Recenzja filmu Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa (2020)
Maciej Kawulski

Czego słuchają gangsterzy?

Lubię ten film. Być może bardziej niż na to zasługuje. Lecz w przeciwieństwie do filmów Patryka Vegi, w których każdy element tekstu oraz języka filmowego wydaje się narzędziem egzekwowania ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
"Miałem wszystko. Rodzinę, która mnie kochała, ekipę, która szła za mną w ogień, no i najlepszą dupę w mieście" – deklaruje odziany w skórę i złoty wisior gangster (Marcin Kowalczyk), bezimienny antybohater, na którego zasłużyła Polska czasów transformacji. To zarazem szczytowy moment jego kariery oraz punkt zwrotny fabuły, w którym historia brutalnej mafijnej inicjacji zamienia się na naszych oczach w opowieść o nitkach przeznaczenia, o bezlitosnym fatum, wymierzającym sprawiedliwość facetom w skórach i wisiorach. Ten pierwszy film ma w sobie rebeliancką energię, która raz po raz rozsadza ekran. Ten drugi tonie w morzu pretensji i kończy na melodramatycznych mieliznach. 

photo.title

Faceta bez imienia, za to z ambicjami, poznajemy w latach 70. Chociaż jest jeszcze dzieciakiem, jego oczy płoną determinacją, akurat zalewa gradem ciosów szkolnego byczka. Reżyser Maciej Kawulski uruchamia tu ten rodzaj komediowej narracji, który w połączeniu z wiadomą tematyką daje rewelacyjny efekt. Oto dzieciak podgląda wychodzących z hotelu gangsterów i z maślanymi oczyma wyznaje: też kiedyś taki będę. I tak, młodość spędza na zamienianiu słów w czyny, co twórcy, korzystając z gatunkowego elementarza, zamieniają w kolejne punkty węzłowe: pierwsze rozboje, kradzieże i zabójstwa, związek z piękną (i nieświadomą podwójnego życia swojego ukochanego) dziewczyną, wzniesiony na kościach wrogów biznes, wreszcie – operowe starcie z własnymi demonami. Kronika wzlotów i upadków bohatera została napisana wyłącznie wielkimi literami: Miłość i Nienawiść, Prawda i Fałsz, Zdrada i Lojalność, Czerń zasysająca materię i Biel wypalająca gałki oczne. Nic nie szkodzi, skoro za sprawą operatorsko-montażowych popisów ogląda się to wszystko z rosnącą ekscytacją.  

Budulec i obyczaje mafijnego świata interesują reżysera o tyle, o ile da się wokół nich zbudować Spektakl. To niezła strategia, niestety nie zawsze się sprawdza – zwłaszcza kiedy pogoń za fotogenicznymi atrakcjami obydwa się kosztem psychologicznej wiarygodności. Film jest luźno oparty na kilkunastu życiorysach, postaci bywają na tyle pojemne, by zmieścić w sobie kilku żywych lub martwych mafiozów i dość powiedzieć, że brakuje tu przeciwwagi dla całej tej "uniwersalnej historii gangsterskiej", nawet zmieniająca się na naszych oczach Polska to raczej element scenografii niż scenariusza. Skłonność do myślenia wyeksploatowanymi kliszami da się wyczuć choćby w doborze muzyki. Skala muzycznych fascynacji reżysera jest doprawdy imponująca, rozciąga się od Moby'ego i Skunk Anansie, po DżemMartina Rotha, ale jeśli pobyt w egzystencjalnej matni ilustrowany jest muzyką Philippa Glassa z "Koyanisquatsi", to cóż – ździebko to groteskowe i efekciarskie. Na szczęście, ilekroć twórcy zapominają, że istnieją również złe pomysły, w sukurs przychodzą aktorzy. Marcin Kowalczyk przez cały film obnosi intrygującą minę mafijnego jogina i być może dlatego nagłe erupcje przemocy wypadają w jego wykonaniu tak przekonująco. Z kolei partnerujący mu Tomasz Włosok – notabene najjaśniejszy punkt poprzedniego filmu Kawulskiego, "Underdoga" – to już klasa światowa. Walden, na papierze postać równie subtelna jak powieść Thoreau, z której pożyczono jej imię, to na ekranie skomplikowany i pogubiony człowiek. Zaś młody aktor odgrywa go z obezwładniającą mieszanką subtelności oraz dzikiej błazenady. 

photo.title   photo.title   photo.title

Jak się domyśliliście, lubię ten film. Być może bardziej niż na to zasługuje. Lecz w przeciwieństwie do filmów Patryka Vegi, w których każdy element tekstu oraz języka filmowego wydaje się narzędziem egzekwowania marketingowego planu, w "Jak zostałem gangsterem" czuć autentyczną frajdę z opowiadania historii, zaplatania fabularnego patchworku, pracy z aktorami. Słowem, widać miłość do – cytowanej i trawestowanej z lepszym i gorszym skutkiem – konwencji. To emocje, które ciężko zamarkować i które najczęściej pokazują prawdziwe barwy filmowców. Nawet, jeśli ci uparcie wierzą, że utrata kochającej rodziny, wiernej ekipy i najlepszej dupy w mieście to już antyczna tragedia.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (126 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły