Recenzja Sezonu 1

SOR (2026)
Sara Bustamante-Drozdek
Sylwia Rosak
Sonia Mietielica
Sebastian Dela

SOR to zdrowie?

Po sześciu odcinkach nie mam wątpliwości, że to najlepszy rodzimy serial medyczny w historii; z wyrazistą parą na pierwszym planie, fabularną wrażliwością społeczną i sprawną realizacją. Nie
SOR to zdrowie?
Recenzja odcinków 1-6 pierwszego sezonu. 

Zanim rodzimą telewizję w paśmie popołudniowym zdominowały paradokumenty, wakacyjne wysiadywanie przed telewizorem oznaczało najczęściej oglądanie kolejnych odcinków seriali medycznych; pełnych chorób, romansów i nierzadko kuriozalnych zwrotów akcji. Sprawiało mi to ogromną przyjemność – tak wielką, że przez pewien czas byłem w stanie wymienić z pamięci cały personel medyczny szpitala w Leśnej Górze. Zwłaszcza pokolenia lekarzy przybyłych po odejściu doktora Burskiego, który zdecydował się założyć sutannę i rozwiązywać kryminalne zagadki na sąsiednim kanale. 

Przeżywałem więc dramaty Witka Latoszka, podziwiałem stoicyzm dra Pawicy, na moich oczach rodziła się najbardziej legendarna (wybacz, Geralcie) kreacja aktorska Michała Żebrowskiego w postaci profesora Falkowicza. Jak to jednak często bywa, fascynacja dziewięciolatka medyczną telenowelą musiała kiedyś minąć. Zresztą niedługo później od seriali medycznych zaczęli odwracać się także sami nadawcy – po rewolucji serialowej ekranowa medycyna zdawała się przeszłością. 


Oczywiście nie zniknęła całkowicie, a jej losy odwróciły się zwłaszcza w kilku ostatnich latach. "Na dobre i na złe" wyemitowało w tym miesiącu jubileuszowy, tysięczny odcinek. Co i rusz natrafiam na młodzieżowe słowa roku w rolkach z emitowanego kilka razy w tygodniu "Na sygnale". TVN promuje "Szpital św. Anny" (zresztą to właśnie ta stacja odpowiadała za ostatni względnie udany medyczny projekt nad Wisłą w postaci "Lekarzy"), a Canal+ i Polsat niedawno próbowały swoich sił w medyczno-kryminalnej i przy tym zupełnie nieudanej "Sortowni". 

Niewątpliwie jednak prawdziwą reanimacją, zdawałoby się, umierającego gatunku okazało się dopiero "The Pitt" – wybitny przykład dobrze nakręconej i jeszcze lepiej napisanej, przeżywanej z godziny na godzinę ostrego dyżuru telewizji w klasycznym stylu z nowoczesnym twistem. Opowieści pozbawionej narzucającej się muzyki, podejmującej mnogość tematów, bazującej na pogłębionych i świetnie napisanych postaciach – o każdej z których można powiedzieć coś więcej niż kilka słów. Wspominam o tym pejzażu telewizyjnym – rodzimym dziedzictwie seriali medycznych, ale także o "The Pitt" – bo myślałem o nim przez wszystkie sześć odcinków "SOR-u", które obejrzałem. 


Akcja "SOR-u" toczy się, jak sama nazwa wskazuje, na szpitalnym oddziale ratunkowym. Pracę w nim rozpoczyna nowy lekarz, Piotr Hajduk (Sebastian Dela), którego trudną przeszłość będziemy odkrywać w powracających co odcinek krótkich retrospekcjach. Z tą przeszłością bezpośrednio związana jest druga główna bohaterka – Katarzyna Zawada (Sonia Mietielica), jego była partnerka i obecna przełożona, zaniepokojona faktem powrotu Hajduka do jej życia i dzieleniem z nim miejsca pracy. 

Choć to oni – pod względem emocjonalnym – będą najważniejszymi postaciami serialu, obsada składa się także z dość wyrazistych (choć często, póki co, jednowymiarowych) postaci: jest konserwatywnie usposobiony do życia i uzależniony od papierosów ordynator Andrzej Drawski (Ireneusz Czop), wspierająca przełożona pielęgniarek Barbara Zabłocka (Dominika Kluźniak), nieporadny Wojtek (Maciej Bisiorek) oraz uczące się zawodu i pełne ambicji rezydentki Aleksandra (Patrycja Franczak) i Zuzanna (Mary Pawłowska). 


To właśnie przy okazji postaci drugoplanowych, pojawiających się już od pierwszego odcinka, zacząłem myśleć o "The Pitt". Bo czy nieporadny Wojtek, który co i rusz zalicza wpadki, nie przypomina nazbyt Whitakera z pierwszego sezonu, a pewna siebie, popisująca się wiedzą Ola, która musi nauczyć się współpracy zespołowej, nie staje się rodzimą wersją dr Santos? Zresztą i w roli Ireneusza Czopa widać trochę Noah Wyle'ego – w końcu i on musi mierzyć się ze swoją przeszłością i uczyć na nowo otwierać na świat. 

