Recenzja filmu Jojo Rabbit (2019)
Taika Waititi

Królik po berlińsku

Waititi z wyczuciem portretuje na ekranie sielską, magiczną krainę dzieciństwa nawiedzaną przez upiory wojny. Choć akty przemocy mają zazwyczaj miejsce poza kadrem, a samemu filmowi znacznie ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Taika Waititi otwiera swój film kolażem archiwalnych nagrań przedstawiających tłumy ludzi, którzy ekstatycznie wiwatują na cześć Adolfa Hitlera. Złowieszczym obrazom nieprzypadkowo towarzyszy nagrany po niemiecku przebój Beatlesów "I Want To Hold Your Hand". Zbiorowe szaleństwo na punkcie wodza III Rzeszy przywodzi na myśl reakcje rozhisteryzowanych nastoletnich fanów na koncertach wielkiej czwórki z Liverpoolu. Reżyser nie ośmiela się oczywiście zrównywać tych zjawisk: podczas gdy ślepa miłość do Führera zamieniła świat w pogorzelisko, beatlemania zwiększyła co najwyżej obroty producentów chusteczek higienicznych. Nietrudno jednak zauważyć, że obydwa fenomeny były odmianą choroby, na którą najczęściej zapada się w młodości – fanatyzmu. Nominowanego do Oscara w sześciu kategoriach "Jojo Rabbit" potraktujcie jako łagodną szczepionkę przeciwko tej przykrej dolegliwości. Warto ją przyjąć zwłaszcza teraz, kiedy w powietrzu szaleją przeróżne wirusy radykalizmu.

photo.title

Jeszcze przed obejrzeniem dzieła Waititiego zetknąłem się z dwoma zarzutami pod jego adresem. Po pierwsze, jak na satyryczną fantazję, która mierzy się z tematem Holokaustu, "Jojo" jest niewystarczająco wywrotowy i dojmujący. Zamiast zafundować publice terapię wstrząsową, nowozelandzki reżyser proponuje rozgrzewający serce feel good movie o nazistach. Po drugie, zwariowane, offbeatowe poczucie humoru twórcy "Dzikich łowów" nie uchodzi w filmie podejmującym zagadnienia II wojny światowej oraz ludobójstwa. Obie nagany wydają mi się równie niesprawiedliwe. Pierwsza to połajanka z gatunku "a dlaczego kura nie jest prosięciem?" – skoro artystyczna strategia twórcy okazała się inna od tej, której oczekiwałem, muszę wyciągnąć krytyczne działa. Jeśli zaś chodzi o niestosowność żartów, nie sposób nie dostrzec, że Waititi odpowiada absurdem na absurd. Rozmyślnie głupawy, kreskówkowy humor uwypukla jedynie niedorzeczność i banał zbrodniczej ideologii. 

W "Jojo Rabbit" na Holokaust i wojnę patrzymy oczami 10-letniego Johannesa Betzlera (Roman Griffin Davis), który wraz z matką Rosie (Scarlett Johansson) mieszka w małym niemieckim miasteczku. Choć bohater nosi z dumą mundurek Hitlerjugend, a jego niewidzialnym kumplem jest sam Führer (w tej roli reżyser), trudno nazwać go nazistą. Przy całym swoim zacietrzewieniu malec wydaje się uosobieniem naiwnej niewinności. Wyjazd na obóz młodzieżówki NSDAP traktuje jako klawą chłopacką przygodę, z kolei w Żydach widzi wyłącznie mityczne, obdarzone magicznymi zdolnościami stwory z propagandowych broszur. Zaczadzenie barbarzyńskim światopoglądem w przypadku Jojo wydaje się pokłosiem samotności: tęsknoty za przebywającym na froncie ojcem, żałoby po stracie starszej siostry, niedoboru prawdziwych przyjaciół. Szansa na odtrucie pojawi się w momencie, gdy chłopiec odkryje, że w jego domu ukrywa się żydowska nastolatka (Thomasin McKenzie).

photo.title

Waititi z wyczuciem portretuje sielską, magiczną krainę dzieciństwa nawiedzaną przez upiory wojny. Choć akty przemocy mają zazwyczaj miejsce poza kadrem, a samemu filmowi znacznie bliżej do "'Allo 'Allo" niż "Gorzkich żniw", faszystowski terror nie daje o sobie zapomnieć. Wizytówką reżyserskiej koncepcji może być scena, w której Johannes i Rosie wyruszają na wycieczkę rowerową za miasto. Czułą atmosferę burzy niespodziewanie przejazd ciężarówki z rannymi żołnierzami wlepiającymi wzrok w atrakcyjną matkę chłopca. Pomimo rozpościerającej się na horyzoncie ciemności autor "Co robimy w ukryciu" nie traci nadziei. Wierzy – zapewne zbyt naiwnie – w ludzi: w ich zdolność do poświęceń, empatię, zdrowy rozsądek. I w to, że nic tak nie rozbija muru uprzedzeń jak rozmowa z drugim człowiekiem. 

Pod względem realizacji utwór Waititiego to jeden z bardziej stylowych filmów minionego sezonu. Wrażenie robią eleganckie, a zarazem podszyte nutą ekscentryzmu kostiumy Mayes C. Rubeo, staranna kompozycja kadrów przywodząca na myśl twórczość Wesa Andersona, wreszcie zabawa konwencjami filmowymi (od farsy przez horror po efektowną batalistykę). Ekranowy świat ożywa dzięki doskonałym występom aktorskim. Świetni są zwłaszcza Scarlett Johansson jako krzyżówka Mary Poppins z bohaterkami komedii Ernsta Lubitscha, a także Sam Rockwell w roli kalekiego weterana wojennego, który ledwie maskuje przed kolegami-faszystami swój homoseksualizm. Sercem filmu pozostaje tytułowa kreacja debiutanta Romana Griffina Davisa, który z niesłychaną lekkością łączy na ekranie wdzięk zbitego szczeniaka, sztubactwo oraz dziecięcą żarliwość. To dzięki niemu "Jojo" działa jako przejmująca opowieść o dojrzewaniu w czasach zagłady.

photo.title  

Reżyser kończy swój film kultową piosenką Davida Bowie'ego oraz cytatem z wiersza austriackiego poety-egzystencjalisty Rainera Marii Rilkego będącego hymnem na cześć życia pomimo przeciwności losu. Jeśli chodzi o mnie, dołożyłbym do tego zestawu wersy polskiego klasyka: kiedy wszyscy obok ciebie równiuteńko idą, przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (256 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny