Przede wszystkim film jest do bólu poprawny i przewidywalny, brakuje mu jakiejś nutki szaleństwa, większej dozy fantazji, która daje o sobie znać może jedynie w scenie szpitalnego wykonania
Będzie Oscar? Pytanie to krąży w branży przynajmniej od czasu jesiennych pokazów na festiwalu w Toronto, przygotowującym grunt pod sezon nagród filmowych. "Ostatniego Hamleta" przyjęto tam świetnie (wcześniej miał premierę w Telluride, następnie otworzył festiwal filmowy w Londynie), co oczywiście wywołuje falę spekulacji, czy Andrew Scott zdobędzie w końcu oscarową nominację (a może i statuetkę?), której skandalicznie zabrakło za rolę w "Dobrych nieznajomych". Gdyby tak się stało, ładnie rymowałoby się to z zeszłoroczną nagrodą dla Jessie Buckley: po "Hamnecie" – "Ostatni Hamlet". Filmy zresztą sporo łączy: oprócz stempla brytyjskiej jakości, tu także do czynienia mamy z filmem kostiumowym, tym razem nie z czasów elżbietańskich, a schyłkowego thatcheryzmu, znów jednak tragiczny dylemat To be or not to be znajduje całkiem nowe odczytanie.
1989 rok, na deskach National Theatre wystawiany jest "Hamlet" z Danielem Day-Lewisem w roli głównej, który podczas jednego z przedstawień niespodziewanie schodzi ze sceny (na temat powodów narosło sporo legend). Reżyserujący spektakl Richard Eyre (Johnny Flynn), późniejszy twórca "Iris" i "Notatek o skandalu", poszukuje kogoś, kim mógłby aktora zastąpić. Propozycja trafia do Iana Charlesona (Scott) – jeśli to nazwisko niewiele wam mówi, "Ostatni Hamlet" powstał właśnie po to, by to zmienić.
Brytyjski aktor debiutował u Dereka Jarmana w "Jubileuszu" (1978), by niedługo potem wystąpić w słynnych "Rydwanach ognia" (1981), które zdobyły cztery Oscary, a słynną ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez grupę Vangelis stacje radiowe mieliły przez równą dekadę, czego dowody usłyszymy też w "Ostatnim Hamlecie". Sam Charleson jednak kariery hollywoodzkiej nie zrobił – mimo że nie chwalił się rolą u skandalisty (i jawnego geja) Jarmana, a sam, co było wówczas praktyką rozpowszechnioną, dla gwiazd show-biznesu wręcz domyślną, pozostawał w szafie.
Propozycja ta staje się więc dla mężczyzny szansą, by udowodnić, że jest wielkim aktorem, a nie jedynie ozdobą jednego tytułu; że oprócz dawnej glorii, ma jeszcze jakąś przyszłość. W dodatku – szansą być może ostatnią. Charleson jest nosicielem wirusa HIV, pojawiają się pierwsze oznaki AIDS. "The Show Must Go On", jak zaśpiewa niebawem Freddie Mercury – bohater zdeterminowany jest, by dać prawdziwy popis, mimo pogarszającego się stanu zdrowia. Trafia wówczas pod opiekę dr Margaret Johnson (w tej roli błyszczy Olivia Colman, która również może mieć nadzieje na nagrody). Kostyczna niczym inna Margaret, ta rządząca krajem, wkłada jednak całą siebie w walkę z pandemią i próby przedłużania ludziom życia. Właśnie dlatego stanowczo oponuje przeciwko pomysłowi "błaznowania" pacjenta na scenie. Scenariusz Stephena Beresforda (wcześniej "Dumni i wściekli") ustawia ją więc trochę jako antagonistkę bohatera, podobnie jak toczącego z nim konflikt o pryncypia Jarmana (David Dawson). Od początku jednak jasne jest, że wszyscy oni grają w tej samej drużynie.
