Recenzja filmu

Gradiva (2026)
Marine Atlan

Klasa klasyczna

Kręcony kamerą Sony Burano film wydobywa ziarnistość obrazu przy scenach niedoświetlonych, imitując klasyczny, analogowy look – jak wywołana przed laty fotografia, schowana na wieczność w
Klasa klasyczna
Nie jest piękny. Obiektywnie – po prostu nie jest. Ale jest cool – próbują scharakteryzować fenomen Neapolu Toni (Colas Quignard) i James (Mitia Capellier-Audat), szkolni przyjaciele z „GradivyMarine Atlan. Na zagraniczną wycieczkę kończącą etap dorastania, boleśnie złamanych serc i szeregu ekscytujących inicjacji (powszechnie znany jako „liceum”) jechali z Francji pewnie z kilkanaście godzin, najpierw pociągiem, a potem wynajętym przez szkołę autokarem. Dzieciaki w tym wieku mają wyjątkową zdolność transformowania nudy w coś innego; tak jakby w ich towarzystwie nie mogła wytrzymać w swoim podstawowym stanie skupienia. Już po chwili od startu pociągu Toni lata więc między siedzeniami z drącym się JBL-kiem w dłoni, na próby uciszenia odpowiadając: Co??? Przepraszam, nic nie słyszę! Gdy moment wcześniej szedł zajarać do rozklekotanej toalety, zauważył, że James wraz z dziewczyną z klasy szczytują właśnie w pustym przedziale. To pierwszy dzień wyjazdu, a już ma ciężar tego ostatniego, choć inaczej odczuwają go zmęczone gardła i podkrążone oczy nauczycielek, inaczej młode, rozgrzane ciała uczniaków wypierających przyszłość, która cierpliwie czeka na ich powrót do domu.

Teraz jednak wszyscy wysiadają na dworcu w poczuciu pewnego bezczasu i zawieszenia, być może najbardziej namacalnego bezczasu i zawieszenia w ich dotychczasowych życiach. Zamykająca liceum wycieczka – ich wyprawione przez szkołę pięciodniowe, zagraniczne pożegnanie – ma niespotykaną właściwość. Od pierwszej chwili ciąży nad nią pewna ostateczność, zamieniająca kolejne dni we wspomnienia odbywane w czasie rzeczywistym – zamiast czegoś realnego, przeżywanego tu i teraz. Każda rozmowa, nawet najbardziej błaha, niesie większe niż zazwyczaj pokłady znaczenia, jakby zdążyła odbyć się już wcześniej i zostać odpowiednio zapamiętana. Na poziomie atmosfery Atlan potrafi tu sprytnie przedstawić „wchodzenie w dorosłość” jako „stawanie naprzeciw swojej nachodzącej dorosłości”. W przestrzeniach upalnego Neapolu buduje wrażenie ostatniego spaceru po szkolnym korytarzu, zanim zaczną się najdłuższe wakacje życia, gdzie mijane twarze, tworzące dotychczasową codzienność, teraz widziane są po raz ostatni. Mocno zaciśnięte powieki, jak przysłona aparatu, może uwiecznią i wybawią je przed rozpłynięciem się w niebycie?

Tę niemożliwie nostalgiczną cechę momentów przejściowych Marine Atlan rozwija w „Gradivie” nie tylko na poziomie fabularnym, ale i formalnym. Kręcony kamerą Sony Burano film wydobywa ziarnistość obrazu przy scenach niedoświetlonych, imitując klasyczny, analogowy look – jak wywołana przed laty fotografia, schowana na wieczność w kolorowym pudełku ze wspomnieniami. Debiutująca jako reżyserka w trakcie tegorocznego festiwalu w Cannes Atlan przez lata pracowała jako autorka zdjęć w ojczystym, francuskim przemyśle. Pewnie stąd też to rozumienie materii obrazu: sceny dzienne „Gradivy” oddychają lokalnym neapolitańskim kolorytem, przypominając pocztówki o podkręconej dla efektu saturacji, gdy te nocne klimatycznie operują światłocieniem, jak barokowe płótna pozbawione zadęcia właściwego epoce. Autorka opowiada niespiesznie, nawet jeśli jej bohaterowie są w ciągłym ruchu. Spokojnie snuje się za ich wieczornymi eskapadami, razem z nimi szuka melanżu na placykach wypełnionych lokalsami i towarzyszy ich mękom w trakcie nieskończonych lekcji plenerowych.

