Ach, "Rover Dangerfield"… Kto pamięta, ten wie. A kto nie pamięta – niech żałuje albo nadrabia, choćby i na starym magnetowidzie z trackingiem na pół ekranu. Dla mnie to nie tylko kreskówka – to
Ach, "Rover Dangerfield"… Kto pamięta, ten wie. A kto nie pamięta – niech żałuje albo nadrabia, choćby i na starym magnetowidzie z trackingiem na pół ekranu. Dla mnie to nie tylko kreskówka – to żywy kawałek dzieciństwa, jeszcze z czasów, gdy wypożyczalnie VHS miały swój klimat, a kasetę trzeba było przewinąć ręcznie, bo inaczej tata krzyczał.
No więc mamy psa. Nie byle jakiego psa, bo samego "Rovera Dangerfielda" – cwanego bywalca Las Vegas, który zamiast aportować piłki, woli obstawiać ruletkę i opowiadać dowcipy. Po nie do końca jasnych perypetiach ląduje na prowincji, gdzie zderza się z twardą rzeczywistością życia na farmie. Brzmi jak klasyczny rybka-wyjęta-z-wody (czy raczej: pies-wyjęty-z-kasyna), ale właśnie w tej prostej historii tkwi cały urok.
Dla dzieci? Oczywiście. Ale też zaskakująco wiele treści dla dorosłych. Bo czy nie każdy z nas – zwłaszcza ten po trzydziestce – miał kiedyś swoje „Las Vegas”, by potem wylądować w jakimś symbolicznym „Kansas”? I tak jak Rover, uczymy się wtedy, że może i nie ma świateł neonów, ale są za to prawdziwi ludzie (i psy) wokół.
To nie przypadek, że Rover i Rodney mają to samo nazwisko. To dokładnie ten Rodney Dangerfield – komik, którego głos nadał postaci niepowtarzalny charakter. Pełen sarkazmu, luzu, ale też z odrobiną melancholii. Gdy Rover rzuca sucharem, czujesz, że to nie tylko tekst dla dzieciaków – to puenta do czegoś głębszego. A może mi się po prostu starzeje dekoder emocjonalny. Ale działa!
Bo każda dobra bajka musi coś ze sobą nieść. Tu mamy pięknie pokazany kontrast między powierzchownym blichtrem miasta a prostym, ale prawdziwym życiem na wsi. I choć pies tęskni za Vegas, to jego serce odnajduje się tam, gdzie jest dom – czyli tam, gdzie go kochają. Może i brzmi to banalnie, ale działa. Nawet dzisiaj.
Jasne, to nie Pixar czy Disney. Ale ma duszę. Kolory są żywe, postacie pełne uroku, a piosenki (bo tak, są piosenki!) do dziś potrafią chodzić mi po głowie. Szczególnie ten numer, gdy Rover śpiewa o życiu w Vegas – klasyk.
Dla całej rodziny – serio. Dzieciaki będą miały z tego frajdę, bo postacie są sympatyczne, fabuła klarowna, a humor nie schodzi poniżej poziomu podłogi. Ale to dorośli, szczególnie ci wychowani na VHS-ach, wyciągną z tego więcej. Zwłaszcza jeśli mają sentyment do animacji, które potrafią być zabawne, wzruszające i… trochę życiowe.
"Rover Dangerfield" to film, do którego wracam z uśmiechem i szczyptą wzruszenia. Może i nie jest to arcydzieło kina animowanego, ale ma w sobie coś, czego często brakuje współczesnym bajkom – serce. I psa, który mówi głosem komika z klasą. Za samą nostalgię daję 8/10. I to nie jest żadna łapówka!