Dużo ciepła, wręcz serdeczności, czuć także w innych relacjach ukazanych na ekranie – przyjacielskich i rodzicielskich (tych romantycznych i seksualnych właściwie tu brak). Może byłoby tego lukru wręcz za dużo, gdyby nie chłodne przestrzenie szpitali, a przede wszystkim brutalistyczna bryła londyńskiego National Theatre (król Karol miał ją porównać niegdyś do elektrowni atomowej), gdzie odbywają się próby. Wiarygodny jest zresztą cały misternie stworzony świat sprzed prawie czterech dekad – odnieść można wrażenie wejścia w rzeczywistość kreowaną w serialu "Capital City" (1989-1990), tyle że zamiast maklerów mamy tu artystów sceny i ekranu. Także dzięki temu pieczołowitemu odtworzeniu przez pion plastyczny realiów epoki "Ostatniego Hamleta" ogląda się z dużą przyjemnością. Mimo nieprzyjemnego przecież tematu śmiertelnej (wówczas) choroby.
Wiąże się z tym jednak pewien problem – a może i kilka. Przede wszystkim film jest do bólu poprawny i przewidywalny, brakuje mu jakiejś nutki szaleństwa, większej dozy fantazji, która daje o sobie znać może jedynie w scenie szpitalnego wykonania broadwayowskiego szlagiera "There’s No Business Like Show Business". Nie wiem, czy zachowawczość ta wynika z narzuconej sobie przez twórców misji "dania świadectwa", czy z próby powtórzenia wyników kasowych popularnych biopiców (co naturalnie udać się nie może – Ian Charleson to nie Michael Jackson). Okupione jest to jednak pewnym akademizmem, bliskim zresztą, jak się zdaje, reżyserowi: Simon Stone dobrze czuje się w raczej klasycznym teatrze i takiejże konwencji filmowej, co czuć było i w "Powrocie" na podstawie Ibsena i kostiumowych "Wykopaliskach" z Ralphem Fiennesem i Carey Mulligan. Choć akurat tu jest to jakoś uzasadnione – wszak także Eyre interpretuje "Hamleta" raczej po bożemu. Patyna jednak aż za mocno wpycha "Ostatniego Hamleta" w konwencję filmu "opartego na prawdziwych zdarzeniach", którą przypieczętowują ostatecznie napisy końcowe, informujące o tym, co stało się już się po ostatnim klapsie.
Wszystko to sprawia, że ma się wrażenie obcowania bardziej z celująco odrobionym zadaniem z historii ruchu LGBT+ niż ze szczerym queerowym głosem. Widać to chociażby (czy raczej nie widać) w scenie leśnego cruisingu, w której ważniejsze od rozmytych w tle figur oddających się rozkoszy okazują się rozdające prezerwatywy Siostry Nieustającej Przyjemności (której jest tu jak na lekarstwo). A to, że da się połączyć przyjemność z "wielkim tematem" queerowej pamięci, jakim pozostaje plaga AIDS, udowodnił chociażby Ira Sachs w "The Man I Love", który uważam za film wybitny, ale i trudniejszy, stąd też pewnie nie znalazł on drogi do szerszej publiczności (bez nagród w Cannes, wciąż bez polskiej dystrybucji kinowej).
W "Ostatnim Hamlecie" podobnego artystycznego naddatku i autorskiego sznytu brak – trochę szkoda: przede wszystkim występów Scotta, Colman i Flynna, które zasługiwałyby na dzieło bardziej oryginalne. Ale i nie szkoda – bo służyć to może powodzeniu filmu i co za tym idzie w szerszej perspektywie, normalizacji queeru i podtrzymywaniu pamięci o ofiarach AIDS. Wciąż potrzebnym, nawet jeśli niewymagającym już takiej odwagi, jak w czasach Mercury'ego, Jarmana i (teraz już będziemy pamiętać) Charlesona.
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.