Recenzja filmu

Ostatnia runda (2011)
Julio Jorquera Arriagada
Roberto Farías
Héctor Morales

Trudne początki

Reżyser jest w swoim żywiole jedynie w scenie finałowego pojedynku. Tu zadziałało wszystko: montaż, tempo, napięcie. Walkę oglądałem z przejęciem i zapartym tchem.
Julio Jorquera Arriagada musi się jeszcze dużo nauczyć, jeśli chce robić naprawdę dobre filmy. Z całą pewnością ma zadatki na niezłego scenarzystę, ponieważ potrafi nadać bardzo standardowej opowieści zupełnie nowy wymiar. Niestety, w przypadku "Ostatniej rundy" zabrakło mu umiejętności, by przekuć pomysł w równie udany film.

Punkty wyjścia jest obiecujący. Arriagada w przeciwieństwie do większości twórców nie opowiada historii początku romansu. Zamiast tego skoncentrował się na tym, co zazwyczaj kwitowane jest wyświechtaną formułką "i żyli długo i szczęśliwie". Arriagada pokazuje, że choć jest to piękna wizja, z prawdziwym życiem ma niewiele wspólnego.

Młody Hugo i starszy Octavio są parą. Choć jakoś szczególnie się nie kryją ze swoim związkiem, z całą pewnością też się z nim nie afiszują. Jednak to nie ich homoseksualizm będzie powodem problemów, a frustracje związane z utratą marzeń. Octavio był bowiem niezłym bokserem. Walka na ringu tworzyła jego tożsamość. Niestety, wykryte uszkodzenie w układzie krwionośnym w głowie wyeliminowało go z walki. Octavio stara się jak może podejść do tego filozoficznie, odnaleźć na nowo swe miejsce na ziemi. Nie będzie to łatwe, a pokusa stanięcia ringu nigdy tak na dobrą sprawę nie zniknie. To jątrzące pragnienie uniemożliwi związkowi z Hugonem pełen rozkwit.

Pomysł fabularny jest największym plusem "Ostatniej rundy". Niestety Arriagada pogubił się podczas opowiadania historii. W filmie brakuje spójności. Pojawiają się zbyt rażące luki, których żadną miarą nie można nazwać niedomówieniami. Błędy w montażu wprowadzają chaos i powodują, że całą historię śledzi się z niejakim trudem. Zaś motyw śmierci jest zbyt często wykorzystywany podczas tegorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego, by robiło to na mnie jakiekolwiek wrażenie.

Reżyser jest w swoim żywiole jedynie w scenie finałowego pojedynku. Tu zadziałało wszystko: montaż, tempo, napięcie. Walkę oglądałem z przejęciem i zapartym tchem. Pod względem realizacyjnym sekwencja ta może się równać z najlepszymi bokserskimi scenami z hollywoodzkich produkcji. Wielka szkoda, że reszta filmu nie jest zrealizowana z równą dbałością o detale.
1 10
Moja ocena:
5
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Udostępnij: