Jednym z producentów "NAZA" jest Jonathan Glazer i, oglądając dokument, trudno nie pomyśleć o podobnie eliptycznej "Strefie interesów". Dzięki elipsie twórcy unikają wszystkich pułapek
Kolega odwiedził kiedyś Izrael i był pod wrażeniem rozświetlających tamtejsze nocne niebo fajerwerków – dopóki ktoś nie powiedział mu, że to nie fajerwerki. Tak to już bywa: czasem się widzi, a jakby się nie widziało. Czasem ktoś musi wskazać ci, na co zwrócić uwagę i nazwać rzecz po imieniu. Szkopuł w tym, że równie ważne, CO się mówi, jest to, JAK się mówi. Izraelska okupacja Strefy Gazy stanowi w tej kwestii nie lada zagwozdkę. Jak przebić się przez zwały uprzedzeń, propagandy, emocji, dezinformacji? Jak uniknąć retorycznej pułapki, że ludobójstwo stanowi koniec języka i siłą rzeczy wymyka się opisowi?
Głośny "Głos Hind Rajab" (2025) moim zdaniem nieco "przegrzewał" temat. Reżyserka Kaouther Ben Hania pokazywała ludzi, którzy płaczą do kamery na dźwięk tytułowego głosu, jakby nie wierzyła, że sam głos wystarczy, że nie trzeba nam jeszcze podpowiadać reakcji. W "Tak" (2025) Nadava Lapida emocja była już na swoim miejscu: głęboko w trzewiach sfrustrowanego swoją niemocą Izraelczyka. Ale wybrana przez reżysera forma godardowskiego kabaretu wydała mi się zbyt symboliczna i hermetyczna, stawiała przed widzem ścianę: oglądając, czułem się jak ktoś spoza Polski próbujący rozszyfrować arcypolski "Dzień świra". Ben Hania była zbyt dramatyczna, Lapid zbyt ironiczny: raz za blisko, raz za daleko.
Porównanie jest o tyle nie fair, że "Głos Hind Rajab" to dokudrama, a "Tak" – film fabularny. Nie wyciągałbym jednak zbyt daleko idących wniosków. Inna sprawa, że – przynajmniej moim zdaniem – dopiero "NAZA", dokument pełną gębą, trafia we właściwy ton. Co ciekawe, Yuval Abraham i Rachel Szor, współtwórcy oscarowego "Nie chcemy innej ziemi" (2024), zupełnie unikają tu emocji. Ich film ma spokojną, wyciszoną, jakby zrezygnowana tonację. Raptem w finale pojawia się dramatyczne nagranie z Gazy: zrozpaczony ojciec szuka dzieci pod zwałami gruzu, a nad nim wisi złowrogo niepozorny dron. Czy taki obrazek opisuje "dobrze", co dzieje się w Palestynie? Co to w ogóle znaczy "opisuje dobrze"?
Abraham i Szor właśnie z nieopisywalności robią metodę. "NAZA" rozgrywa się nocą na dachach Tel Awiwu, gdzie twórcy przeprowadzają wywiady z Izraelczykami uczestniczącymi w "operacji wojskowej" w Gazie. Dla ochrony rozmówców ich twarze i głosy zostały cyfrowo zniekształcone. Widzimy jedynie czarne sylwetki na tle śpiącej metropolii, a miasto dyskretnie mruczy sobie w tle. Podręczniki scenariopisarstwa uczą: "show, don’t tell", "pokazuj, nie mów", bo obraz rzekomo "znaczy więcej niż tysiąc słów". W "NAZA" ta złota zasada zostaje jednak złamana. Więcej tu słychać, niż widać: bohaterowie mają do swojej dyspozycji głównie słowa. Raz na jakiś czas twórcy podsuwają im zeszyt, żeby mogli narysować, co śledzą na ekranach w swoich centrach dowodzenia. Ale wciąż jest to zapośredniczenie zapośredniczenia: a) rysunek b) transmisji wideo ze c) Strefy Gazy. Trzy kroki oddalenia od rzeczywistości.
"NAZA" jest właśnie opowieścią o stopniach oddalenia. Film – trochę jak jego bohaterowie – pojawił się w programie festiwalu w Wenecji incognito: ze względów bezpieczeństwa przez jakiś czas figurował w grafiku projekcji jako niezatytułowana pozycja. I ta jego obecność-nieobecność jest ładną metaforą samego dokumentu. Tytułowa NAZA to bowiem akronim, którego używają siły specjalne Izraela: nazywa on liczbę tak zwanych "ofiar ubocznych". Kiedy rakieta wymierzona w agenta Hamasu zabije przy okazji piętnaścioro znajdujących się w okolicy niewinnych dzieci, Izrael określa to jako "15 NAZA". Skrót jest więc perfidnym eufemizmem, stanowi semantyczne unieobecnienie. Odkleja znak od desygnatu, litery od słów, a słowa od tego, co opisują. Odkleja sprawcę od ofiary: wszystko, żeby ułatwić żołnierzowi jego pracę. Pracę, a raczej – mówiąc nieeufemistycznie – zabijanie.
