Z kina wychodzimy z szerokim uśmiechem niezależnie od tego, czy obejrzeliśmy porządny horror czy dobrą komedię. Ożenić jedno z drugim udaje się rzadko, to sztuka trudna, wymaga bowiem
Ktoś powie, że Patch Adams i Pennywise nie mają ze sobą nic wspólnego, może poza czerwonym nosem klauna. Obaj jednak serwują chwilę wytchnienia – tyle że jeden leczy śmiechem, drugi strachem. Swoiste katharsis przeżywane przed ekranem to uczucie powszechnie pożądane, bo wyzwalające. Z kina wychodzimy z szerokim uśmiechem niezależnie od tego, czy obejrzeliśmy porządny horror czy dobrą komedię. Ożenić jedno z drugim udaje się rzadko, to sztuka trudna, wymaga bowiem międzygatunkowej wiedzy i biegłości. Tym cenniejsze wydają się takie seriale jak "Wdowia Zatoka", z powodzeniem dokonujące podobnych rzeczy.
Ogółem platforma streamingowa Apple'a stała się z biegiem lat czymś w rodzaju poligonu doświadczalnego, gdzie testowane są pomysły cokolwiek ryzykowne. Najlepsze, że zwykle wypalają. Godzilla sąsiaduje tu z (prawie) ostatnią kobietą na Ziemi, Jon Hamm przeżywa drugą aktorską młodość, a wąsaty trener angielskiej drużyny piłki nożnej może przybić piątkę z kolonizatorami Marsa. Teraz do tego grona dołącza flegmatyczny burmistrz wyspiarskiego miasteczka, które jest zbyt prowincjonalne nawet jak na prowincję. Wciśnięta niecnie między znacznie popularniejsze miejsca wypoczynkowe tytułowa Wdowia Zatoka to stereotypowe cztery domy i dwie ulice, ale entuzjastyczna recenzja w poczytnym periodyku ściąga na nią uwagę miastowych. Cieszy to Toma Loftisa (Matthew Rhys), który zaciera ręce, mając szczere ambicje zrobić coś dobrego dla wyborców (dodajmy, że był jedynym kandydatem na stanowisko burmistrza). Martwi za to rybaka Wycka (Stephen Root), miejscowego kronikarza zjawisk nadprzyrodzonych. Wyspa zdaje się nie przepadać za burzącymi jej spokój. Cóż, ciążąca na Zatoce klątwa to nie bajeczka dla dzieci.
Katie Dippold, showrunnerka serialu, z początku bardziej niż na tkaniu spójnej narracji nawiniętej na fabularną szpulę skupia się na gagach wykorzystujących anturaż podchodzący z rozmaitych konwencji kina grozy. Nie przejawia przy tym ambicji analitycznych, nie interesuje jej odautorski komentarz intertekstualny, tudzież metarefleksja, jedynie efekt komiczny. A ten – nawet kiedy bywa przyciężki – zazwyczaj osiągnięty jest poprzez zestawienie dziwności zjawisk i postaci ze zwyczajnością środowiska. Wdowia Zatoka to miejsce nudne, nieciekawe i szare, w którym spory raban wywołałby zapewne pies z kulawą nogą. Stąd też naniesieni na jego tło niezdarny Tom oraz jego współpracownicy z biura burmistrza, z naciskiem na neurotyczną Patricię (Kate O’Flynn), która chyba jako jedyna wierzy, że jest slasherową final girl (przeżyła, jak twierdzi, atak mordercy prześladującego niegdyś miasteczko), są wyciągnięci jakby z kolejnej wariacji "The Office". Ot, ludzie deczko skrzywieni, niby nam bliscy, niby zwyczajni, ale jednak odstawiający cyrkowe numery na porządku dziennym. Nie jest to przypadek. Dippold terminowała swego czasu przy "Parks and Recreation".
Reakcje Toma, Patricii, Wycka i innych na mary błąkające się po miasteczku oraz podejmowane przez nich późniejsze próby zdjęcia z wyspy przekleństwa niepozwalającego urodzonym tam mieszkańcom na jej bezkarne opuszczenie są niezmiennie nieporadne. Cała ta ekipa nieustannie potyka się, robi rzeczy na rympał i realizuje absolutnie najgorsze możliwe pomysły – ku naszej uciesze i zażenowaniu. Jako że zwykle postępują na opak, zupełnie inaczej, niż zrobiliby na ich miejscu bohaterowie dowolnego horroru, budzi to uśmiech i politowania, i wesołości. Ale działaniom tym towarzyszy też pewna satysfakcja z obserwacji ludzi sprzeciwiających się niejako ogranym gatunkowym schematom, idących w lewo przez chaszcze, gdy droga biegnie w prawo.
Znakomici są Matthew Rhys, Kate O’Flynn i, zwłaszcza, Stephen Root, oddział specjalny do walki ze złem, nieustannie zagubieni, zdziwieni i poirytowani. Kiedy już jednak znajdują swój cel, a serial zmierza ku wyraźnemu finiszowi, czyli, mniej więcej, od połowy sezonu i deczko zbędnego odcinka retrospektywnego (wyreżyserował go Ti West), świeżość "Wdowiej Zatoki" nieco ulatuje. Nie traci on zupełnie swojej dotychczasowej dezynwoltury, ale Dippold jakby zawiesza kreatywne poszukiwania. Tym bardziej szkoda, bo potencjał był bezkresny. Kto wie, może zostanie on wykorzystany w większym wymiarze w kolejnym sezonie, a wyspa zostanie nową Amity Island?
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu