12 minut, a tyle emocji

Kreska jest brudna, na każdej powierzchni mamy chropowate faktury. Kolory są zielonkawe, ale autorzy pozwalają sobie na więcej bardziej wyrazistych barw niż w poprzednich filmach Japończyka. ...
UWAGA, SPOJLERY!

To historia bezimiennego staruszka. Jego dom znajduje się w zalanym miasteczku, w którym poziom wody cały czas się podnosi, więc główny bohater i sąsiedzi, ciągle dostawiają wyższe piętra do swoich domów. Historia w swoich założeniach przypomina poprzednie filmy Kato: mamy jeden fajny pomysł — kręcimy jedną historię. Sam pomysł na ten świat przedstawiony jest oczywiście świetny, a to jak został wykorzystany, robi jeszcze większe wrażenie. 

No więc nasz protagonista wiedzie melancholijny żywot, obserwujemy właściwie sceny rodzajowe, do czasu aż poziom wody znowu się podnosi i trzeba dobudować kolejne piętro. Wszystko zaczyna się bardzo standardowo, mamy pierwszy akt, który przedstawia nam stabilny, uporządkowany świat i bohatera wiodącego swoje zwyczajne życie, ale coś, w tym przypadku wzrost poziomu wody, ma mu ten porządek zakłócić. Bohater w drugim akcie musi skonfrontować się z zagrożeniem, więc jak wspominałem, buduje kolejne piętro. Dalej następuje standardowy scenariuszowy zabieg, droga, z której się nie wraca, czyli taki punkt, po którym bohater nie może się wycofać i musi stawić czoło postawionemu problemowi. W tej historii ten punkt jest w bardzo małej skali, bo jest to upuszczenie fajki do wody, która była widocznie tak cenna, że bezimienny postanowił zdobyć sprzęt do nurkowania i wyjść w końcu z tej Górniczej Doliny, to znaczy odszukać zgubioną fajkę. 

I tutaj mamy mały plot twist, bo upuszczona fajka i woda w mieszkaniu to nie jest właściwy problem, z którym bohater musi sobie poradzić. Od tego momentu z każde piętro, które przemierzamy z bezimiennym, przywołuje u niego wspomnienia, z czasów, kiedy w nich mieszkał. Tutaj okazuje się, że właściwie film jest całkowicie skupiony na postaci i budowanie następnego piętra staje się mniej interesujące, niż historia naszego protagonisty. Widzimy jego chwile wzajemnej troski z żoną, teraz prawdopodobnie już zmarłą, moment robienia rodzinnego zdjęcia z dziećmi, pierwsze kroki bachora, aż w końcu całą jeszcze niezalaną okolicę, w której oglądamy pierwsze wspólne chwile protagonisty z wybranka serca, a także początek ich wspólnego życia w małym jednopoziomowym domku. Cała ta historia moim zdaniem stawia przede wszystkim na jedną emocję bohatera. Tęsknotę. 

Pierwsze ujęcie w filmie to jazda kamery po zdjęciach z przeszłości protagonisty. Drugie ujęcie to sam bezimienny bohater, który je ogląda. Właściwie nigdy nie widzimy, aby bohater w momentach, kiedy jego życie jest, w nazwijmy to podstawowym stanie, czyli kiedy akurat nie trzeba budować nowego piętra w domu, robił coś ekscytującego. Siedzi, pali fajkę, łowi ryby, raczej nie wychodzi z domu, coś tam zje. To wszystko, bo jego właściwe życie już minęło prawdopodobnie z odejściem żony, albo jego jedyne ciekawe chwile to kiedy jego dzieci przyjadą w odwiedzinach, bo pewnie żyją jeszcze. No co do dzieci to tylko moje domysły. Bohater przemierzając kolejne poziomy domu i oglądając swoje flashbacki z Wietnamu, tak naprawdę widzi coraz to weselsze chwile ze swojego życia. Ze swojego dawnego życia. Teraz wszystko robi sam, nawet sam wyławia straconą fajkę, a to wydaje się dość niebezpieczne. Ostatnia scena pieczętuje nam to wszystko, stuknięciem w drugi kieliszek przy kolacji.

Jeszcze parę słów o formie. Kreska jest brudna, na każdej powierzchni mamy chropowate faktury. Kolory są zielonkawe, ale autorzy pozwalają sobie na więcej bardziej wyrazistych barw niż w poprzednich filmach Japończyka. Retrospekcje są w kolorze żółtym i towarzyszy im wyraźne pianino. Wszystko to jest niespieszne i melancholijne. Nawet projekt głównego bohatera mówi nam o jego stanie emocjonalnym. Tak nie wygląda osoba, która się dobrze bawi. Widzimy to też w jego różnych ekspresjach, jak reaguje na dane zdarzenia, jak się drapie, wstając z łóżka, jak siada przy stole i tak dalej. Wszystko robi powoli, paląc przy tym fajkę. Słyszymy także bardzo wyraźne dźwięki otoczenia, których brak w "The Apple Incidentodrealniał zdarzenia, tutaj ich obecność zbliża nas do protagonisty, czyni doświadczenie bardziej intymnym i osobistym. Ten rysunek, który oglądamy przez tylko dwanaście minut, który nie wypowiada ani jednego słowa ma więcej charakteru niż dowolny bohater "Rogue One".
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
25% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).