We freak show chodzi o to, żeby przejąć kontrolę nad tym, co historycznie poniżające. Tylko jak to zrobić, kiedy odbiorcą produktu końcowego jest ostatecznie człowiek pełnosprawny, taki, który
"Fear Show" głosi tablica otwierająca najnowszy projekt dokumentalny Łukasza Rondudy i Filipa Pawlaka "Freak show". Napis widać tylko przez chwilę, bo już po paru sekundach jakaś niewidzialna ręka ściera niesfornie umieszczone litery i wpisuje nowe. Na ekranie dumnie wyświetla się już tytuł poprawny, naprawiony: "Freak show".
To napięcie między strachem a odmiennością zapowiada się jako rama interpretacyjna dla całego filmu. Zaczynamy, śledząc Nadię Markiewicz, performerkę z niepełnosprawnością, która szuka artystów chętnych wystawić razem z nią współczesne freak show. Zanim ta współpraca na dobre się zawiąże, już słyszymy, jak drag queen Babcia – jedna z potencjalnych uczestniczek projektu – mówi "oni nie lubią patrzeć na nasze [niepełnosprawne] ciała, bo przypomina im to o śmiertelności". Podobna gorycz wiążę się z podmienianiem części, naprawianiem ciał uznanych przez świat za nieprzystające. Przecież w jednej ze swoich pierwszych dłuższych wypowiedzi sama Markiewicz wspomina, że najpierw nosiła protezę bioniczną, później już tylko kosmetyczną "dla innych, żeby wyglądała", a wreszcie zrozumiała, że najlepiej się czuje, kiedy nie nosi protezy żadnej.
Tylko że to wszystko to zmyłka. Przekonanie, że "Freak show" może być opowieścią o tym, co normatywny świat czuje i myśli w kontakcie z niepełnosprawnością, należy najwyżej do cyrkowego gabinetu krzywych luster. Kiedy do Markiewicz i Babci dołączają kolejni artyści: Agata Wąsik i Daniel Kotowski, dokument staje się opowieścią o przejmowaniu narracji. Bo chociaż reżyserski duet nie chce bawić się w lepienie wielkich manifestów z rozmów i interakcji swoich bohaterów, to właśnie one odsłaniają radykalne w swojej prostocie serce filmu. Chodzi tutaj o to, jak to jest być ciągle obserwowanym i ocenianym; o szukaniu sposobu na opowiedzenie własnej historii bez czyhającego z drugiej strony sztucznego współczucia albo teatralnego obrzydzenia.
Łukasz Ronduda zostaje w swojej bezpiecznej bańce. Kurator Warszawskiego MSN-u kręci filmy głównie o artystach, gdzie sztuka jest nie tyle tematem, ile pretekstem do snucia autorskich refleksji na temat Polski. Stawka we "Freak Show" jest jednak nieco inna. Reżyser jest przecież jednocześnie kuratorem, który zaprosił grupę Nadii Markiewicz do performensu w ramach oficjalnego otwarcia nowego budynku muzeum. Tego samego muzeum, które w zbiorach trzyma prace artystów związanych z nurtem sztuki krytycznej (często oskarżanej o instrumentalne podejście do niepełnosprawności, jak w "Na Spacer" Artura Żmijewskiego). Oprócz stworzenia środowiska, w którym osoby z niepełnosprawnościami mogą mówić o sobie samych, ma więc jeszcze jeden cel: udowodnić, że nowy MSN jest instytucją, która chce wspierać artystów mniejszościowych, a nie ich wykorzystywać.
Podczas przygotowań do performansu Rondunda i jego współkurator Pawlak (twórca teatralny oraz artysta i samorzecznik osób z niepełnosprawnościami) chwytają więc za kamerę i uważnie dokumentują to, co dzieje się wokół nich. Forma jest tutaj agresywnie nierondudowa, brak w niej misternie inscenizowanych ujęć czy muzycznych prób przetworzenia rzeczywistości. Zamiast tego reżyserskie duo wybiera anonimowość, chowa się za obiektywem, który bez zbędnej sensacyjności podąża za zdarzeniami. Jest to więc historia opowiadana z perspektywy swoich bohaterów. Jednocześnie tę iluzję naturalności często burzy aranżacja, w której naturalistyczna praca kamery ściera się ze sztuczną manierą "odtwarzania" ważnych sytuacji, tak jakby ekipa "Freak show" jedynie odgrywała coś, co stało się wcześniej, ale nie zostało złapane na wideo.