"NAZA" pokazuje, że w Izraelu eufemizm stał się de facto chlebem powszednim. W Tel Awiwie życie toczy się przecież jak gdyby nigdy nic. Kamera Szor rejestruje z dachu wieczorny egzystencjalny banał: przez okna budynków widać, jak ludzie krzątają się po mieszkaniach, ścierają kurz, oglądają telewizję. Co najwyżej w jakimś programie informacyjnym mignie twarz premiera Benjamina Netanyahu, a prezenter przeczyta jakąś morderczą statystykę. Któryś z bohaterów mówi, że w Izraelu istnieją jakby dwie rzeczywistości i jest to celna obserwacja. Abraham i Szor opisują państwo z gruntu orwellowskie, gdzie na porządku dziennym jest dwójmyślenie.
Jeden z rozmówców, zapytany czy uważa, że przykłada rękę do ludobójstwa, odpowiada, że tak. A chwilę potem porównuje pracę operatora drona do gry wideo. Mówi, że w trakcie służby "hormony szaleją", że ma "szaloną frajdę", "cel" oraz "poczucie misji" i że generalnie jest to bardzo "przyjemne". W wypowiedziach bohaterów słychać jednak równie dużo racjonalizacji, umywania rąk, przerzucania odpowiedzialności. "Jestem tylko trybikiem. Gdybym ja tego nie robił, robiłby to ktoś inny". "Moja rola jest czysto techniczna. Nie mam wygłaszać moralnych ani osobistych opinii". Hitem jest jednak wypowiedź samego Netanyahu, który w wywiadzie telewizyjnym z lat 70. definiuje terroryzm jako "zabijanie cywilów dla politycznych celów". Aż prosi się o diagnozę: amnezja, hipokryzja, schizofrenia. Szkopuł w tym, że dotyczy to całego kraju (choć niekoniecznie wszystkich obywateli).
Ktoś wspomina tu nawet do kamery, że był kiedyś na wycieczce w Polsce, gdzie zastanawiał się, jak "Niemcy mogli zrobić to, co zrobili". "Teraz wiem", dodaje. "Uważałem nazistów za złych, ale co to mówi o mnie?". Abrahamowi i Szor udaje się tu rzecz wyjątkowa, chociaż mówienie o niej w kategoriach "sukcesu" wydaje się głęboko nie na miejscu. Dokumentują bowiem zbrodnię, jeszcze zanim okazało się, że – nawiązując do tytułu książki Omara El Akkada – "wszyscy zawsze byli przeciwko". Twórcy rozmawiają z wykonawcami ludobójstwa i natykają się na zjawisko zbiorowej dysocjacji. Okazuje się, że współcześnie można przyłożyć rękę i nawet nie pobrudzić sobie rąk. Wystarczy siedzieć po "właściwej" stronie monitora albo lunety karabinu snajperskiego. "Jeśli zbrodnia odbywa się na taką odległość, to czy faktycznie ja zabijam?" – mogłaby brzmieć wygodna wymówka, choć Tel Awiw dzieli od Gazy zaledwie 60 kilometrów.
Siłą rzeczy najwłaściwszym środkiem opisu staje się tu elipsa. Powtórzę: z wyjątkiem ostatniej sceny Abraham i Szor nie zaglądają przecież z kamerą do Strefy Gazy. Rejestrują tylko matriks współczesnego Izraela: symulację normalności graną w bezpośrednim sąsiedztwie terroru. Jednym z producentów "NAZA" jest zresztą Jonathan Glazer i, oglądając dokument, trudno nie pomyśleć o podobnie eliptycznej "Strefie interesów". Dzięki elipsie twórcy unikają wszystkich pułapek Pokazywania: nie ma tu pornografii przemocy, nie ma sentymentalizmu, nie ma też efektu znieczulenia.
Gdzieś na marginesie filmu majaczy refleksja, że współczesna technologia doprowadziła do efektu nadwidzialności. Przedawkowaliśmy obrazy – i Gaza też pada ofiarą tego zjawiska, bo w którymś momencie obrazki ludzkiego cierpienia po prostu przestają się sumować. Sprawa jest tym bardziej niepokojąca, że – jak dowodzi "NAZA" (nie żeby nie było tego wiadomo) – technologie komunikacji i rejestracji to dziś technologie kontroli. "Wiedza" równa się "władza", jak uczyły Foucaulty i Agambeny. Abraham i Szor najpierw wyświetlają nam starą kronikę filmową, gdzie zarejestrowano, jak Izrael rozpina nad Palestyną druty sieci telefonicznej. A potem opowiadają, jak dziś ten sam Izrael wdraża permanentną inwigilację palestyńskiej sieci komórkowej, żeby tylko skuteczniej zabijać. A gładko prowadzi tu do B. Narzędzia postępu – linie telefoniczne, smartfony, kamery, algorytmy i AI – objawiają się tu jako narzędzia mordu. Tym łatwiej cię zabić, im łatwiej cię śledzić, tym łatwiej cię śledzić, im bardziej cię widać, tym bardziej cię widać, im intensywniej się komunikujesz.
Abraham i Szor przewrotnie wykorzystują jednak technologię patrzenia, by zaciemnić. Filmują nocą, ukrywają twarze, nie pokazują trupów i bomb. Paradoksalnie: zasłaniają, żeby pokazać. Wyłączają nam bodźce, wymówki, retorykę i mówią: zobaczcie, co zostało. To reżyserski fortel, który żeruje na ludzkim aparacie poznawczym: patrząc w ciemność, wparujemy się przecież bardziej. Zaczynamy myśleć, próbujemy czuć. I jeśli współczesna postawa Izraela pokazuje, że empatia wcale nie jest odruchem bezwarunkowym – że można ją pstryk, wyłączać – to może trzeba ten odruch perfidnie prowokować. I tu wkracza "NAZA".
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.