunowska). Kobieta jeszcze nie wie, że grozi jej wielkie niebezpieczeństwo ze strony sekty czcicieli Lucyfera, którzy wierzą, że ta posiada potrzebny im do rytuału pierścień nazywany łzą szatana. Na szczęście Karwickiej zaczyna pomagać pewien przystojny detektyw, Gunnar (urodziwy za młodu Tomasz Stockinger). Jest wczesna jesień roku 1939 i jeśli sekta nie zostanie powstrzymana, nastąpi koniec świata…

Za nakręcenie "Łzy…" odpowiadał Marek Piestrak, jedyny polski reżyser, który ma w swoim dorobku aż cztery filmy grozy (a więc 1/5 wszystkich polskich horrorów powstałych do końca pierwszej dekady XXI wieku): oprócz tu recenzowanego stworzył jeszcze "Wilczycę" – uważaną za pierwszy rasowy horror znad Wisły, "Klątwę doliny węży" i "Powrót wilczycy". Piestrak, który terminował u Polańskiego przy kręceniu "Dziecka Rosemary", tworzył dla telewizji fabuły i krótki metraż, a później od 1982 roku przez równą dekadę pracował tylko i wyłącznie nad wspomnianymi filmami grozy. To właśnie z tymi "koszmarkami" kojarzy się niezmiennie jego nazwisko.

Historia pięknej Joasi to film nieudany, podobnie jak pozostałe horrory Piestraka. "Łza..." jest niestety nudna, pełna dłużyzn i niepotrzebnych scen (np. kilkuminutowy koncert w restauracji przy zgaszonych światłach tylko po to, żeby Joannie niepostrzeżenie dolano do kieliszka środka halucynogennego). Trudno zaliczyć produkcję do nurtu horrorów satanistycznych (w stylu "Omenu") czy religijnych (np. "Stygmaty"), ponieważ film zostaje jedynie otwarty i zamknięty przez sceny satanistycznych rytuałów. Jedyne elementy gore (krwawiące kikuty po odrąbanych rękach) i te nadprzyrodzone (odcięte dłonie żyjące własnym życiem, biały ptak znikąd) pojawiają się tylko w tych scenach.

Nie ma tutaj momentów budzących czystą grozę i przestrach. Większość scen dzieje się za dnia w miejscach neutralnych: we wnętrzach budynków, na ulicach stolicy Estonii, w nadmorskim lesie. W budowaniu klimatu nie pomaga muzyka ani praca kamery. Jak w polskich horrorach z lat 80. bohaterki kobiece chętnie pokazują swoje wdzięki (do wyboru: negliż lub golizna) i ciągną mężczyzn do zguby.

Co ciekawe, tytułowy artefakt ostatecznie nie przyczynia się do nastania Armagedonu, ale zakończenie sugeruje, że mógł on jednak zostać użyty: wybuchła II wojna światowa – dla wielu świat się wtedy metaforycznie skończył. Co więcej, w poszukiwania pierścienia najbardziej zaangażowany był nazista, baron Preimann: okultystyczne zainteresowania III Rzeszy potwierdza historia, a w wielu filmach sięgnięto po ten właśnie motyw (chociażby w hicie "Indiana Jones i ostatnia krucjata").

Film Piestraka kończy zupełnie niepotrzebny suspens, bo po zakończeniu seansu nikt z pewnością nad tym gniotem nie będzie się dłużej zastanawiał. Koniec to koniec i już. "Łza księcia ciemności" to produkcja tak nieudana, że aż przez to warta obejrzenia. Oczywiście, że lepiej poświęcić swój czas na zapoznanie się z jakimś filmem naprawdę wartym obejrzenia, ale polskie "horrorki" to swego rodzaju ciekawostka w bogatym dorobku kinematografii naszego kraju i może warto zapoznać się chociażby z jednym z nich.
1 10
Moja ocena:
3
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
78% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Udostępnij:
Można przypuszczać, że Piestrak chciał złożyć hołd Romanowi Polańskiemu, u którego praktykował na planie "Dziecka Rosemary", zabrakło mu jednak talentu, dobrego ... więcej