Można w tym konflikcie doszukiwać się zdrady ideału naturalności, można zrzucać winę na krępującą obecność kamery. Można też wejść w niego głębiej, poszukać innego sensu. Nietrudno przecież znaleźć podobieństwa między tą ekranową sztucznością a samym aktem performansu, zwłaszcza takiego, który chce rozbić instytucję pokazu dziwolągów na kawałki i ułożyć z nich coś wyzwalającego. Sztuczność jako ukrycie prawdy może być też strategią obronną. Powraca tutaj wątek kuratorsko-artystycznej proweniencji samego Rondudy. Instrumentalizacja niepełnosprawności przez muzea to nie kwestia przeszłości. Współczesne instytucje sztuki wciąż potrafią wykorzystywać wszelkie inności, wręcz je "kolonizować", jak nazywa to jeden z bohaterów dokumentu. Przecież we współczesnym klimacie nastawionym na afirmację "czułości", "zrozumienia" i utowarowionej intersekcjonalności inność zbyt często działa jako wygodny skrót myślowy pokazujący współczucie i społeczne zaangażowanie, za którymi nie idą żadne sensowne działania.
To napięcie urasta do rangi kolejnego tematu przewodniego. Reżyserzy zresztą obierają ciekawą strategię. Nie próbują "obalić mitu" ani pokazać się jako nieliczne dobre jednostki w zepsutym systemie. Zamiast tego grają na rejestrze konfrontacji. Jasne, duże instytucje potrafią być kolonialne, ale czy to instytucjonalne zagrabianie jest gorsze niż instytucjonalna neutralność czy nawet ślepota? Brak tu jednoznacznej odpowiedzi, prawda za każdym razem zdaje się leżeć gdzie indziej. Inne są wnioski z zażartych dyskusji między "propiwniczną" Babcią a wierzącym w siłę muzeum Kotowskim, inne z wizyty w Sopockim Grand Hotelu, gdzie niegdyś Adolf Hitler wydał rozkaz przeprowadzenia akcji T4 – czystek na osobach niepełnosprawnych, "życia niegodnego życia". Dzisiaj w hotelu nie ma nawet tabliczki, która wspominałaby ten ciemny okres.
Kamera, czasem niemal pasożytniczo, chwyta się zresztą zgrzytów między członkami tymczasowej trupy freaków. Próbuje tym pokazać, że nie ma konsensusu wobec tego, czym jest niepełnosprawność, jak chociażby wtedy, gdy grupa nie zgadza się z pomysłem Wąsik, żeby w ich Freak Show włączyć hasła afirmacyjne z marszu osób niepełnosprawnych. Co ważniejsze, skupienie na konfliktach pokazuje, że inność nie jest jakąś uniwersalnie łączącą wartością. Zamiast tego uniwersalne jest wzajemne zrozumienie, próby dogadania się pomimo tych barier są tym, co nadaje artystycznemu projektowi jego końcowy kształt.
Ale i zrozumienie ma swoje granice. We freak show chodzi o to, żeby przejąć kontrolę nad tym, co historycznie poniżające. Tylko jak to zrobić, kiedy odbiorcą produktu końcowego jest ostatecznie człowiek pełnosprawny, taki, który wciąż może doszukiwać się w spektaklu formy rozrywki? To pytanie wybrzmiewa zarówno w kontekście samego występu (odbywającego się w największej przestrzeni poświęconej sztuce nowoczesnej w Warszawie), jak i filmu przeznaczonego do kinowej dystrybucji. Odpowiedzią na nie okazuje się wykręcenie zasad wpisanych w klasyczne freak show. W tej tymczasowej rzeczywistości prawdziwym dziwadłem czy freakiem jest właśnie widz, który z chorą fascynacją wpatruje się w innego.
I tak jak w klasycznym freak show udział widza był formą przemocy, tak tutaj to właśnie freaki mogą wziąć symboliczny odwet na widzu. W jednym z ostatnich momentów filmu zawiązany między filmowcami a ekipą artystów cichy układ o powściągliwej obserwacji i minimalistycznej formie wreszcie się rozsypuje. Nagle znajdujemy się w sercu misternie wyreżyserowanej sceny zemsty na sieciowym hejterze. Strach i niepewność wspomniane na początku filmu wracają w zmienionej formie, tym razem jako narzędzie emancypacji.
Twórcy często pozwalają swojemu "Freak Show" drgać. Artystyczny proces funkcjonuje tutaj niemal bliźniaczo do procesu społecznych zmian. Jest więc ciągłym kluczeniem: kilka kroków do przodu, kilka kroków w tył, i kolejne kilka kroków dalej, aż w końcu sztuka da radę wpłynąć na rzeczywistość. Podejście, które nie ucieka od konkretnych odpowiedzi, ale wywyższa niepewność do rangi pełnoprawnego sposobu badania świata, pozwala Rondudzie osiągnąć to, czego zabrakło w jego tegorocznym "Powiedz mi, co czujesz" – dać swoim bohaterom powiedzieć, co czują bez uciekania w język pustych sloganów.