Nie chodzi tu jednak o to, by na siłę doszukiwać się powtórzeń (skojarzenia przychodzą niestety odruchowo), a o podkreślenie cienia, jaki "The Pitt" rzuca na serial – zwłaszcza w pierwszych kilku odcinkach. Trudno było mi początkowo zrozumieć, po co wchodzić w świat, który wydał mi się zwyczajnie gorszy – przez fakt zamkniętych historii medycznych w większości odcinków brakowało mi ciągłości fabularnej, metraż zbyt pędził, by historie chorób jakkolwiek zaczęły mnie przejmować, a retrospekcje z życia Hajduka absolutnie nie intrygowały: ani kontekst ustawek kibicowskich, ani odbytego wyroku. 


W pewnym momencie jednak coś się zmieniło – im bardziej serial pozwalał mi poznawać Hajduka i Zawadzką – i to nie w sekwencjach dziejących się w przeszłości, ale w trakcie pracy – tym bardziej stawał się intrygujący. Sebastian Dela gra tu być może najlepszą rolę w swojej karierze; choć tradycyjnie dla swojego emploi bywa zawadiacki, odkrywa też swoją czułą stronę, tworząc z Piotra postać bardzo empatyczną, której aż chce się kibicować. W przypadku Soni Mietielicy znakomita kreacja nie jest zaskoczeniem, tylko potwierdzeniem jej wybitnego warsztatu – to ona odpowiadała za zaskakujące dla mnie samego wzruszenie w szóstym odcinku, będącym prawdziwym tour de force. 

Sceny Mietilicy z Delą są absolutnie najlepszą częścią produkcji. Tym bardziej szkoda, że inne zestawienia obsadowe nie działają tak dobrze (głównie przez brak charakterologicznego pogłębienia drugiego planu w scenariuszu). Widać to zwłaszcza w przypadku postaci Andrzeja Grabowskiego, komiksowo przerysowanego antagonisty, uznanego profesora kardiologa, który próbuje wyeliminować Hajduka z życia swojej córki.  


Nie mogę zapomnieć o elemencie najważniejszym – samym pokazywaniu procedur medycznych. I pod tym względem "SOR" jest zrealizowany w pełni fachowo; nie mamy do czynienia z namnożeniem chorób rzadkich (słowo "toczeń" nie pada chyba ani razu, co może zasmucić fanów "Dr House’a"), ani z niespotykanymi sytuacjami – z mojej niewielkiej próby obserwacyjnej jest to dość udana dramatyzacja realiów pracy, równie umiejętnie budująca napięcie samych historii chorób. Dzięki temu "SOR", nawet gdy rozczarowuje (a robi to często) kliszami i nie pogłębia charakterów postaci, sprawia, że i tak tkwimy przed ekranowym szpitalem – próbując odkryć, co dolega konkretnym pacjentom. 

Poza fachowością realizacyjną "SOR" doceniam z jeszcze jednego powodu. Cieszy mnie warstwa wrażliwości społecznej, choćby samego faktu umieszczania na zakończenie odcinków plansz pomocowych. Serial nie unika tematyki, po jakiej zazwyczaj medyczne produkcje jedynie się prześlizgują. Mamy więc do czynienia z opowieścią o uzależnieniach, o lekowej ignorancji, przemocy domowej, porzucaniu rodziców. Choć, oczywiście, tu znów pojawiają się skojarzenia z "The Pitt", którego sukces opierał się także na mnogości istotnych tematów inkorporowanych w fabułę. Z tym że akurat w tym przypadku podobieństwo poczytuję jako zaletę, a nie nużącą wtórność. 


Wspominałem na początku, że oglądając "SOR", myślałem o pejzażu szpitalnej telewizji. Z jednej strony nie mam po sześciu odcinkach wątpliwości, że to najlepszy rodzimy serial medyczny w historii; z wyrazistą parą na pierwszym planie, fabularną wrażliwością społeczną i sprawną realizacją. Nie powoduje to jednak, że staje się on automatycznie jakkolwiek pozycją obowiązkową, czy nawet pozycją udaną. Na tle propozycji zagranicznych wydaje się wtórny, mniej intrygujący, pozbawiony głębi wychodzącej poza Hajduka i Zawadzką. Mam wręcz poczucie, że im mniej seriali medycznych widzieliśmy w naszym życiu, tym "SOR" może wydawać się lepszy. Odpowiedź na pytanie, czy to zaleta czy wada pozostawiam państwu. Sam natomiast na pewno obejrzę tę historię do końca – ze względu na sentyment do formuły, ale także dla znakomitej jak zawsze Soni Mietielicy i chęci poznania dalszych losów Zawadzkiej i Hajduka. 
1 10
Moja ocena serialu:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?