Recenzja filmu

Zielony Rycerz. Green Knight (2021)
David Lowery
Dev Patel
Alicia Vikander

Poliwizja

Wielowarstwowy przekaz pozwala reżyserowi wykroczyć poza ograniczenia mającej swój początek i koniec opowieści. "Zielony Rycerz" jest swoistą medytacją, w której prosta w gruncie rzeczy historia ...
Poliwizja
Pierwsza scena filmu. Zwyczajne gospodarstwo domowe w ponury, chłodny dzień. Króluje wydeptane błoto będące polem bitwy. Walczącymi stronami są kozioł i bojowo nastawiona grupa gęsi. Opowiadana bez słów historia wydaje się zajmująca, a z całą pewnością zaprząta uwagę zwierząt. Jest to jednak tylko część przekazu. Wystarczy spojrzeć na drugi plan, by przekonać się, że trwa właśnie poważniejszy konflikt. Widzimy palący się dach, nagle zaczynają docierać do nas krzyki, w końcu pojawia się para szykująca się do ostatecznej obrony. Ale i to okazuje się być częścią większego przekazu. Bo oto całe zdarzenie jest tylko obrazem widzianym przez wąskie okno, uwięzionym w czasie odmierzanym przez kapiące krople. Widzimy śpiącego mężczyznę, który zostaje brutalnie obudzony. Nie ma żadnego gospodarstwa. Nie ma żadnej bitwy. Czy to był sen? Czy to była inna rzeczywistość? Czy to w ogóle jest część filmowej opowieści?

Jeśli należycie do osób, które oglądając film, lubią wszystko analizować, to podczas seansu "Zielonego Rycerza" bardzo często będziecie zadawać pytania zaczynające się od "czy". Podobnie jak "co", "kto", "kim" i "dlaczego". To nieuchronna konsekwencja tego, w jaki sposób reżyser David Lowery prowadzi swoją opowieść. Jego przekaz dociera jednocześnie na kilku różnych częstotliwościach, przypomina obraz zbudowany z podobnych, a jednak różniących się od siebie ilustracji na nałożonych na siebie przezroczystych foliach. Lowery raz wydobywa na pierwszy plan jeden obrazek, by po chwili dać pierwszeństwo innemu. To dlatego nic w tym filmie nie jest stałe, a kolejne postacie powracają jako… inne postacie. Nawet Gawain (Dev Patel), który stanowi rdzeń historii, nie jest stałością, zmieniając się a to w laleczkę z przedstawienia dla gawiedzi, a to - gdy czas postanowi zakręcić się na pięcie - w porosły mchem szkielet.



Takie podejście nie jest wymysłem reżysera. Lowery podąża śladami średniowiecznych trup teatralnych. W wystawianych we wsiach i miasteczkach przedstawieniach opowiadały one w uproszczony, symboliczny sposób o świecie, porządkując go dla odbiorców i przy okazji edukując z wiary chrześcijańskiej. Wychodziły od tego, co widzom znajome i bliskie - jak szara, błotnista rzeczywistość zimowego poranka. Poruszały też oczywiste dla wszystkich tematy przemijania pór, cyklu śmierci i narodzin. Losy postaci były zaś wpisane w historie nowotestamentowe, uczyły o grzechu, pokusie, zbawieniu i cnotach chrześcijańskich. A dla uatrakcyjnienia całości wprowadzano fantastyczne twory w postaci gadających zwierząt lub wędrujących olbrzymów.

Poliwizyjna natura "Zielonego Rycerza" jest zresztą bezpośrednio zaczerpnięta ze średniowiecznego literackiego oryginału. Już tam większość postaci pojawia się jako różni bohaterowie. Lowery czasami przyjmuje to bez większych zmian (jak w przypadku bohaterek granych przez Alicię Vikander), innym razem delikatnie sugeruje (postać Lorda, w tej roli Joel Edgerton) lub przekształca w symboliczne analogie (figura ślepej wiedźmy).



Wielowarstwowy przekaz pozwala też reżyserowi wykroczyć poza ograniczenia mającej swój początek i koniec opowieści. "Zielony Rycerz" jest swoistą medytacją, w której prosta w gruncie rzeczy historia Gawaina konfrontowanego z własnymi słabościami i poznającego wartość chrześcijańskich cnót jest niczym odmierzający równe tempo metronom. Rozmazuje potężne mury racjonalnego myślenia i pozwala nam wkroczyć do krainy mitu i snu, by lepiej zrozumieć rzeczywistość w całej, pełnej sprzeczności, różnorodności. Przepiękne zdjęcia, kostiumy, scenografia i charakteryzacja sprawiają, że chłoniemy przedstawiony świat nie jako coś konkretnego, stałego i jednoznacznego, lecz jako matriksowy zero-jedynkowy strumień, kodujący wiedzę wykraczającą poza to, co łatwo nazwać słowami.

I w tym tkwi niestety pewna słabość filmu. Oglądając "Zielonego Rycerza" nie można oprzeć się wrażeniu, że kino zna tylko jeden język przekształcający świat mitów i snów. To język mrocznych obrazów oraz gry światła i cienia; monumentalnych panoram leśnych lub skalistych z obowiązkowym motywem zanurzania się, tonięcia; wypowiadanych półszeptem zdań, jakby wszyscy bohaterowie dorabiali sobie na pół etatu w wyroczni delfickiej i właśnie zdradzali nam sekrety wszechświata. W czasie seansu "Zielonego Rycerza" można parokrotnie doświadczyć déjà vu. Podobne sceny i wizualne rozwiązania widzieliśmy chociażby w "Valhalli: Mrocznym wojowniku" Nicolasa Windinga Refna czy "Makbecie" Justina Kurzela. Nie jest to przytyk do samego Lowery'ego, który naprawdę sprawnie posługuje się tym językiem i nakręcił obraz lepszy od dwóch wspomnianych powyżej. To raczej wyraz niespełnionego marzenia, by o domenie Id spróbować opowiedzieć przy użyciu innego zestawu znaków, symboli czy wizualizacji.
1 10
Moja ocena:
7
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
53% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (80 głosów).