Dobra wiadomość jest taka, że "Splatoon Raiders" posiada wszystkie najważniejsze cechy, które czynią serię dobrą. Ani nie odszedł daleko od swych poprzedników, jeśli chodzi o tempo, ani nie
"Splatoon" to jedna z najbardziej przyjaznych strzelanek online, jakie istnieją na rynku. Nie tylko dlatego, że ze względu na brak czata nie ma w niej zbyt wielu możliwości do wyżycia się dla frustratów. Sterowanie i zasady są jasne i proste, a świat zamieszkany przez milusie, zantropomorfizowane kałamarnice i ośmiornice należy do jednego z bardziej oryginalnych. Gracze uwielbiają ich niewymuszony styl bycia oraz pełną energii muzykę.
O przystępności gry świadczą też zasady wygranej, ponieważ w walce drużynowej chodzi nie tyle o wyeliminowanie przeciwników, co o zamalowanie największej powierzchni areny, na której spotykają się uczestnicy. Nie ma tu zatem rozlewu krwi (i aby uniknąć z nią skojarzeń, postacie nie używają czerwonej, białej, czarnej i brązowej farby). Uczestnicy strzelają do siebie barwnym atramentem, tworząc kleksy na otoczeniu, a zamalowanie przeciwnika od stóp do głów oznacza jego eliminację. Powoduje to przy okazji, że gra jest wizualnie dość… wymagająca. "Splatoon" to taki cyfrowy odpowiednik "Festiwalu Kolorów", tyle że oparty na rywalizacji.
Ostatnia część gry, czyli "Splatoon 3" okazał się najszybciej sprzedającym się tytułem w Japonii. Było zatem kwestią czasu, aż Nintendo stworzy spin-off, który rozwijałby koncept wojowniczych kałamarnic (Inklingów) oraz ośmiornic (Octolingów), pokazałby więcej z ich wodnego świata oraz dałby rozwinięty tryb dla pojedynczego gracza. "Splatoon Raiders" jest spełnieniem marzeń wielu osób, które, zmęczone rozgrywką online, zapragnęły czegoś więcej niż "Salmon Run" oraz skromne kampanie z poprzednich odsłon serii.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że aby wziąć udział w meczach, trzeba mieć wykupioną subskrypcję Nintendo Switch Online.
Cieszę się, że Nintendo nie uległo pokusie, by eksplorować inne gatunki gier. "Splatoon Raiders" jest szybkim looter-shooterem, w którym pod pretekstem poszukiwania skarbów przemierzamy niewielkie mapy, walcząc z hordami zmutowanych ryb zwanych Salmonidami. Zdziczałe łososie zawsze plują mazią o nieprzyjemnym, musztardowym kolorze. Substancja ta na pewno okropnie śmierdzi, podczas gdy wdzięczne niebieskie, zielone i różowe kleksy wystrzeliwane przez bohatera pachną fiołkami.
Podłoże fabularne jest przy tym rozczarowująco nijakie, bo tytuł nie opowiada wiele o tym ciekawym świecie. Jako bezimienny Inkling nazywany po prostu Mechanic, przyłączamy się do zespołu muzycznego Deep Cut (niektórzy mogą kojarzyć go z poprzednich części). Naszym celem jest poznanie archipelagu wysp Spirhalite i wyczyszczenie go z wszelkiego dobra, jakie zdołamy unieść.
Dobra wiadomość jest taka, że "Splatoon Raiders" posiada wszystkie najważniejsze cechy, które czynią serię dobrą. Ani nie odszedł daleko od swych poprzedników, jeśli chodzi o tempo, ani nie zmienił modelu poruszania się i walki. Weterani sieciowej rozgrywki poczują się jak u siebie w domu. Strzelamy do Salmonidów, walczymy z wymyślnymi bossami, skaczemy, szybujemy, pływamy. Wszystko to dzieje się szybko, plamy atramentu chlustają na wszystkie strony, jest nieco chaotycznie, ale bardzo, bardzo satysfakcjonująco. Poza misjami polegającymi na szukaniu skarbów, co jakiś czas nasza kałamarnica bierze udział w zadaniu do złudzenia przypominającym tryb "Salmon Run" z poprzednich "Splatoonów".
I nie jesteśmy w tym wszystkim osamotnieni. Po pierwsze, Mechanikowi towarzyszy jeden z członków zespołu zamknięty w mobilnym robocie, stanowiącym połączenie czołgu z pancerzem wspomaganym. Jego obrażenia nie są tak wielkie jak te zadawane przez nas, jednak po zdobyciu odpowiedniej liczby jaj (najwyraźniej są oni wielbicielami kawioru), może odpalić niszczycielski atak. