Recenzja filmu

Saturday Night (2024)
Jason Reitman
Gabriel LaBelle

SNL – odcinek tytułowy

Przygotowania jak przed wigilią, bo przecież tyle się tam dzieje, że brakuje tylko na koniec kolędy.
Gdy perspektywa unosi się na poziomie butów, wydaje się że jakość nie jest w stanie poszybować wysoko ponad człowieka. Jednak ten początek jest tylko przekąsem dla koncepcji jaką chce nam przekazać ta produkcja. To prezentacja tego z jakiego poziomu zaczynał program, a jak daleko zaszedł.


"Zabawa" w poważną telewizję zaczyna się zaledwie 90 minut przed emisją pierwszego i przełomowego odcinka tytułowego "Saturday Night". Pytanie czy tej emisji będzie towarzyszyło opanowanie i profesjonalne przygotowanie całości materiału? Oczywiście, że nie bo każdy usnął by przy takiej dynamice. Tutaj musi się dziać. Gdy Lorne Michaels (Gabriel LaBelle) wchodzi na plan filmowy spotyka się z ogromną machiną, której instrukcja powstanie w tak zwanym międzyczasie. Perspektywa przygotowań obarczonych presją czasu i prezentujących nam miejscowe żarty stanowi esencję tej produkcji. Granie konwencją dynamiki to główne narzędzie reżysera mające na celu utrzymanie widza, jeszcze kolejną minutę. I jemu się to udaje, sukces Jasona Reitmana opiera się na odpowiednim dawkowaniu humoru, dramatu, prędkości i niepewności. 


Ale po kolei, według analiz film ten ma prezentować gatunek komediowy, jednak czy proces powstawania jest tak samo śmieszny jak sam odcinek - odpowiedź jest prosta - nie. Jednak gdyby spojrzeć na to pozwala prostu jak na film biograficzny (bo taka kategoria stoi koło poprzedniej) można faktycznie dobrze się pobawić. Niektóre segmenty ograniczają inteligencję widza i bawią się w dosłowność, bo przecież jak padnie zbyt skomplikowana analogia to trzeba ją potem wyjaśnić. Pojawia się również wiele niewypałów ze strzelb Czechowa, bo ilość treści które przewijają się przez ekran jest powalająca. Rozszerzanie ujęć i prezentacja masy akcji na drugim planie to główny plan tego filmu. Tutaj trudno oczekiwać, że jakiś wątek będzie zmierzał do końca, poza tym głównym. Pojawia się chwila przestoju, na analizę związku głównego bohatera, jest moment na zadumę dotyczącą sensu grania w takich produkcjach, kiedy jeden z aktorów nie czuje się pszczołą. Z pewnością jest to zabawa konwencją.


Aktorstwo wypada ciekawe. Wszystkie twarze, które kojarzymy gdzieś z drugich planów lub produkcji o niższym budżecie, wskakują na pierwszy plan. Natomiast Ci, których znamy z głównych ról, pojawiają się na drugim planie. Ciekawy obrót i stosowanie fikołka nawet na tej płaszczyźnie. Przepełniona naturalnością scenografia, mnóstwo sprzętu, akcesoria, kostiumy, garderoba i wiele więcej tworzą wrażenie jakbyśmy byli w studiu telewizyjnym (bo pewnie tam to nagrali). 


Podsumowanie daje drobne emocje, mimo że wszyscy wiemy iż emisja nastąpiła, to na tym buduję się finał produkcji. O tyle, o ile można zastanawiać się nad przyszłością programu, to pokazuje on pod koniec swój potencjał komediowy. Przekonani akcjonariusze, gdy wsłuchują się w żarty, zaczynają rozumieć że biorą udział w czymś wyjątkowym, w czymś co zmieni myślenie całego świata. Staje się to przecież na tyle unikatowe, że kolejne krajowe wersję tego programu stają się tylko marną podróbką, a to on zostaje przełomowym momentem w historii komedii. Do tego w ostatnim momencie doprowadza decyzja panów w garniturach, którzy to dają do zrozumienia, że “Saturday Night” może nabrać pełnej nazwy i zawrzeć w sobie “Live”.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Saturday Night
Jason Reitman już raz wziął na warsztat rodzinną markę, i to z dyskusyjnym rezultatem. "Pogromcy duchów.... czytaj więcej