Recenzja filmu

Uczeń czarnoksiężnika (2010)
Jon Turteltaub
Nicolas Cage
Jay Baruchel

Walt Disney niczym Brudny Harry

Nie jestem pewien, kiedy dokładnie, ale w którymś momencie coś poszło naprawdę źle. W jakiś koszmarny sposób wykoleił się wizerunek głównego bohatera w filmach. I wygląda na to, że to wina ...
Nie jestem pewien, kiedy dokładnie, ale w którymś momencie coś poszło naprawdę źle. W jakiś koszmarny sposób wykoleił się wizerunek głównego bohatera w filmach. I wygląda na to, że to wina widzów.

Kiedy autor tworzy bohatera, może zrobić to na kilka sposobów. Najgorszy, to napisać wyidealizowaną wersję samego siebie. Inny, to stworzyć typowego twardziela, z wielką spluwą, kanciastą mordą i umiarkowanie ciętym językiem. Najlepszy, to stworzyć fikcyjną postać, która nie dość, że będzie wielowymiarowa i interesująca, to pozostanie na tyle realistyczna, że odbiorcy ją polubią, albo wręcz zaczną się z nią identyfikować. Z jakiejś przyczyny do głowy przychodzi mi na przykład Gregory House, bakałarz medycyny. Gdzieś pośrodku jest trzeci sposób - precyzyjnie określić, do kogo adresowany jest film, po czym napisać bohatera, który będzie lustrzanym odbiciem typowego przedstawiciela obranej widowni. I tak, jeśli autor celuje w niestabilne emocjonalnie, nie dające sobie rady z własną seksualnością dziewczęta, dostajemy Bellę ze "Zmierzchu". Jeśli publiczność ma być szersza, w wieku od 13 lat wzwyż, powinniśmy dostać przeciętnego szaraczka. I tu zaczyna się problem z "Uczniem Czarnoksiężnika".

Głównym bohaterem jest Dave, jajogłowy niedorajda, spędzający czas w piwnicy i bawiący się cewkami Tesli. Zapewne spędziłby swoje życie w wilgotnych podziemiach, aż do śmierci nie przekonując się, jak to jest przeżyć orgazm w kobiecym towarzystwie, ale tak się składa, że Dave jest w jakiś sposób spokrewniony z Merlinem. A to czyni go magiem, lepszym od Harry'ego Pottera i Gandlafa razem wziętych. Sęk w tym, że Dave nie wie o swoim dziedzictwie i z magią nie utrzymuje kontaktów - no, z wyjątkiem traumatycznej przygody, jaka spotkała go, gdy miał jakieś dziesięć lat - zatem żadne czary nie pomogą mu zaciągnąć do łóżka dziewczyny. Do akcji musi wkroczyć Cage, wyglądający niczym Włóczykij z Muminków, który zbyt dużo pije, za mało się goli i je za dużo czerwonego mięsa. Niestety, celem czarnoksiężnika nie jest walka z dziewictwem bohatera, tylko pokonanie sługusów Morgany, złej czarownicy, morderczyni Merlina, planującej powołanie armii ciemności i zniewolenie/zniszczenie całego całego świata, suki jednej... Tylko Dave ma potencjał, żeby ją powstrzymać, ale najpierw musi się nauczyć rzucać fireballe. W drużynie przeciwnej występuje Molina - wciąż najlepiej kojarzący mi się z dialogiem "Throw me the whip, throw me the idol" - wraz z własnym uczniem, młodym, ekscentrycznym iluzjonistą, wyglądającym niczym efekt nieudanego klonowania Davida Bowiego. Źli chcą opanować świat i zniszczyć dobrych, dobrzy muszą ich powstrzymać, do tego Dave chce chodzić na randki ze swoją znajomą z dzieciństwa. Jeśli myślicie, że wiecie, dokąd to zmierza, to macie absolutną rację - historia jest tak sztampowa, jak to tylko możliwe. Ale schematyczność nie jest tym, co najbardziej mnie ubodło w "Uczniu Czarnoksiężnika".

Nie mam też problemów ze stroną wizualną filmu - która jest przeładowana efektami specjalnymi, ale kiedy w grę wchodzi magia, to właśnie tak powinno być. Nie zamierzam też czepiać się aktorów, tym bardziej, że antagoniści naprawdę mi się spodobali, a sam Cage też dobrze się sprawdził. Nawet nie zamierzam czepiać się domontowanej na siłę pseudonauki, tłumaczącej, jak działa magia - niech będzie, że było to potrzebne do finałowej walki. Nie czepiam się idiotycznej i zbędnej ekspozycji, wyjaśniającej na samym początku filmu całą intrygę.

Moim największym kłopotem jest główny bohater. Na tle wszystkich pozostałych postaci wypada strasznie nędznie. Jego problemy sercowe, w założeniu mające go uczłowieczyć i wywołać kilka efektów komicznych, są w rzeczywistości żenujące. Dave jest nudny. Ani trochę mnie nie zainteresował, nie sprawił, że zacząłem mu kibicować. Drake Stone - czarnoksiężnik samouk, wykorzystujący magię, aby istnieć w show biznesie jako iluzjonista, niby zły, ale wcale nie pragnący zagłady świata - o, ten facet jest ciekawym bohaterem. Dlaczego nie można było zrobić filmu o nim? Niestety, musiałem przez niemal cały film patrzeć na Dave'a. I to jest największa wada filmu: główny bohater, który jest absolutnie do niczego.

"Ucznia Czarnoksiężnika" da się obejrzeć i w sumie być z tego zadowolonym. Być nawet może są na tym świecie ludzie, którzy przełkną Dave'a jako protagonistę. W sumie można wynieść z seansu pozytywne wrażenia. Dopóki człowiek nie zacznie się nad filmem zastanawiać - jak to bywa, gdy pisze się recenzję. Bo wtedy dochodzi się do przykrego wniosku, że przesłanie disneyowskiego filmu jest następujące: jesteś nędznym śmiertelnikiem. Masz przerąbane. Nie spełnisz swoich marzeń. Nie zdobędziesz wymarzonej dziewczyny. Nie rozwiążesz swoich problemów. Nie dokonasz w życiu nic znaczącego. No, chyba że jesteś potężnym magiem, współczesnym odpowiednikiem Merlina - wtedy będziesz mieć dość siły, aby doskonalić samego siebie, a laski same wskoczą ci do łóżka. To jak? Czujesz się odpowiednio magicznie? Well, do ya, punk?
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
61% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (59 głosów).
Całość byłaby zapewne mechaniczną, choć sprawnie przyrządzoną porcją rozrywki, gdyby nie aktorzy. więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 79%
Mimo wysokiego budżetu i wynikającej zeń rewii efektów specjalnych, istotą tej opowieści jest autorska pomysłowość. Ekranowe czary przywołują na myśl dziecięcą zabawę w ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 64%