Recenzja filmu Irlandczyk (2019)
Martin Scorsese

Relacjonując kulisy przestępczej kariery bohatera, twórca "Ulic nędzy" mierzy się  z zagadnieniami wykraczającymi daleko poza formułę kina gatunkowego. W przejmujący sposób opowiada o ...
Filmweb sp. z o.o.
Jeśli oglądaliście oscarową "Infiltrację", pewnie pamiętacie, co Freud sądził o Irlandczykach: to jedyny naród odporny na psychoanalizę. A co legendarny badacz ludzkiego umysłu miałby do powiedzenia na temat "Irlandczyka"? W swoim najnowszym filmie Martin Scorsese zabiera widzów w podróż po wspomnieniach Franka Sheerana – zmarłego w 2003 roku weterana wojennego, działacza związków zawodowych, a także cyngla na usługach mafii. Relacjonując kulisy przestępczej kariery bohatera, twórca "Ulic nędzy" mierzy się jednak z zagadnieniami wykraczającymi daleko poza formułę kina gatunkowego. W przejmujący sposób opowiada o przemijaniu, gasnącej pamięci oraz czekających na uregulowanie rachunkach, które życie wystawia za popełnione błędy. Choć mniej cierpliwym kinomanom trzyipółgodzinny seans może jawić się – jak słusznie zauważył recenzent "Variety" – niczym wspinaczka na górę, warto podjąć wysiłek. Ze szczytu widok jest niebywały. 


Tych, którzy spodziewali się po reżyserze kolejnego filmowego fajerwerku o gangsterach na miarę "Chłopców z ferajny" i "Kasyna", muszę, niestety, rozczarować. Ekranizacja książki "Słyszałem, że malujesz domy" pióra Charlesa Brandta to utwór znacznie mniej efektowny. Narracja nie przypomina tym razem serii z pistoletu maszynowego, zaś przestępczy styl życia zostaje odmalowany bez choćby cienia uwodzicielskiego glamouru. Otwierająca "Irlandczyka" scena, w której kamera Rodrigo Prieto przemierza korytarz domu starców w poszukiwaniu zniedołężniałego, przykutego do wózka bohatera, nieprzypadkowo wygląda jak odbity w krzywym zwierciadle pamiętny mastershot w klubie Copacabana w "Chłopcach…". Tam mieliśmy kryminalny raj, tutaj wkraczamy w pustkę.

Frank Sheeran (Robert De Niro) nie odgrywa znaczącej roli w półświatku. Jest zaledwie trybikiem w machinie, zabójczym pionkiem, który podąża za rozkazami i nie daje się ponieść emocjom. Przy całym swoim okrucieństwie, braku skruchy oraz niezdolności do wyrażania uczuć bandzior wydaje się jednak postacią głęboko ludzką. Z biegiem lat narasta w nim gorycz, spokoju nie daje także sumienie, którego personifikacją staje się na ekranie milcząca, wyobcowana córka Peggy (Anna Paquin). Równie empatycznie twórcy spoglądają na parę protektorów i przyjaciół bohatera: kryminalnego bossa Russella Buffalino (zagranego z zaskakującą delikatnością przez Joe Pesciego) oraz legendarnego lidera amerykańskich związków zawodowych Jimmy'ego Hoffę (wyśmienity Al Pacino). Gdy jeden z nich znajdzie się na kursie kolizyjnym z grupą trzymającą władzę, Frank będzie musiał wybierać, w stosunku do kogo pozostać lojalnym.


"Irlandczyk" to film utkany z kontrastów. Rozgrywająca się na przestrzeni kilkudziesięciu lat historia jest jednocześnie epicka i niezwykle intymna, brutalna i skąpana w melancholii, elegijna, a mimo to niepozbawiona przebłysków humoru (komediowymi perełkami są zwłaszcza konfrontacje Hoffy z jego związkowym konkurentem Tonym Pro, w którego wciela się fantastyczny Stephen Graham). Egzystencjalny ciężar opowieści kojarzy mi się nieodparcie z twórczością wybitnego polskiego prozaika Wiesława Myśliwskiego. W "Ostatnim rozdaniu" dwukrotny laureat nagrody Nike pisze: Człowiek wmówił sobie, że ma za krótkie życie, w związku z czym zwykł się tłumaczyć ustawicznym brakiem czasu. Tylko, powiedzmy, gdyby żył dwa razy dłużej, miałby go więcej? Wątpię. Jeśliby komuś udało się skonstruować zegar, który odmierzałby człowiekowi czas zmarnowany, pusty, i czas pełny, poświęcony jakiemuś pożytkowi, choćby własnemu, okazałoby się, że większość życia zmarnował. Więc może i tak życie dane jest nam w nadmiarze. Powyższe słowa mogłyby posłużyć jako motto "Irlandczyka".

W jednej ze scen bohater konstatuje z żalem, iż młode pokolenie nie kojarzy postaci Hoffy, podczas gdy w latach 60. był on popularniejszy od Beatlesów. Czas unieważnia osiągnięcia, znajomości, sławę i władzę. Czy w takim razie "warto było szaleć tak przez całe życie"? Czy opłacało się poświęcić tak wiele w imię spraw, które po latach obchodzą tak niewielu? Dręczące zabójcę Sheerana wątpliwości najwyraźniej nie są obce zbliżającemu się do osiemdziesiątki artyście Scorsesemu. Wielki reżyser zabiegał o realizację "Irlandczyka" przez półtorej dekady, a dziś głośno protestuje, gdy dziennikarze nazywają jego nowe dzieło filmem gangsterskim. I słusznie. Sheeranowi i spółce bliżej bowiem do bohaterów Fiodora Dostojewskiego niż twardzieli z hollywoodzkich widowisk. 


Jak na dłoni widać tu, co uczyniło Scorsesego jednym z najwyższych kapłanów kościoła kina, zaś jego filmografię – pomnikiem trwalszym od spiżu. Wbrew pozorom nie chodzi wcale o fenomenalny warsztat ani pazur prowokatora, lecz nieustanną gotowość do podjęcia artystycznego ryzyka. W przeciwieństwie do wielu reżyserów-rówieśników, którzy dawno temu okopali się na zajętych pozycjach, autor "Taksówkarza" wciąż szuka nowych horyzontów.  W "Irlandczyku" wykorzystał kosztowną, eksperymentalną metodę cyfrowego odmładzania aktorów, aby umożliwić swoim dojrzałym gwiazdom wcielenie się w bohaterów na różnych etapach życia. Komputerowe czary nie zawsze przynoszą satysfakcjonujący rezultat – są tu momenty, gdy De Niro wygląda jak postać z gry wideo albo figura woskowa. Wizyty w "dolinie niesamowitości" nie trwają na szczęście długo i nie osłabiają frajdy płynącej z obcowania ze świetnym filmem. Nie dajcie się zwieść jego żałobnej, pożegnalnej atmosferze. Scorsese jest u szczytu sił twórczych. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 97% uznało tę recenzję za pomocną (70 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię