Czterogodzinny dokument ogląda się niemal bez dłużyzn, co jest zasługą dobrze poprowadzonej, rzetelnej narracji i wypowiedzi biorących udział w projekcie bohaterów.
Podczas seansu "Muska" przypomniała mi się klątwa "obyś żył w ciekawych czasach". Nie tylko dlatego, że tytułowy bohater ewidentnie przyczynia się do tego, że nasze czasy do nudnych nie należą. Powiedzenie nabiera głębszego, bardziej posępnego wymiaru, kiedy zestawimy je z przekonaniem południowoafrykańskiego przedsiębiorcy, że prawdopodobnie żyjemy w symulacji. W takiej sytuacji przetrwać bowiem mogą wyłącznie te wersje rzeczywistości, które są... najciekawsze, bo dostarczają rozrywki istotom kontrolującym nasz świat. Inne zostaną wyłączone.
Jeśli potraktujemy tę hipotezę serio, możemy założyć, że Alex Gibney, reżyser "Muska" znalazł odpowiedź na pytanie, jakie zadaje sobie wiele osób: co się stało z szefem Tesli i SpaceX? Zwrot miliardera w stronę MAGA to jedna z najbardziej spektakularnych i przerażających transformacji politycznych ostatniej dekady. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że najbogatszy człowiek świata deklarujący ratowanie planety i rozwijanie biznesów opierających się w dużej części na odnawialnych źródłach energii stoi raczej po jaśniejszej stronie mocy. Można było go traktować jak nieco ekscentrycznego i nie zawsze wiarygodnego wizjonera (tak, obiecywał nam kolonizacją Marsa przed 2026 rokiem), który jednak rzuca wyzwanie status quo. Nikt nie wierzył w sukces elektrycznych samochodów, kiedy Musk się za to zabierał. Idea opłacalnych rakiet wielokrotnego użytku była raczej domeną science fiction niż realną strategią biznesową. Dzisiaj Tesle stały się na tyle popularne, że jeździ nią nawet reżyser dokumentu, mimo że jego właściciel nazwał go "dupkiem" i odmówił udziału w filmie.
Gibneya od lat interesują tematy na styku technologii i władzy. Twórca ma w swoim porfolio tytuły poświęcone Elizabeth Holmes, Steve'owi Jobsowi czy scjentologom. Dlatego nie dziwi, że reżyser chciał zrobić film o Musku jeszcze na długo przed jego zwrotem w stronę Trumpa. Spektakularna przemiana tytułowego bohatera to pod wieloma względami najpiękniejszy prezent dla dokumentalisty. Ta historia ma w sobie wszystkie niezbędne zwroty akcji: od nieszczęśliwego, naznaczonego przemocą ze strony ojca i bullyingiem dzieciństwa, po ambitne pierwsze biznesowe próby, porażki i w końcu spektakularne sukcesy oraz popadnięcie w szaleństwo. Na drugim planie związki z ekscentrycznymi artystkami, śmierć dziecka, a także ego, które napędza do rzeczy wielkich i realnie zmieniających losy świata. Gibney próbuje ustalić, w jaki sposób Musk zdobył tak dużo wpływów i jak mu na to pozwoliliśmy. No bo jak to w końcu jest z tą władzą: korumpuje czy może po prostu ujawnia naszą prawdziwą naturę?
