Recenzja wyd. DVD filmu

Podwójne życie (2011)
Jodie Foster
Mel Gibson
Jodie Foster

Na krawędzi

Gibson jest świetny – nie stara się przymilać do publiczności, ciężko powłóczący nogami facet w średnim wieku nie wzbudza współczucia – jest drażniący, pozbawiony uroku.
Spośród wszystkich hollywoodzkich sław on jak mało kto zasłużył sobie na antypatię publiczności. O Melu Gibsonie prasa huczała, gdy znęcał się nad życiową partnerką, dawał świadectwo swoich antysemickich i rasistowskich poglądów, gdy po pijaku rozbijał się samochodami i publicznie staczał do poziomu bruku. Nie trzeba zresztą być wielkim miłośnikiem bulwarówek ani plotkarskich portali, by za Gibsonem nie przepadać. Amerykański aktor nie raz i nie dwa drażnił swoją ekranową nierównością, a twórcze wzloty przeplatał aktorskimi i reżyserskimi wpadkami. Tak, Gibsona można nie lubić. Po obejrzeniu "Podwójnego życia" przyznać jednak trzeba, że to nie lada profesjonalista, aktor szalenie sprawny i odważnie mówiący o samym sobie.

"Podwójne życie" to dzieło jednego aktora, napędzane charyzmą Gibsona, opowieść ciągnięta przez jego postać i jemu podporządkowana. Reżyserowany przez Jodie Foster komediodramat jest przy tym obrazem niespójnym – gdy reżyserka próbuje przenieść akcenty i zamiast skupiać się na głównym bohaterze, przygląda się jego rodzinie, film traci impet i psychologiczną wiarygodność.

Zacznijmy jednak od początku. Walter Black (Mel Gibson) mógłby być człowiekiem sukcesu. Zarządza fabryką zabawek, ma dom, żonę, dwóch synów, samochody. Byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że cierpi na depresję. Żadną tam śmieszną melancholię godną komediowych gangsterów – on pogrążony jest w rozpaczy, topi smutki w butelkach whisky, a w przypływie bezsilności próbuje nawet popełnić samobójstwo. Z pewnością zakończył by swój żywot, gdyby nie maskotka znaleziona przez niego na śmietniku – Pan Bóbr, rozkoszna zezowata pacynka, która stanie się alter ego Waltera. Stateczny biznesmen i głowa rodziny zacznie więc paradować w towarzystwie pluszowej zabawki, która stanie się dla niego formą schronienia przed własnymi lękami.

Jodie Foster sporo ryzykowała, biorąc się za realizację scenariusza Kyle'a Killena. Filmowe opowieści o szaleństwie nie należą do najprostszych, łatwo tu o psychologiczną manipulację: aktorskie szarże w rainmanowskim stylu lub też pokazanie filmowego szaleńca jako demonicznego bohatera horroru. Foster udaje się uniknąć obu tych pułapek. Bohater Gibsona nie jest rozczulającą ofiarą – jego smutna, rozbrajająco pusta twarz kryje rozpacz, zupełnie szczery ból. Gibson jest świetny – nie stara się przymilać do publiczności, ciężko powłóczący nogami facet w średnim wieku nie wzbudza współczucia – jest drażniący, pozbawiony uroku. Foster i Gibson odważnie rysują jego portret, dzięki czemu pierwsza część "Podwójnego życia" okazuje się filmem mrocznym i smutnym.

Pech w tym, że  z czasem Foster wkracza na dobrze wydeptane ścieżki rodzinnego dramatu, kierując kamerę na innych bohaterów opowieści. Zamiast głębokiego dramatu o chorym człowieku otrzymujemy w ten sposób słodko-gorzką opowieść o rodzinie, jedności i miłości. Przeniesienie akcentów okazuje się zgubne, pryska czar opowieści o ponurym szaleńcu, a miejsce czarnego humoru zajmuje łatwa ckliwość. Szkoda, bo przy konsekwentnej reżyserii moglibyśmy mieć bardzo udany film o chorobie, nieoczywisty, trudny i bolesny. W zamian otrzymujemy wersję zmiękczoną przez filtry filmowych schematów i rozcieńczoną w melodramatyzmie. "Podwójne życie" wciąż pozostaje jednak poruszającą opowieścią o ludzkich słabościach i uczuciach. Przede wszystkim jest to jednak mocny powrót Mela Gibsona, przypominającego się publiczności rolą odważną i boleśnie autotematyczną. I choć Gibsonowi na ekranie z powodzeniem partnerują młodzi-zdolni Anton Yelchin i Jennifer Lawrence, całość ze sceny na scenę stacza się w stronę łzawej przeciętności.

Przykładem tej ostatniej są także dodatki, które znajdziemy na płycie. Prócz filmu mamy tu bowiem krótki materiał z planu zdjęciowego oraz wywiady z autorami – reżyserką oraz dwójką młodych aktorów. Byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że sceny dokumentujące powstawanie filmu wydają się dobrane całkowicie przypadkowo, a aktorzy (zwłaszcza Lawrence i Foster) dzielą się z widzami tak banalnymi przemyśleniami, że psują wrażenie z lektury całkiem niezłego filmu. 
1 10 6
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
73% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (71 głosów).
Udostępnij: