Recenzja filmu

Pompeje (2014)
Paul W.S. Anderson
Kit Harington
Emily Browning

Harlequin się kłania i Spartakusem pogania

Zwiedziony tytułem liczyłem na jakąś epicką wersję zagłady miasta, a dostałem niemal kinową wersję "Spartakusa" z harlequinem grającym pierwsze skrzypce.
Pompeje zostały zniszczone 24 sierpnia 79 roku. Jak zapewne każdy wie, dokonała tego natura, a konkretnie wybuch wulkanu. Siła gniewu Wezuwiusza była tak wielka, że musiało minąć XV wieków, zanim ludzie na nowo odkryli to starożytne miasto. Prace archeologiczne trwają tam już 300 lat i końca nie widać. Paradoksalnie, dzięki tragedii możemy się wiele dowiedzieć o tym, jak wyglądało życie 2000 lat temu. Czyż to nie ironia? Najciekawsze (sic!) jest jednak to, że pod popiołami zostały odnalezione komory, które okazały się pozostałością po zasypanych ludziach. I tak tragedia jednych stała się przyczyną sławy innych i "uciechą dla gawiedzi". Pod tym względem ludzka mentalność mimo upływu XX wieków niewiele się zmieniła.



"Pompeje" opowiadają historię niewolnika, a zarazem gladiatora Milo (Kit Harington), zwanego Celtem, który właśnie w tytułowym mieście ma stoczyć walkę o życie z utytułowanym gladiatorem Atticusem. Zwycięstwo jednocześnie pozwoli mu ubiegać się o rękę swej wybranki Cassii (Emily Browning). Niestety dziewczyna ma zostać poślubiona przez senatora Corvusa (Kiefer Sutherland), który w przeszłości stał się przyczyną tragedii i zniewolenia Celta. Zakazana miłość i wisząca w powietrzu wulkaniczna tragedia splatają się ze sobą. Dzielny gladiator musi walczyć nie tylko z ludźmi, ale i z nieokiełznaną naturą.

Obsadzenia w głównej roli Haringtona nie uważam za dobry pomysł. Nie ze względu na jego umiejętności aktorskie, ale ze względu na okoliczności. Nie tylko ja oglądam "Grę o tron", więc rozumiecie, że jego twarz w połączeniu z umiejscowieniem akcji w czasach starożytnych (choć tym razem nie fantasy) ciągle przywoływała obrazy z serialu, co nie pomagało w oglądaniu filmu. To samo mam z Seanem Beanem i obsadzaniem go w rolach "starożytnych" po obejrzeniu "Drużyny pierścienia". Jeśli chodzi o Emily Browning, to już nie ta mała dziewczyna ze "Statku widmo" i zagrała nawet przekonująco. Rola Kiefera Sutherlanda wyglądała na napisaną specjalnie dla niego, nie mam uwag. Natomiast warto wreszcie zwrócić uwagę na Akinnuoye-Agbaje w roli Atticusa, ciągle czekam na obsadzenie go w jakiejś tytułowej roli. Mam wrażenie, że wiele jeszcze przed nim, a jego aktorskie umiejętności stale zostają przez reżyserów niewykorzystane. Generalnie gra aktorska w tym filmie nie była zła. To raczej scenariusz był słaby i dlatego ciężko było aktorom pokazać coś wyjątkowego.



Sama fabuła... Hmmm, nie mam zwyczaju zapoznawać się z opisem filmu przed jego obejrzeniem. Tak było i tym razem. To był błąd. Zwiedziony tytułem liczyłem na jakąś epicką wersję zagłady miasta, a dostałem niemal kinową (i ocenzurowaną) wersję "Spartakusa" z ciągle mi się wlokącą przed oczyma "Grą o tron" i z harlequinem grającym pierwsze skrzypce. To zdecydowanie nie to. Mało tego, mogę śmiało powiedzieć, że sam tytuł tego filmu jest nie na miejscu. Zwodzi i przez to film traci na ocenie, przynajmniej mojej. Jeśli chodzi o efekty specjalne, to nie były porażające. Może kilkanaście lat temu zrobiłby wrażenie, ale nie dziś. Sorry, ale oczekuję więcej, znacznie więcej. Jeśli do tego dołączyć fakt, że sam wybuch wulkanu i tragedia miasta są epizodycznym tłem dla filmu i trzeba na to czekać (i to długo), to wybaczcie, ale czuję się oszukany. I to bardzo.



Możliwe, że gdyby nie to nagromadzenie rozczarowań, to film mógłby okazać się niezłą produkcją, która ewentualnie mogłaby konkurować z "Titanikiem" Camerona, a tak stała się harlequinowską wersją "Spartakusa". Dla mnie to zdecydowanie za mało. Zamiast solidnego kina katastroficznego dostałem romansidło i do tego nie najwyższych lotów. Całość nieco broni muzyka i dźwięk, ale to nie ma niestety wpływu na moją ocenę całości. Liczyłem na dobre kino (co najwyżej niezłe), a dostałem film znacznie poniżej średniej. Nie ma tragedii miasta, nie ma zagłady, nie ma nawet melodramatu, a jest... No właśnie co? Zlepek wszystkiego po troszku, który w efekcie nie daje niczego spektakularnego, a w zasadzie staje się czymś przeciętnym. Co w efekcie i tak powoduje zerkanie na zegarek podczas seansu i odliczanie do końca.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
66% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (44 głosy).
Bohaterowie, jak i poszczególne sceny, są nakreślone grubą kreską. Niczemu i nikomu Anderson nie poświęca wystarczająco dużo uwagi. W rezultacie rzecz przypomina imitacje ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 71%