Recenzja filmu Countdown (2019)
Justin Dec

Do kina, nie na film

"Randkowy" obraz Justina Deca raczej nie nadaje się do oglądania w skupieniu, to w najlepszym wypadku pretekst do spędzenia czasu w miłym towarzystwie.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Countdown (2019)
Wszyscy znamy tego rodzaju filmy (zazwyczaj komedie lub "młodzieżowe"): chłopak zabiera dziewczynę do kina na randkę. Na sali, zamiast z uwagą wpatrywać się w ekran, zajmują się sobą. Gdyby kamera zatrzymała się na chwilę na samym filmie, to z powodzeniem mógłby nim się okazać właśnie "Countdown". Obraz Justina Deca raczej nie nadaje się do oglądania w skupieniu, to w najlepszym wypadku pretekst do spędzenia czasu w miłym towarzystwie.

photo.title

Fabuła inspirowana jest horrorami o złowrogich demonach czyhających na młodych i ładnych bohaterów oraz tymi o klątwie nieuchronnej śmierci. Dec wyciągnął z nich ekstrakt, następnie maksymalnie go rozcieńczył, dolewając całą masę sztucznych dodatków w postaci jump-scare'ów. I tak, dostajemy historię młodej pielęgniarki, która pod wpływem jednego ze szpitalnych pacjentów ściąga aplikację informującą o dacie i godzinie śmierci - a jej licznik wskazuje mniej niż dwa dni. Kiedy feralny pacjent umiera dokładnie w momencie przewidzianym przez apkę, bohaterka zaczyna podejrzewać, że jej godziny są - całkiem dosłownie - policzone. Rozpoczyna więc nierówną walkę z ciemnymi mocami, w której stawką jest nie tylko jej życie.

Fani gatunku z łatwością odnajdą tu podobieństwa do "Ringu" czy "Oszukać przeznaczenie". Są to jednak bardzo odległe echa. "Countdown" nikogo tak naprawdę nie przerazi, na próżno też szukać tu makabrycznych scen mordu. Choć w większości bazuje na jump-scare'ach i stara się opowiadać historię pielęgniarki na poważnie (twórcy wprowadzają nawet aktualny wątek molestowania seksualnego w miejscu pracy), to jest to w gruncie rzeczy film lekki, na pograniczu komedii (to ostatnie wzmacnia obecność księdza będącego demonologicznym geekiem).

photo.title

Całość wygląda tak, jakby Dec, przy minimalnym wysiłku i jeszcze mniejszych ambicjach, nakręcił właśnie randkowy evergreen. Stąd też "Countdown" z pewnością nie można odmówić przyjemnego (choć nielicującego z nominalnym gatunkiem) klimatu, który wspierany jest przez sympatyczną obsadę. Elizabeth Lail i Jordan Calloway wyglądają tak uroczo, jakby grali w netfliksowej świątecznej komedii romantycznej, a nie horrorze o walce z demoniczną siłą. Fabuła płynie sobie spokojnie niczym leśny ruczaj. Stanowi więc idealne tło dla innych poczynań widzów, nie wymagając od nich szczególnie wielkiego zaangażowania. Po wyjściu z kina pozostawia zaś po sobie dobre wrażenie, choć tylko do czasu, aż człowiek zacznie zagłębiać się w szczegóły fabuły, odkrywać absurdy i nielogiczności. Plus jest takim, że jeśli jednak randka zakończy się pomyślnie, raczej mało kto będzie sobie w ogóle zaprzątał głowę filmowym odliczaniem. 
   
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię