Dark Souls of walking simulators

Ślamazarna i powtarzalna rozgrywka wraz z pretensjonalnym podejściem do choroby mentalnej nie pozwoliły mi w pełni cieszyć się niebanalną historią Senuy.
Kiedy po raz pierwszy w 2017 roku zobaczyłem zapowiedź “Hellblade: Senua’s Sacrifice” byłem wniebowzięty. Nie było wtedy do wyboru tak wielu produkcji o tematyce wikingów i nordyckiej mitologii w pop-kulturze, ile mamy teraz. Mieliśmy co prawda doskonały serial Vikings, lecz jedyną popularną grą która inspirowała się tematyką Skandynawskich sag był… Skyrim. Zwiedziwszy każdy zakątek tego kawałka Tamriel, zrobiwszy tam każdy niepowtarzający się quest byłem nieukontentowany. Dalej pragnąłem tego klimatu i nowych opowieści. A tu nagle na horyzoncie pojawiła się “Senua”, z niebanalną historią:

Wojowniczka Piktów idąca przez krainę umarłych Hel, napotykająca różnych antagonistów z nordyckiej mitologii, walcząca nie tylko z nimi, ale również z własnymi mentalnymi problemami. Na papierze - bomba.




Gra zaczyna się od sceny, w której protagonistka wpływa kajakiem wąską rzeczką do dżungli - im głębiej, tym więcej na obu brzegach widać spalonych lub ukrzyżowanych ciał. W dobrych słuchawkach dookoła głowy słychać niesamowity przestrzenny dźwięk lasu, muzykę oraz… głosy, nazwane w napisach końcowych “głosami Furii”, które przyznam, początkowo podobały mi się w tym, jak podważały każdą decyzję bohaterki, śmiejąc się z niej na każdym kroku, przy nawet najprostszej czynności. 

Niestety, kiedy cała gra sprowadza się do wykonywania owych bardzo prostych czynności, wpasowując się właściwie w kategorię symulatorów chodzenia, głosy trzech aktorek non-stop śmiejących się raz w lewe raz w prawe ucho, niczym początkujący YouTuber próbujący swoich sił w filmikach typu ASMR, bywają cholernie irytujące. Większość ekipy aktorów “Hellblade: Senua’s Sacrifice” niestety nie miała przed swoim udziałem w grze wiele lub w ogóle występów aktorskich, co niestety czasem widać i słychać. Wspomniane wcześniej “Furie” doprowadzają swoją pretensjonalnością do istnej… furii, zwłaszcza jedna aktorka, która strasznie stara się grać “szalony” głos, a wychodzi to jakby nieudolny gimnazjalista umalowany szminką mamy udawał Jokera z “Mrocznego Rycerza”.



Bardzo źle zbalansowana jest momentami ogólna głośność gry - w trakcie podziwiania śpiewu ptaków, szumu drzew i ambientu w tle, za często przy dotknięciu niektórych drzwi, bądź symboli potrzebnych do pójścia dalej w fabule, przyjemność audio zamienia się w istny gwałt na uszach, każący z frustracją zdjąć słuchawki z uszu albo ryzykować ogłuchnięcie. 

Najjaśniejszym aspektem sfery audiowizualnej była dla mnie muzyka Davida García Díaz. W każdej ogranej przeze mnie grze, do której napisał ścieżkę dźwiękową, potrafił niesamowicie uchwycić klimat środowiska w którym gracz przebywa, nadać odpowiedniej ciężkości (czy lekkości) sytuacji. Nordycki folk i bicie bębnów mogą kojarzyć się z zespołem “Wardruna”, a muzyka ta idealnie pasuje do stylistyki gry.



Nieźle wypada Melina Juergens w roli Senuy, która swoją drogą jest jej pierwszą rolą w życiu. Czasem bywa zaskakująco przekonująca, czasem niestety jej reakcje są przesadnie teatralne. Wrażenie natomiast zrobił na mnie prawdziwy aktor głosowy Steven Hartley w roli ojca Senuy - jego niesamowicie głęboki głos kojarzył mi się z Jamesem Earl Jonesem, podkładającym głos pod Dartha Vadera. 

Wizualnie na konsoli Xbox One “Hellblade” bywa nierówny. Jak na niewielki budżet gry, zadziwia wykonanie protagonistki oraz postaci Drutha, czy naprawdę spora liczba modeli otoczenia. I o ile nie sposób odmówić niektórym lokacjom ilości detali, tak w oczy rzuciło mi się kilka tekstur, które wyglądały gorzej niż te z Halo 3 z 2007 roku.



Sama rozgrywka może spodobać się właśnie fanom symulatorów chodzenia, takich jak “Dear Esther” czy “What remains of Edith Finch”. Dwie trzecie gry to ślamazarne przejście z punktu A do punktu B, chodzenie po lokacji by zrobić recyklingowaną przez całą grę jedną (dosłownie, od samego początku do samego końca) zagadkę ze znalezieniem zawalonego drzewa bądź niewyjaśnionej konstrukcji wiszącej ułożonej w losową runę. Urozmaicać ten czas mają krótkie potyczki z wrogami, czyli wielkimi wojami, nie stanowiącymi jednak żadnego zagrożenia po poznaniu podstawowych mechanik walki (sprowadzającej się do nieustannego wciskania przycisku uniku na przemian z silnym atakiem). Pojawiają się oni znikąd, czasami wydawałoby się że w nieskończoność, co jest trochę leniwe ze strony twórców, a poza sztucznym przedłużeniem gry symbolizować ma “walkę z wewnętrznymi demonami i wątpliwościami”. Dla mnie niestety było to pretensjonalne, a walka zbyt uproszczona i nie potrafiłem tego kupić. 



Gra ma wiele elementów które są zrobione poprawnie, a nawet powyżej średniej. Oczywiście, rozumiem że "Hellblade: Senua’s Sacrifice" może się podobać - i podoba, wielu osobom. Ja niestety nie byłem jedną z tych osób, a wiele niedociągnięć i frustrujących rozwiązań odebrało mi przyjemność z grania w ten tytuł. Pretensjonalne, dokuczające głosy, jeden typ zagadki przez sześć do ośmiu godzin gry oraz bardzo powtarzalne i banalnie proste potyczki sprawiły że nie mogę z czystym sumieniem polecić tego tytułu komukolwiek innemu, niż wyjątkowo cierpliwemu miłośnikowi symulatorów chodzenia.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
24% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Ninja Theory postawiło przed sobą nie lada wyzwanie - stworzyć niezależną grę, która jednocześnie będzie miała jakość tytułów AAA. Jakby tego było mało, postanowiono, że ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 88%