Recenzja filmu

Diamenty są wieczne (1971)
Guy Hamilton
Sean Connery
Jill St. John

Bond w Ameryce

Po fatalnie przyjętym występie Lazenby'ego w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", Sean Connery (za rekordową wtedy sumę 1,25mln $) jeszcze raz dał się ubłagać, by zagrać słynnego agenta 007. ...
Po fatalnie przyjętym występie Lazenby'ego w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", Sean Connery (za rekordową wtedy sumę 1,25mln $) jeszcze raz dał się ubłagać, by zagrać słynnego agenta 007. Miał to być jego ostatni raz...

Ogromna liczba południowoafrykańskich diamentów nie trafia na rynek, pada więc przypuszczenie rabunku. James Bond (Sean Connery) musi wybadać, kto dopuścił się tego czynu. Podając się za pasera Petera Franksa, nawiązuje kontakt z niejaką Tiffany Case (Jill St. John), pośredniczką między paserami a łącznikami. Bond przyjmuje propozycję przewiezienia diamentów do Los Angeles. W USA okazuje się, że jego dawny rywal, Blofeld (Charles Gray), pracuje nad skonstruowaniem gigantycznego lasera, diamenty zaś mają posłużyć mu do budowy lustra sterującego promieniem. Siła promienia będzie tak wielka, że przy jego pomocy będzie można niszczyć obiekty militarne.

Sean Connery po swoim powrocie zaliczył udany występ. Mimo że według mnie zagrał nieco słabiej niż wcześniej oraz wygląda starzej, jego kreacji można niewiele zarzucić. Gra poważnie, ale są momenty, gdy jest bardziej na luzie. Do postaci dodano więcej humorystycznych kwestii (w tym będzie przodował już dwa lata później Roger Moore). Pozostała część obsady może nie błyszczy, ale jest solidna (choć nie do końca, o czym później). Na uwagę zasługuje postać Tiffany Case, granej przez Jill St. John, która jest jedną z ciekawszych i ładniejszych dziewczyn Bonda. Powraca również znana z "Doktora No", "Goldfingera" i "Operacji Piorun" postać Feliksa Leitera.

A inne zalety? Udany teaser - bardzo dobry, jeden z lepszych (niestety poziom ten później spada). Kilka akcji jest całkiem niezłych, np. niesamowity pościg ulicami Las Vegas. Po mrocznym poprzedniku, powrócono do lekkiego klimatu, znanego chociażby z "Goldfingera" (nie ma się co dziwić, oba filmy wyreżyserował ten sam człowiek - Guy Hamilton). Po raz kolejny otrzymujemy naprawdę świetną muzykę. Jest ona bardziej "wesoła" niż wcześniej (kompozycje typu "Circus, Circus"). John Barry przystosował ją do klimatu filmu. Zaś "Diamonds Are Forever" w wykonaniu Shirley Bassey (ponowne nawiązanie do "Goldfingera") to dobra piosenka, ale nie należy do moich ulubionych.

Mimo tych zalet, "Diamentom" wyraźnie czegoś brakuje. Tak jakby składniki były dobre, ale kucharz nie wiedziałby, co z nimi zrobić. Może to przez przeciętny scenariusz? Chaotyczną fabułę? Zbyt amerykański klimat? Największą jednak wadą jest odtwórca Blofelda, Charles Gray. Aktor ten grał już wcześniej w "Żyje się tylko dwa razy" postać Hendersona i wypadł w niej naprawdę dobrze. Tu moim zdaniem nie dał rady. W porównaniu z Donaldem Pleasence'em czy Savalasem jego kreacja wygląda bardzo słabo. Poza tym, czemu Blofeld ma w tej części włosy, skoro w poprzednich był łysy? Jest również kilka zbędnych scen, np. gdy Bond jest ogłuszany przez duet przestępców-homoseksualistów i jakimś cudem zawsze przeżywa (choć z drugiej strony - urok serii).

"Diamenty są wieczne" jest jedną z najsłabszych odsłon (zwłaszcza w porównaniu do dwóch poprzednich znakomitych części), nadal jest to solidna robota. Connery pożegnał się z oficjalnym cyklem w dobrym stylu, a film odniósł sukces frekwencyjny, godnie wprowadzając 007 w lata 70.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
49% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (45 głosów).
Udostępnij: