Toronto w ogniu

Księżniczka Peach przyzwyczaiła Mario do tego, że zawsze jest w innym zamku, a jej uwolnienie to przeważnie bardziej kwestia wyrobienia porządnej kilometrówki niż pokonania kłopotliwego bossa. ...
"Scott Pilgrim vs. the World: The Game" - recenzja
Księżniczka Peach przyzwyczaiła Mario do tego, że zawsze jest w innym zamku, a jej uwolnienie to przeważnie bardziej kwestia wyrobienia porządnej kilometrówki niż pokonania kłopotliwego bossa. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zamiast z jednym Bowserem, nasz włoski hydraulik musiał zmierzyć się z siedmioma byłymi różowej arystokratki. A z takim właśnie dylematem musi zderzyć się Scott Pilgrim. Zakochany w tęczowowłosej Ramonie Flowers chłopak nie zdaje sobie sprawy z tego, jak trudne czekają na niego wyzwania. 



"Scott Pilgrim vs. the World: The Game" zyskało w pewnych kręgach status gry kultowej. Złożyło się na to kilka czynników. To, że na tytule zawiesili oko fani komiksu, nie powinno nikogo dziwić. Dodatkowej popularności grze przysporzyła też równoległa premiera luźno opartego na komiksie filmu. Jednak prawdziwe poszukiwania zakazanego owocu rozpoczęły się na początku 2015 r., po tym, gdy gra została usunięta ze sklepów cyfrowych Xboksa i PlayStation, a jej zdobycie zaczęło graniczyć z cudem.



Fani klasycznych beat 'em upów mogą jednak znowu spać spokojnie. Rezolutny chłopaczek z Toronto wraca i jest ponownie gotów do żucia gumy i kopania tyłków złych eks. Już sam fakt, że tytuł ten jest odą miłosną do staroszkolnych bijatyk i rzuca w gracza subtelnymi nawiązaniami do wielu giereczkowych klasyków, powinien sprawić, że zwrócicie swoje oczy w kierunku tej produkcji. Ataki postaci wyraźnie czerpią ze "Street Fightera", mapka nawiązuje do plansz z "Super Mario World", a ogólna formuła jest silnie inspirowana "River City Ransom". A to tylko początek bogatego wora nawiązań.



Tutaj, podobnie jak w klasyku z lat 80., będziemy dzielnie parli do przodu, rozbijając facjaty napotkanym przeciwnikom. Posłużą nam do tego nie tylko własne pięści, ale i rozrzucone obficie elementy tła, takie jak kije baseballowe, znaki drogowe, parasolki czy nawet piłki lub śnieżki. Prowadzona przez nas postać nie jest też ograniczona swoimi podstawowymi statystykami. Dzięki dostępowi do różnorodnych sklepów szybko odnowimy zapas zdrowia lub kupimy przedmioty podbijające chociażby atak. Oczywiście, jeśli hajs się będzie zgadzał w portfelu.

"Scott Pilgrim" nie należy do gier łatwych, jednakże grindowanie niektórych etapów pozwala szybko odbić się od finansowego dna, co przekłada się na możliwość rozwinięcia postaci. Każdy kolejny poziom sprawia też, że do wachlarza ciosów dochodzi nowa umiejętność, a arsenał naszych kombosów spektakularnie się poszerza. Przeciwnicy zaś nie będą czekali na nas z kwiatami i bez większych wyrzutów sumienia obiją nam pyski.



A będzie komu obijać twarzyczki, bo remaster oddaje nam do dyspozycji wszystkich bohaterów, którzy wcześniej byli obecni zarówno w głównej grze, jak i DLC. Oznacza to też dostęp do wszystkich wydanych w tej postaci trybów multiplayer. Niestety, twórcy chyba niezbyt dobrze przyjrzeli się przepisywanemu kodowi, gdyż tryby sieciowe potrafią cierpieć na te same bolączki, które toczyły grę dziesięć lat temu. Warto dodać, że przejście trybu fabularnego wprawnym graczom powinno zająć mniej niż pięć godzin. Czy dodatkowa zawartość sprawia, że gra warta jest dłuższych posiedzeń? Owszem, ale tylko wtedy, gdy trafimy na równych nam zapaleńców skłonnych do spędzenia kilku chwil w multiku.

16-bitowe inspiracje sprawiły, że graficznie gra nadal prezentuje się świeżo i nie widać po niej upływającego czasu. Kolorowe plansze wciąż cieszą oczy, a liczba drobnych szczegółów sprawia, że po ubiciu kolejnej fali przeciwników warto na trochę przystanąć i pozachwycać się detalami. Ewentualnie po to, by posłuchać na spokojnie fantastycznej ścieżki dźwiękowej stworzonej przez zespół Anamanaguchi. Chiptune’owe brzmienia nadal cieszą uszy, pobudzając całe ciało, aż nogi same przytupują do rytmu.



"Scott Pilgrim vs. the World: The Game" to nadal pozycja obowiązkowa dla fanów komiksu. Ci, którzy rozpoczęli swoją przygodę z tą marką od filmu muszą przygotować się na niezłą jazdę bez trzymanki i otworzyć się na motywy, których w filmie nie uświadczyli. Pranie okropnych byłych sprawia masę radości, jednak zamknięta i dość krótka historia pozostawia spory niedosyt (siedem plansz to stanowczo za mało!).
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Udostępnij: