Są na świecie rzeczy święte. Takie, których jakiekolwiek naruszenie jest świętokradztwem i bluźnierstwem. Jedna z nich jest bez wątpienia Godzilla. Przynajmniej w oczach fanów serii filmów o tym ogromnym potworze. Dla nich postać jaszczura jest do tego stopnia ikoniczna, że nie akceptują żadnej zmiany bądź prób ingerencji w jego wizerunek. Kanon został ustanowiony wiele lat temu przy okazji dziewiczego obrazu "Godzilli" z 1954. Przez wiele dekad pozostawał on w mniejszym lub większym stopniu niezmieniony. I tak jak w przypadku wampirów czy wilkołaków obowiązują pewne znane wszystkim zasady, tak samo w przypadku najsłynniejszego z kaiju istnieją reguły i cechy będące niejako dogmatem. Nic zatem dziwnego, że pierwsze amerykańska wersja jaszczura spotkała się ze zdecydowaną dezaprobatą miłośników gatunku. Pochodząca z 1998 roku "Godzilla" w reżyserii Rolanda Emmericha wzbudziła powszechny sprzeciw i lament, który jest słyszalny do dziś, zapisując się niechlubną zgłoską w uniwersum gigantycznych kreatur.
Film rozpoczyna się, jak każde porządne kaiju movie powinno się zaczynać. A więc od ataku na mały stateczek, pływający gdzieś po Pacyfiku. Oczywiście ma to miejsce w deszczową noc. Autorem napaści jest jakiś tajemniczy, wielki stwór, który kieruje się w stronę najlepszego kraju świata, jakim jest bez wątpienia USA. Tymczasem prowadzący w Czarnobylu badania nad wpływem promieniowania radioaktywnego na środowisko, doktor Nick Tatopoulos (Matthew Broderick), zostaje zgarnięty przez amerykańskie wojsko i wywieziony do Panamy, gdzie znaleziono olbrzymie ślady. Jako specjalista w dziedzinie biologii, ma on służyć pomocą władzom w rozwiązaniu zagadki potwora. Nick dochodzi do wniosku, że mają one do czynienia z jakimś nieznanym gatunkiem jaszczurki, który na skutek napromieniowania rozrósł się do monstrualnych rozmiarów. Bestia w końcu dociera do "miasta, które nigdy nie zasypia". W trop za nim oprócz wojska ruszają tajni agenci rządu francuskiego na czele z Philippe'm Roaché (Jean Reno). Ponieważ to właśnie próby jądrowe przeprowadzone przez Francję doprowadziły do powstania Godzilli, to postanawia ona pozbyć się problemu na własną rękę. W Nowym Jorku przebywa również aspirująca dziennikarka Audrey (Maria Pitillo), która w przeszłości była w romantycznym związku z Nickiem. Drogi wszystkich bohaterów przeplatają się w Wielkim Jabłku, które staje się areną ostatecznej rozgrywki.
Głównym zarzutem widzów wobec "Godzilli" z 1998 roku jest fakt, że to nie jest wcale Godzilla. Chodzi tu o wygląd i zachowaniem zwierzęcia. Po pierwsze w niczym nie przypomina on japońskiego pierwowzoru. Jest bardziej smukły, ma inne kończyny, inaczej się porusza i przypomina bardziej dinozaura. Sam w sobie projekt ten nie jest zły, lecz niepotrzebnie próbuje udawać Godzillę. Z tego też względu w obecnej nomenklaturze nazywany bywa w skrócie Zilla, dla odróżnienia go od tradycyjnej wersji. Pierwotny wygląd potwora, przygotowany przez eksperta of efektów specjalnych Stana Winstona o wiele bardziej przypominał oryginał. Jego pomysł nie został jednak ostatecznie wcielony w życie. Drugim elementem budzącym wątpliwości miłośników kaiju, jest to, że Godzilla zachowuje się zupełnie inaczej, niż powinien. Mianowicie chodzi o to, że przy każdej konfrontacji z człowiekiem ucieka. Przypomina bardziej zlęknione zwierzę, niż niezwyciężoną maszynę do destrukcji, która nie boi się niczego. Jeśli dodamy do tego, że pozbawiony został swojego słynnego laserowego oddechu oraz umiejętności regeneracji, to nie powinny nikogo dziwić utyskiwania na twór niemieckiego konesera eksplozji. Zmiana natury potwora poskutkowała również kuriozalną sytuacją, w której większości zniszczeń w mieście dokonują w istocie żołnierze, którzy nie potrafią trafić w stwora, a nie on sam, tak jak należałoby się spodziewać. Wydaje się, że film sam w sobie mógłby zostać pozytywnie przyjęty przez publikę, gdyby tylko nie wymyślał historii gada od nowa, a stanowił odrębną franczyzę, opowiadającą o innym stworze.
Reżyser Roland Emmerich znany jest z wyznawania zasady bigger is better. Jego filmy należały do najbardziej kasowych produkcji lat 90. Zyskał sobie miano specjalisty od kina katastroficznego, kręconego z wielkim rozmachem, w którym zwykli ludzie konfrontują się żywiołami natury. "Godzilla" wpisuje się zatem do tego kanonu, z tą różnicą, że destrukcyjną siłę przyrody uosabia tutaj przerośnięta iguana. Film jest charakterystyczny dla niemieckiego autora również ze względu na nielogiczne wybory bohaterów, luki narracyjne, płaskość postaci oraz krindżowy humor. Jest zatem wiele powodów, by nie polubić jego wizji Godzilli jak też, by nisko ocenić owo dzieło. Obecnie nie jest ono zbytnio cenione przez fanów kina. Można powiedzieć, że albo się je polubi, albo znienawidzić. Mimo to obraz posiada pewne pozytywne elementy. Przede wszystkim nieźle buduje napięcie. W przeciwieństwie do wielu amerykańskich produkcji nie pokazuje nam w pełni potwora przez pierwszą część seansu. Daje nam jedynie drobne sugestie tego, jak może on wyglądać, rozbudzając w ten sposób ciekawość. Za przykład może tu posłużyć początkowa scena z kutrem rybackim. Oprócz tego film posiada kilka efektownych sekwencji, które nawet dziś robią wrażenie, wliczając w to ujęcia z użyciem CGI. Na myśl przychodzi tu zwłaszcza scena przybycia jaszczurki do nowojorskiego portu, która to została wykorzystana w zwiastunie. Był on z resztą bardzo obiecujący dla ewentualnych widzów, działając na wyobraźnię. Podobnie jak cała akcja marketingowa związana z produkcją, na czele z promującym ją utworem "Come with me". Te rozbudzone oczekiwania nie zostały jednak w pełni zaspokojone, przez co obraz przeszedł do historii raczej jako porażka. Mimo to, jeśli odrzuci się wszelkie porównania z oryginałem oraz przymknie oko na niedociągnięcia, to "Godzilla" Emmericha może nadal dostarczyć niezłej rozrywki na niewygórowanym poziomie.