Nie ulega wątpliwości, że twórcy wykonali kawał dokumentalnej roboty. Kiedy Musk nie zgodził się na wywiad, postanowili przeczesać cały internet i archiwa w poszukiwaniu materiałów z udziałem przedsiębiorcy. Dotarli do pierwszych relacji z jego działalności w latach 90., do sceptycznych wypowiedzi dotyczących sztucznej inteligencji, filmów pokazujących go z pierwszą żoną Justine, zanim stał się technologicznym celebrytą. Skrupulatnie przedstawiają jego drogę od jego pierwszej firmy Zip2, po rozwinięcie najsłynniejszych biznesów na czele z Teslą i SpaceX, aż po problemy po przejęciu Twittera i koszmar DOGE. Podważają przy tym częstą narrację o strategicznym samorodnym geniuszu Muska. Portretują jego chorobliwą obsesję na punkcie optymalizacji i wiarę, że cel uświęca środki, która doprowadziła jednocześnie do rozwinięcia jednych z najbardziej innowacyjnych współczesnych wynalazków i zalania internetu dziecięcą pornografią generowaną przez AI. Obnażają kłamstwa biznesmena, którego strategia marketingowa przy uruchomieniu autopilota w Tesli wprowadzała odbiorców w błąd, a "wolność słowa" stała się zasłoną dymną, by stłamsić obecność mainstreamowych mediów na platformie X i dawać pierwszeństwo materiałom promującym teorie spiskowe oraz nielegalne treści. Jest tu też sam Musk wygenerowany ironicznie w AI i wplecione w narrację fragmenty czerpiące z estetyki gier komputerowych – to akurat najsłabsza część filmu, niepotrzebnie przefajniona.
Czterogodzinny dokument ogląda się niemal bez dłużyzn, co jest zasługą dobrze poprowadzonej, rzetelnej narracji i wypowiedzi biorących udział w projekcie bohaterów. Gibneyowi udało się namówić do współpracy m.in. założyciela (tak, prawdziwego założyciela) Tesli Martina Eberharda, naukowca Geoffreya Hintona, dziennikarzy Zoe Schiffer, Karę Swisher, byłego przyjaciela Muska, neurobiologa Sama Harrisa. Najciekawszymi bohaterkami dokumentu, które naświetlają sylwetkę Muska z nowej, nieznanej wcześniej opinii publicznej strony, są jego byłe partnerki. Justine Wilson, pierwsza żona biznesmena i matka sześciorga jego dzieci, w tym Vivian Jenny Wilson, której tranzycja stała się dla Muska początkiem krucjaty przeciwko "wirusowi woke" (tak, facet wystawia własną córkę na pożarcie internetowym trollom w imię "wolności słowa"). Z kolei Ashley St. Clair to była partnerka właściciela Tesli i matka jego dziecka, której, jak ujawniła podczas weneckiej konferencji prasowej, Musk oferował 40 milionów dolarów w zamian za odmowę uczestnictwa w projekcie Gibneya. St. Clair, była influencerka związana ze środowiskiem MAGA, uwypukla "skomplikowaną relację" Muska z prawdą. Kobieta mówi też o obsesji byłego chłopaka na punkcie płodzenia dzieci. Właściciel Tesli miał powiedzieć swojej dziewczynie o potrzebie "stworzenia legionu dzieci przed wojną domową". Musk oferuje też kobietom swoje nasienie w ramach kontraktów objętych klauzulą poufności. Według oficjalnych szacunków mężczyzna ma 14 dzieci z 4 różnymi kobietami; nieoficjalnie – z pewnością więcej.
Gibney wpisuje też biografię Muska w szerszy kontekst społeczno-polityczny, naświetlając systemowy problem, który pozwala jednej osobie na akumulację pieniędzy i władzy w sposób, który bezpośrednio zagraża demokracji. Twórca punktuje naszą tendencję do idealizowania prawdziwych czy wyobrażonych geniuszy. Zapominamy przez nią, że za sukcesem wielkich firm technologicznych stoi rzesza wybitnych, choć mniej medialnych inżynierów. Oddając miliarderom coraz więcej wpływów, możemy obudzić się w świecie, w którym dane milionów amerykańskich obywateli, zdobyte przez Muska za pośrednictwem DOGE, mogą zostać wykorzystane do manipulacji w zbliżających się wyborach midterm w listopadzie. Gibney, przestrzegając przed "cambridge analytica na sterydach", pokazuje nam, że na takim poziomie scentralizowanej władzy właściwie przestaje mieć znaczenie, co jest prawdą. Musk ma tyle pieniędzy, że może praktycznie kreować rzeczywistość. Dobra wiadomość jest taka, że jeżeli to symulacja, to przynajmniej nie ma nudy.