Wyjazd do Neapolu to Wezuwiusz, Pompeje, Herkulanum, Byk Farnezyjski i Herkules, mozaika walki Aleksandra Wielkiego z Dariuszem i przedwieczne freski w Villi dei Misteri. Wyjazd do Neapolu to błękitna koszulka Maradony, pizza z grubym brzegiem, Aperol za 1 euro w plastikowym kubeczku, przejażdżka nad wybrzeże Amalfi, kapiąca sokiem mozzarella buffala i skradziona Vespa, nieopatrznie zostawiona na wieczór w dzielnicy hiszpańskiej. Wyjazd do Neapolu to zaangażowana gadka z kumplem, gdy słońce grzeje po karku, niesłuchanie nauczycieli, nogi bolące od stania, wertowanie lokalnego Tindera, wódka w butelce po soku pomarańczowym, sprint „kto pierwszy na plażę” i plotki o tym, z kim wczoraj przespała się najładniejsza dziewczyna z klasy. Wielkim szczęściem „Gradivy” jest fakt, że Marine Atlan nie tylko tak dobrze rozumie wielowymiarowość miejsca, które portretuje, ale i specyfikę relacji swoich bohaterów z tymże miejscem. Te potrafią zaskoczyć – jak w przypadku Toniego, którego osobisty związek z miastem jest w stanie przekroczyć nawet fakt, że nigdy wcześniej go nie odwiedził. Jego „neapolitańska tożsamość” objawia się włoskim imieniem oraz rodzinną historią babci pochodzącej z prowincji, zakochanej (z wzajemnością?) w tutejszym magnacie z rodu Montorsi. Z tego mezaliansu narodziła się jego matka, ale i szaleństwo samotności i odrzucenia babki, której partner miał umrzeć w tragicznym trzęsieniu ziemi pod gruzami rodowej willi. Gdy wiecznie wyluzowany Toni opowiada o tym kolegom w autobusie, oczy świecą mu się jakby trochę inaczej niż zwykle.

Mimo dominującego jego relacje lekceważącego, beztroskiego nastawienia, Toni nosi w sobie pokłady ukrytej wrażliwości, a Atlan uwielbia prowokować go do wytargiwania ich na światło dzienne. Część tych emocji objawia się w pewnym dramacie nieprzystawania. Na tle znakomicie uczących się bogaczy z podparyskiego Montrouge chłopak odstaje zarówno ekonomicznie, jak i pod kątem, powiedzmy, stopnia „życiowego zorganizowania”. Gdy znajomi wykładają mu swoje sprecyzowane plany, przeprowadzają przez dalsze stopnie wymarzonego rozwoju naukowego i zawodowego, on w ciszy siedzi na krawężniku, kryjąc się za performowaną obojętnością. Próby wyjścia poza nią i tak kończą się przecież niepowodzeniem – jak choćby wtedy, gdy donosząc pisane na kolanie zaległe zadanie domowe, zostaje wyśmiany, a potem nieoceniony przez swoją nauczycielkę. Kontrast pomiędzy nim a grupą pogłębia kontekst Jamesa – diablo inteligentnego fuckboya pomykającego w koszulce Vetemens, któremu pilna nauka i wysokie aspiracje nie przeszkadzają w robieniu odpowiedniego wrażenia na rówieśnikach. Sugerowana przez reżyserkę bliskość ich relacji podsyca w głowie widza intuicje przekraczające męską przyjaźń, ale filmowa trajektoria tej znajomości nigdy nie dociera w jednoznacznie romantyczne, zdefiniowane rejony. Z drugiej strony – której licealnej relacji tak naprawdę udaje się tam dotrzeć?

Patrząc na tak rozpisane dynamiki, z automatu myślę o „Gradivie” jak o „Supersamcu” wyreżyserowanym wrażliwą ręką Alice Rohrwacher. Tak samo jak w tekście Rogena i Goldberga, Atlan w swoim portrecie młodej męskości zainteresowana jest zderzeniem emocjonalnych blokad i seksualnej ekscytacji – jedynej przestrzeni dla ich przełamania. I tu, i tam rozstanie najlepszych przyjaciół wywołane jest też uniwersyteckimi wyborami, czy też szerzej: rozmijającymi się wizjami własnych przyszłości. W „Gradivie” korzenie tych rozminięć sięgają jednak znacznie głębiej. Dotykają rodzinnych biografii, ekonomiczno-społecznych uwarunkowań, losów rozstrzygniętych gdzieś znacznie wcześniej; być może w antycznym fatum? To ciekawe, że Atlan zainteresowana jest właśnie tym wymiarem szkolnych relacji rówieśniczych. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio ktoś równie pewnie i gładko zarazem wchodziłby w klasowe różnice między nastolatkami – pokazując je jako siłę determinującą ich życia, ale w nie w pełni zrozumiały jeszcze przez nich sposób. 

