Planeta Singli 4: Wyspa" wygląda trochę jak stworzone przez AI obrazki: na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza, gładkie, ładne, atrakcyjne, ale gdy bliżej się przyjrzysz, to okazuje się, że
Chacie, wygeneruj mi scenariusz kontynuacji "Planety Singli" – taką z licznymi konfliktami, wzruszającymi romansami i ładnymi widoczkami. Obstawiam, że właśnie tak mógł brzmieć prompt twórców, szukających inspiracji na kolejną odsłonę popularnej serii komedii romantycznych. No i chat wygenerował. Stworzył rzecz w sam raz na czasy sztucznej inteligencji: bezduszną, sztuczną, zarazem schematyczną i pogrążoną w scenariuszowym chaosie. "Planeta Singli 4: Wyspa" wygląda trochę jak stworzone przez AI obrazki: na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza, gładkie, ładne, atrakcyjne, ale gdy bliżej się przyjrzysz, to okazuje się, że ktoś na drugim planie ma dwanaście palców i trzy ręce.
Seria powróciła po długich sześciu latach jakby z innej epoki. I bardzo chce być modna i na czasie. Dlatego do jednego wora wrzuca redpillowców (i liczne teorie spiskowe – od plandemii po maszty 5G i sterowanie pogodą), rozerotyzowane reality show, netfliksowe true crime i – last but not least – sztuczną inteligencję. Następnie wór zakręciła i solidnie nim potrząsnęła, by wszystko się wymieszało na gładką papkę – taki wyciąg z tego co obecnie najpopularniejsze w masowej kulturze. Aż dziwne, że na żadnym straganie nie sprzedają Labubu. Ale jest też trochę po staremu, czyli są też znane i lubiane postacie z poprzednich części: wpadający w małżeńską rutynę Ania i Tomek, nieustannie czubiący i lubiący się Ola i Bogdan, a także – jak zwykle na doczepkę – Marcel. Choć tym razem to właśnie on wychodzi na pierwszy plan – przynajmniej w teorii, bo wokół jego miłosnej historii toczy się akcja. Grające dotąd pierwsze skrzypce pary nie mają za wiele do zaoferowania jeśli chodzi o romantyczne uniesienia – w ich związkach nuda i rutyna – więc trzeba szukać miłosnych uniesień gdzie indziej.
Ale przecież siłą serii nie jest Marcel, a Tomek i Bogdan, dlatego twórcy wiedzieli, że nie mogą ich zdegradować do roli tła. Musieli mieć jakiś plan. A jaki? Sprytny! Zamienili ich w paranoicznych detektywów, tropiących nowego partnera ich przyjaciela, który – według nich – zachowuje się podejrzanie. Dlaczego tak uważają? Bo naoglądali się sensacyjnych dokumentów o oszustach matrymonialnych, takich w stylu "Oszusta z Tindera". Tomek, odganiający się do tej pory od szurskich teorii Bogdana, nagle daje się porwać irracjonalnym podejrzewam i dalej, jazda! Już skacze po drzewach, włamuje do pokoju, grzebie w telefonie i komputerze podejrzanego. I oczywiście wszystkie poszlaki potwierdzają przypuszczenia. Schemat fabularny jest znany i doskonale zgrany. Wydaje się zresztą, że twórcy zdawali sobie z tego sprawę, więc zaczęli w popularnej konwencji mieszać, dodawać kolejne wątki, mnożyć poboczne postacie, komplikować relacje i żenić romanse, przyjaźnie, paranoje i niestworzone historie z popularnych true crime’ów. Żeby nie było nudy.
Efekt jest jednak paradoksalny. Dobra połowa filmu grzęźnie w nazbyt sztampowych, pisanych na siłę konfliktach: Tomek chce spontanicznego seksu, a Ania dziecka – jakby te dwie rzeczy się wykluczały; Bogdan jest zapatrzony w filmiki z kolejnymi teoriami spiskowymi, a Ola wolałaby, by patrzył na nią; wreszcie Ola ma pretensje, że Ania ma dla niej za mało czasu – jakby właśnie nie miały go pod dostatkiem na wspólnym urlopie. Nie spina się to ani trochę, ale ładne widoczki greckiej wysepki potrafią zamaskować każdą dziurę w scenariuszu. Prawda to znana co najmniej od czasu "Mamma Mia!".
Z kolei druga połowa to prawdziwe pomieszanie z poplątaniem, w którym zagubić można się wielokrotnie. Bo chłopak oskarżony o oszustwo okazuje się niewinny, tylko że nie do końca, ale przestaje to mieć znaczenie, bo ponoć usprawiedliwia go miłość. Do tego ma wspólniczkę, która zarzuciła sidła na mężczyznę, którego reszta oskarża o współudział w intrydze, a okazuje się ofiarą… tyle że nie do końca. Tak, jak też już nie wiem, w czym rzecz, kto kogo oszukuje, a kto jest uczciwy, a przede wszystkim: dlaczego mam się tym przejmować? Te nowe, zdawałoby się drugoplanowe postaci, ale nagle wyrastające na pierwszoplanowe, zupełnie mnie nie interesują. I twórców chyba też nie, ale trzeba było wypełnić czymś tę fabularną dziurę po zupełnie nieangażujących konfliktach z początku filmu, o których zapominamy po kilkudziesięciu minutach akcji.
W tym wszystkim jest jeszcze miejsce – a jakżeby inaczej! – na morały, złote myśli i życiowe porady. Puenta, wbrew wszechobecnym nowostkom eksploatowanym w fabule, jest staroświecka i w poprzek true crime’om, reality showom, randkowym apkom i jednonocnym romansom. Bo miłość, drodzy państwo, nie jest łatwa i należy o nią dbać – jak pada w filmie: "Nikt nie obiecywał, że będzie lekko, ale chyba warto". Czego ten chat nie powie, prawda?