Kiedy Alex poznał Poppy

Zima w pełni – utrzymują się minusowe temperatury, szadź pokrywa gałęzie drzew, na chodnikach zalega lód. Jakby na przekór tym warunkom atmosferycznym na Netfliksie pojawili się "Ludzie, których
Kiedy Alex poznał Poppy
Zima w pełni – utrzymują się minusowe temperatury, szadź pokrywa gałęzie drzew, na chodnikach zalega lód. Jakby na przekór tym warunkom atmosferycznym na Netfliksie pojawili się "Ludzie, których spotykamy na wakacjach" – adaptacja bestsellerowej powieści Emily Henry z 2021 roku, która zabiera nas w podróż po skąpanych w słońcu, upalnych miejscach. I jest to wyprawa całkiem udana.

  
Poppy Wright (Emily Bader) to autorka artykułów podróżniczych dla popularnego magazynu "R+R". Jej praca naturalnie wiąże się z częstymi wyjazdami – najbliższy zaplanowany jest na Santorini, choć Poppy w ostatniej chwili namawia szefową, by w zamian wysłała ją do Barcelony. To tam bowiem odbędzie się ślub Davida, brata Alexa (Tom Blyth), z którym Poppy utrzymywała wieloletnią przyjaźń. 

Historia Poppy i Alexa ukazana jest niechronologicznie. Choć wydarzenia bieżące rozgrywają się w Barcelonie, dzieje ich przyjaźni poznajemy za pomocą retrospekcji, począwszy od dnia, w którym się poznali (prawie dekadę wcześniej). Pewnego razu Poppy i Alex postanawiają, że każdego roku – bez względu na wszystko – będą razem wyjeżdżać na tygodniowy urlop, za każdym razem w inne miejsce. "Ludzie, których spotykamy na wakacjach" pokazują nam przebieg tych wypraw i to, jak przy ich okazji kształtowała się relacja głównego duetu. 


Czy platoniczna damsko-męska przyjaźń jest możliwa? To pytanie niejednokrotnie nasuwa się, gdy obserwujemy wczesne perypetie Poppy i Alexa, którzy, choć na samym początku się na to nie zapowiadało, doskonale się ze sobą bawią i zawsze są blisko siebie. Z pozoru niewiele ich łączy – Poppy jest spontaniczna i wygadana, Alex bardziej powściągliwy i introwertyczny, wciąż mieszkający w rodzinnym mieście – jednak pomimo tych różnic potrafią znaleźć wspólny język i świetnie się uzupełniają. Choć oboje mają partnerów i wciąż powtarzają, że łączy ich tylko przyjaźń, nietrudno się domyślić, że gdzieś w środku tli się niewypowiedziane uczucie. Po pierwsze dlatego, że oglądamy komedię romantyczną, więc siłą rzeczy możemy się spodziewać, w jakim kierunku zmierza fabuła (nawet jeśli nie czytaliśmy literackiego pierwowzoru). Po drugie – z powodu niezaprzeczalnej chemii Bader i Blytha, którzy wyraźnie dobrze bawili się na planie i w swoim towarzystwie. Reżyser Brett Haley wykonał świetną robotę, wybierając tę dwójkę.

To właśnie retrospekcje są najlepszą częścią filmu – Poppy i Alex dają się ponieść zabawie, odwiedzają piękne, skąpane w słońcu miejsca, a my jako widzowie z satysfakcją obserwujemy rosnące między nimi pożądanie i pragnienie fizycznej bliskości. Szczególnie wyróżnia się tu fragment w Nowym Orleanie. Część w Barcelonie, gdzie główny duet spotyka się po dwóch latach bez kontaktu i jest zmuszony oczyścić atmosferę, nie ma w sobie tej samej iskry (choć sama relacja między bohaterami jest bardziej napięta) i jak po sznurku prowadzi do zakończenia. Blyth i Bader jednak do końca dzielnie utrzymają całość na swoich barkach, przekonująco wypadając także w bardziej dramatycznych scenach. 


W "Ludziach, których spotykamy na wakacjach" trudno zresztą wyróżnić inne role – na ekranie pojawiają się m.in. Alan Ruck, Molly Shannon, Lukas Gage, Jameela Jamil czy Sarah Catherine Hook, która w tym roku zyskała popularność rolą Piper w "Białym Lotosie". Są to jednak niewielkie role, stanowiące raczej bonus do głównego duetu, a w przypadku Rucka czy Shannon będące po prostu nieco większym cameo, które ma na celu wprowadzenie elementu humorystycznego.

"Ludzi, których spotykamy na wakacjach" można potraktować jako remedium na aurę za oknem (scena, w której bohaterowie stwierdzają, że jest ponad 30 stopni, jawi się jak przebłysk alternatywnej rzeczywistości). "Sympatyczny" to może mało filmoznawcze określenie, ale tak właśnie nazwałbym film Haleya. Nawet jeśli zakończenia łatwo się domyślić, zawsze zostają piękne obrazki, świetnie obsadzony duet główny i wpadające w ucho piosenki (fani Taylor Swift powinni być szczególnie zadowoleni z jednej ze scen). A do tego ładna puenta, która w uroczy sposób podsumowuje, jakie miejsce możemy w istocie nazwać swoim domem. 

I jak teraz wrócić na mróz? 
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?