Recenzja filmu

Aftersun (2022)
Charlotte Wells
Paul Mescal
Frankie Corio

None-inclusive

"Aftersun" to film złożony z samych momentów "pomiędzy", ze strzępów większych scen, układających się w ciąg nieatrakcyjnych wczasowych atrakcji. Ot, przeciwieństwo kina "all-inclusive": źródłem
None-inclusive
źródło: Materiały prasowe
Jest w "Aftersun" taka scena: dziewczynka w toalecie podgląda przez dziurkę od klucza rozmawiające o swoich seksualnych doświadczeniach nastolatki. Jej punkt widzenia jest ograniczony i słyszy jedynie strzępy rozmów, musi więc dopowiedzieć sobie rzeczy, których nie wie albo nie rozumie. Zupełnie jak my, oglądający intrygujący debiut Charlotte Wells. "Aftersun" to kino, które eksploruje fakt, że kino może być – co najwyżej! – wycinkiem rzeczywistości. Oko kamery operatora Gregory'ego Oke'a patrzy na świat w taki sposób, że demaskuje swoją poznawczą niekompetencję. Gdzieś poza kadrem i między cięciami montażowymi znacząco "przegapione" zostają przecież kluczowe fabularne fakty. Pars pro toto: za opowieść robią tu marginesy opowieści.  


Oto młody ojciec Calum (Paul Mescal) i jego córka Sophie (Francesca Corio) spędzają wakacje w tureckim kurorcie. Dziewczynka mieszka z matką i taki wyjazd jest dla niej rzadką okazją do pobycia z ojcem, nawiązania naderwanej linii porozumienia. Na co dzień Calum i Sophie się nie widują, tutaj zaś są ze sobą dzień w dzień, minuta w minutę: na plaży, na basenie, na wycieczce krajoznawczej, na wieczornym karaoke, w pokoju hotelowym. Ich bliskość jest wręcz namacalna, wymuszona przez kolejne wakacyjne aktywności: smarowanie kremem, nurkowanie, kąpiel błotną. Będąc razem, Calum i Sophie pozostają jednak osobno. Wells opowiada o niewidzialnych granicach porozumienia, o tym, co pozostaje między słowami i czym nie sposób się podzielić, nawet z najbliższymi.

Od pierwszych minut "Aftersun" uderza nas melancholijny, przygaszony ton narracji, nijak nie korespondujący z wczasowymi okolicznościami. Reżyserka pokazuje, że gdziekolwiek by się wyjechało, zabiera się tam siebie. Turecki kurort jest więc tyleż odskocznią od rzeczywistości, co czymś na kształt komory pogłosowej: klatką, w której bohaterowie zostali zamknięci ze swoimi demonami. Razem z Sophie mimochodem rejestrujemy wiszące w niedopowiedzeniu symptomy cichej udręki jej ojca: ręka skręcona nie wiadomo jak, siniak nabity nie wiadomo kiedy, rzucane półsłówkiem uwagi o zarobkowych i zawodowych wybojach. Blisko stąd do takich filmów jak "Lato 1993" Carli Simón czy "Od czwartku do niedzieli" Domingi Sotomayor, które pokazywały oczami dziecka świat, nad jakim krąży widmo rozpadu. 

 
W finale słyszymy wersję a capella hitu, w którym duetują Freddie Mercury i David Bowie: niby razem, a jednak "Under Pressure", "pod presją" – i jest to celne podsumowanie owej samotności we dwoje z "Aftersun". Dziecko może i "widzi więcej", ojciec może i "chce dobrze", ale Wells portretuje cichą tragedię komunikacyjnego impasu. To dramat Caluma, który gra rolę ojca mimo że potrzebuje pomocy. To dramat Sophie, która potrzebuje ojca, ale nie jest w stanie mu pomóc.

"Aftersun" to film złożony z samych momentów "pomiędzy", ze strzępów większych scen, układających się w ciąg nieatrakcyjnych wczasowych atrakcji. Ot, przeciwieństwo kina "all-inclusive": źródłem ekranowego napięcia nie jest fabularny konkret, ale jego brak. Tak zwany "świat przedstawiony" jest tu przedstawiony nie w pełni, a wspomniana perspektywa "dziurki" od klucza prowokuje – albo przynajmniej powinna prowokować – odbiorcze zaangażowanie. Widz przychylny zagra w tę grę i podąży tropem rozrzuconych przez reżyserkę okruszków. Widz mniej przychylny się po prostu znudzi, spyta "gdzie jest film w tym filmie"? Osobiście wolałbym nieco więcej konfliktów w kadrze, nieco mniej dosłownego leitmotivu-metafory (dyskotekowy danse macabre, jaki nieustannie pulsuje w głowie Caluma). Ale to walka o odbiorcze centymetry, o wygranej przesądzą kwestie absolutnie nieobiektywne, czytaj: widzowskie emocje. Bo od strony reżyserskiej techniki "Aftersun" nie może nie imponować. Wells jest szlachetnie powściągliwa, precyzyjnie kreuje ekranowe sensy (zdawałoby się, że z niczego) i – co najważniejsze – inscenizuje absolutnie wiarygodne ekranowe "życie".
 
Najsilniejszy – i najcenniejszy – konflikt filmu to zresztą napięcie między ulotnością wspomnienia a namacalnością rzeczywistości. "Aftersun" ma bowiem formę nostalgicznej reminiscencji ze wspomnianych wakacji. Film otwiera nieostra, rozpikselizowana scenka nakręcona przez Sophie kamerą wideo. Ileś tam ujęć później reżyserka zatrzymuje kamerę na wywołującym się zdjęciu z Polaroida: fotografia powoli nabiera kolorów, a Calum i Sophie stopniowo wyłaniają się jakby zza mgły zapomnienia. Z czasem uświadamiamy sobie zresztą, że akcja toczy się w przeszłości dorosłej Sophie, w rytm niegdysiejszych szlagierów, "Tubthumping", "Never Ever" czy innej "Macareny". Ale - właśnie - dopiero "z czasem", bo Wells tak umiejętnie kreuje w kadrze namacalne "tu i teraz". Paul Mescal i młodziutka Francesca Corio zdają się nie grać, ich aktorstwo to przykład nienachalnego, pozbawionego jednej fałszywej nuty ekranowego bycia przed kamerą. Jasne, "Aftersun" pracuje też na poziomie uogólnienia: jako opowieść o relacjach córek z ojcami, kobiet (dziewczynek) z mężczyznami (chłopcami). Przede wszystkim jest jednak opowieścią o relacji tych dwojga: tego Mescala spędzającego czas w kadrze z tą Corio. Gdzie jest film w tym filmie? Właśnie tutaj.
1 10
Moja ocena:
6
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nie mogę przewidzieć, które z moich doświadczeń zapisze się w mojej pamięci. Co pozostanie ze mną jako... czytaj więcej