Recenzja filmu

Clayface (2026)
James Watkins
Tom Rhys Harries

Oczy bez twarzy w DC

Choć "Clayface" nie jest produkcją bez wad, to od strony czysto rozrywkowej prezentuje się najlepiej z dotychczasowej kinowej oferty DC Studios. Szczególnie dla osób, które kochają horrory klasy
Oczy bez twarzy w DC
"Do trzech razy sztuka" – kto by pomyślał, że to powiedzenie jest wciąż aktualne. Do kin wchodzi właśnie trzeci pełnometrażowy film z nowego uniwersum DC. I choć "Clayface" nie jest produkcją bez wad, to od strony czysto rozrywkowej prezentuje się najlepiej z dotychczasowej kinowej oferty DC Studios. Szczególnie dla osób, które kochają horrory klasy B, C i Z.

I szczerze mówiąc, właśnie to budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony mam w pamięci to, jaki los spotkał komedie, gdy humor stał się jednym z głównych elementów widowisk komiksowych. Mimo upartej walki o widza kino komediowe do dziś nie wróciło do formy sprzed dwóch dekad. Z drugiej strony nie ma co zakładać, że horror spotka podobny los – kino grozy wciąż pozostaje poza sferą zainteresowań mainstreamowej widowni; sukces komiksowego horroru nie powinien więc odbić się na tym gatunku negatywnie. "Clayface'a" mimo wszystko należy jednak zaliczać do wyjątków. Regułą pozostają takie komiksowe koszmary jak "Morbius" czy ostatni "Hellboy".


Zresztą na początku filmu nic nie wskazuje na to, że "Clayface" może widza czymkolwiek zaskoczyć – zaczyna się bowiem jak większość komiksowych historii typu "origin". Oto główny bohater Matt Hagen (Tom Rhys Harries) zdaje się mieć wszystko. Poznajemy go jako dobrze zapowiadającego się aktora, który właśnie otrzymał swoją pierwszą ważną nominację. Jest przystojny, sławny, wszyscy go kochają. Fakt, że pochodzi z nizin społecznych, tylko przysparza mu fanów. Jego świat rozsypuje się za sprawą jednego wieczoru, wypadu do klubu i nieprzemyślanej decyzji. Upojna noc z piękną Mią (Joana Ribeiro) kończy się brutalnym przebudzeniem i atakiem ze strony Markosa Szabo (David Dencik), partnera Mii, a zarazem siejącego postrach w Gotham gangstera. 

Oszpecony Matt traci wszystko. A wiara w system sprawiedliwości i kompetencje lekarzy kosztować go będą fortunę. Przepadną dom, pieniądze, kariera i fani. Kiedy wydaje się, że została mu już tylko śmierć, natyka się na artykuł o genialnej naukowczyni (Naomi Ackie), która prowadzi eksperymenty nad niezwykłą metodą leczenia i regeneracji tkanek. Nie mając nic do stracenia, Matt przekonuje ją, by zgodziła się poddać go niezwykle ryzykownej terapii. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Do czasu...


Kiedy "Clayface" porzuca komiksową stylizację i zanurza się w estetyce rodem z body horroru, czyni to z zaskoczenia i bez chwili wahania. Ta zmiana będzie dla wielu widzów szokiem – twórcy wręcz celebrują obrzydliwe transformacje cielesne, do jakich tu dochodzi. Ostre zbliżenia, wręcz delektowanie się kolejnymi cięciami czy naroślami są jasnym dowodem na to, jak daleko twórcy odeszli od standardowego kina komiksowego. Pod względem epatowania obrzydliwością filmowi "Clayface" bliżej do takich produkcji jak "Pieprz mojego syna!" czy "Oślizgły dusiciel" niż do "Supermana".

Podobnie zaskakuje chore, pełne kiczu i groteski poczucie humoru. Jestem przekonany, że znajdą się widzowie (do których i ja się zaliczam), którzy na seansie będą parskać ze śmiechu. Chociaż na pewno nie wszystkim się to spodoba. Uprzedzam, że jeśli odstręczają Was tytuły w stylu "Pieprz mojego syna!", to nie ma raczej żadnych szans, że "Clayface" uznacie za dobrą rozrywkę. Dla reszty nowa produkcja DC Studios będzie miłą niespodzianką. Mimo bowiem składanych przez twórców zapowiedzi, trudno było uwierzyć, że "Clayface" zostanie osadzony w konwencji taniego body horroru. Tym bardziej że reżyser filmu James Watkins znany był dotąd z mainstreamowego kina gatunkowego ("Nie mów zła", "Kobieta w czerni"). James Gunn natomiast jako producent w wielkich wytwórniach już dawano zatarł swoje związki ze słynącej z tandety Tromą.


To całkowite oddanie body horrorowi jest największym pozytywnym zaskoczeniem i największą zaletą filmu Watkinsa. Niemniej nie wymazuje wszystkich wad. Narracyjny schemat kina komediowego jest chyba największym obciążeniem dla widowiska. Fabularnie jest to opowieść bardzo cieniutka, z całą masą postaci, które dla widza nie mają większego znaczenia. Nie sądzę, by zbyt wiele osób zadało sobie trud zapamiętania imion bohaterów, ponieważ to tylko wypełniacze przestrzeni, ewentualnie przyszłe ofiary Clayface'a.


Nie jestem też przekonany co do wizualizacji samego Gotham. To nasze pierwsze spojrzenie na miasto Batmana w oficjalnym uniwersum DC. Problem w tym, że niewiele różni się ono od miejskich krajobrazów, które zobaczyliśmy wcześniej w "Jokerze" czy "Batmanie". Miejscami można nawet odnieść wrażenie, że Joker grany przez Joaquina Phoenixa czy Batman w wykonaniu Roberta Pattinsona stoją gdzieś za rogiem lub popijają kawę w którejś z knajp mijanych przez Matta. Wydaje się, że Watkins powinien był jednak wyraźniej zaznaczyć wyjątkowość miasta i jego przynależność do głównej linii narracyjnej DC Studios.

Nie ma jednak co narzekać. "Clayface" nie jest idealnym filmem, ale jest lepszą rozrywką, niż można się było tego spodziewać. I to wystarcza... jako fundament zaufania do osób stojących za uniwersum DC. Teraz trzeba to zaufanie wzmocnić kolejnymi filmami o wyrazistym charakterze.
1 10
Moja ocena:
6
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?