Być może dlatego snujący się ulicami Neapolu Toni szybko zaczyna czuć inny, znacznie głębszy rodzaj połączenia z Neapolem. Przekonuje go „outsiderstwo” miasta, stuleciami wyszydzanego przez bogatsze metropolie północy; jego zapraszający charakter, stający naprzeciw francuskiemu elitaryzmowi. Związek cementuje też historia rodzinna, zapewniająca o bogatszej, romantyzowanej przez chłopaka przeszłości – tożsamości, której nigdy dotąd nie miał okazji zbadać i zrozumieć. Atlan jego niepewne, choć bezwarunkowe łączenie się z miastem przeciwstawia taktykom reszty grupy – w oczach nauczycielek bardziej błyskotliwej albo po prostu bardziej zaangażowanej w intelektualne przeżywanie wyjazdu. Ktoś niespodziewanie dojrzy coś znajomego w postaci na starożytnym fresku. Ktoś inny w prowadzonej dla sportu zajadłej, politycznej dyskusji zamiast abstrakcyjnych postaw zobaczy realne sytuacje z życia swoich kolegów. Wraz z nabywaną dojrzałością klasy teoretyczny charakter edukacji traci na abstrakcyjności. Elementy historii południa Włoch, jak ściśnięci w uścisku skamieniali kochankowie z Pompei albo smutne spojrzenie muzealnej rzeźby, potrafią trącić w nich bardzo współczesne struny. W tych zatłoczonych pokojach muzeów najlepiej objawia się wspomniany porządek kina Rohrwacher, której „La Chimera” budowała podobne wynikowe połączenia między odległą przeszłością a teraźniejszością.

Oglądając „Gradivę”, czuję uderzającą bliskość tej panoramy, ale i pewien żal do samego siebie, bo przecież mogłaby wydać mi się jeszcze bliższa. W liceum też chodziłem do klasy klasycznej, w której też organizowano zagraniczną wycieczkę szkolną pod opieką nauczycieli łaciny – nie do Neapolu, ale do Aten. Nie pojechałem na nią z raczej błahych powodów durnego nastawienia i strachu przed morderczym dystansem między Krakowem a stolicą Grecji. „Gradiva” – jak rzadko kiedy kino potrafi – dała mi drugą szansę, żeby tam dotrzeć. To zasługa znakomitego wyważenia pomiędzy utożsamieniem płytkim a głębokim; autentyzmem zarówno atmosfery autokaru pełnego dzieciaków, jak i życia wewnętrznego dojrzewającego licealisty. Atlan wie, że jeden porządek działa w służbie drugiego, dlatego sceny kręcenia jointa pod stołem, gdy nauczycielka odczytuje na środku sali szczegółowy plan wycieczki, miesza z ważnymi, intymnymi chwilami przekształcania się relacji rówieśniczych – momentami naznaczonymi dwustronną świadomością, że to, co właśnie się dzieje, zostanie z nimi na długo, może na zawsze.

Ostatecznym wehikułem okazuje się jednak chyba intensywność tego portretu. W bohaterach „Gradivy” cały czas coś buzuje. Początkowo można sądzić, że gotuje się w nich czysto seksualne niespełnienie, ale reżyserka stopniowo uwidacznia to ważniejsze, emocjonalne – w nim kryje się sedno i przyczyna całej reszty. Zakochany chłopiec, który całymi dniami myśli wyłącznie o swojej niespełnionej miłości; tragedia uczucia rozsadzającego ciało, którego nie sposób przetłumaczyć na adekwatne słowa. Tego wszystkiego nie udało mi się wyczytać z kilku fotek z Aten wrzuconych na Instagram przez moich znajomych. Gdy z ciekawości odpalam dziś appkę, te zdjęcia nadal wiszą na ich profilach.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?