Recenzja filmu

Zawodowcy (2026)
Guy Ritchie
Henry Cavill
Jake Gyllenhaal

Wrestling z Ritchiem

Guy Ritchie jest bardzo płodnym reżyserem. Przez nadmiar pracy jego filmografia jest nierówna jakościowo, ale spaja ją jego autorski język kina. Szybki montaż i błyskawiczne riposty to tylko
Guy Ritchie jest bardzo płodnym reżyserem. Przez nadmiar pracy jego filmografia jest nierówna jakościowo, ale spaja ją jego autorski język kina. Szybki montaż i błyskawiczne riposty to tylko jedne z wielu znaków rozpoznawczych Ritchiego. Nawet średnie produkcje Brytyjczyka – w natłoku poślednich, tworzonych masowo „akcyjniaków” – ogląda się z przyjemnością, choć w oczywisty sposób brak im finezji pierwszych filmów reżysera.

Przypadek jego najnowszego filmu – Zawodowców – w którym Ritchie wraca na fotel samodzielnego scenarzysty po 18 latach przerwy, jest paradoksalny. Z jednej strony to po prostu kolejny średni film Ritchiego, zawierający praktycznie wszystko, co ma on do zaoferowania. Ale z drugiej strony jest to film, którego konwencja bardzo różni się od reszty jego dzieł, zawierając w sobie pewien specyficzny blask.

Fabuła filmu jest bardzo prosta i stanowi jedynie pretekst dla żartów oraz scen akcji. Opowiada o Rachel Wild (Eiza González) – bezwzględnej prawniczce specjalizującej się w ściąganiu długów od bardzo bogatych ludzi, korzystającej w trudnych przypadkach z usług dwóch paramilitarnych agentów, Sida (Henry Cavill) i Bronco (Jake Gyllenhaal), którzy nie przejmują się ani moralnością, ani prawem. Do takich przypadków należy sprawa Manny’ego Salazara (Carlos Bardem), który nie tylko nie zamierza długu oddać, ale jest też gotowy zabić każdego, kto się mu sprzeciwi.

Konwencja filmu jest bardzo osobliwa. Wszystko jest jedynie prostym pretekstem do standardowych dla Guy RitchieRitchiego scen akcji i komedii. Postaci są zarysowane najprościej, jak się da. Widzimy, że Rachel jest inteligentna, cwana i bezwzględna; Sid i Bronco to specjaliści w swoim zawodzie, z wojskowym doświadczeniem; zaś Salazar to zły miliarder wiszący pieniądze innemu bogatemu człowiekowi. Na tym kończy się budowanie postaci. Brak więc znanego elementu kina Ritchiego, czyli przepychu ekspozycji, barwnych pobocznych postaci i zbędnych anegdot. 

Owa prostolinijność nie stanowi wady filmu, ponieważ jest ona zgodna z konsekwentnie budowaną konwencją. Jej najbardziej specyficzną cechą jest to, że nie próbuje kryć swojej niewiarygodności i logicznych nieścisłości. Odbierze to radość z seansu części widzów, przyzwyczajonych do starań twórców aby w ferworze akcji widz miał przeświadczenie o jej realności. Zawodowcy przypominają konwencją wrestling, którego jawna sztuczność niektórych przyciąga, a innych odpycha. 

Ritchie nie rozczarowuje w kwestii scen akcji i komedii. Choć sekwencje strzelanin i pościgów ograniczają się do prostego biegania i jeżdżenia z bronią, to przynoszą one satysfakcję dzięki szybkiemu montażowi. Podobnie jest z komedią. Częste riposty i żarty, choć czasem podobne do siebie, dzięki temu że wypowiadają je charyzmatyczne postaci, zyskują zamierzoną przez Ritchiego śmieszność.

Śmieszna nie jest sytuacja postaci Rachel, z którą Ritchie nie wie co zrobić. Wpierw jest ona szefem operacji, lecz w miarę rozwoju wypadków schodzi wpierw na drugi, a potem trzeci plan, ustępując męskim protagonistom, co jest uzasadnione fabularnie. Co dziwi, ponieważ Rachel od pierwszej minuty przejawia olbrzymią sprawczość, zawsze dominując swoje otoczenie. Dba o siebie i swoje interesy w o wiele bardziej przemyślany sposób od bogatego Salazara. Tym bardziej boli zmarnowanie jej ogromnego potencjału.

Problem stanowi również antagonista, który nie wypełnia swojej pretekstowej funkcji. Salazar nie jest wyposażony – w przeciwieństwie do reszty postaci –  w wyróżniające go cechy czy zachowania. Jest po prostu zły i chce zabić głównych bohaterów. Nie wiemy nawet czy jest przebiegły, ponieważ właściwe operacje podejmują jego pomagierzy. Antagonista – nawet pretekstowy – musi wywoływać niechęć i niepokój. A żeby tak się stało, musi wyraźnie poprzez swoje działania zapaść w pamięć widza. Salazar przez swoje niewyróżnianie się, tego nie robi.

Swojej funkcji nie pełni również zakończenie filmu, którego właściwie Zawodowcy nie mają. Akcja ucina się nagle w połowie trzeciego aktu, sprawiając wrażenie zapowiedzi następnej części – której Ritchie nigdy nie planował. Choć lubuje się on w otwartych zakończeniach i często zdarza mu się wpierw zasygnalizować narracyjnie, że to jeszcze nie koniec filmu, po czym umieścić napisy końcowe, to zawsze wpierw kończył główny wątek. W Zawodowcach jest inaczej. Film po prostu nagle się kończy, nie doprowadzając niczego do końca.

Choć nie jest to film klasy Przekrętu, to wart jest obejrzenia. To zabawa z ripostami i strzałami, która pozwala rozkoszować się rozrywkowością kina. Nie jest niczym oryginalnym i ma swoje problemy, ale jest satysfakcjonujący, choć przez swoją specyficzną konwencję nie spodoba się dużej części osób, a Ritchie nie zaliczy go przeto do swoich najbardziej udanych produkcji. Zawodowcy są jak ławeczka w parku, na której siedzi się po wyczerpującym dniu pracy. Nie jest to może urlop na Hawajach, z darmowymi drinkami i ciepłym oceanem, ale zasłużony odpoczynek od gonitwy życia na pewno.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Zawodowcy
Brytyjski reżyser Guy Ritchie od kilku lat pozostaje w stanie twórczej manii. Kręci po dwa filmy rocznie,... czytaj więcej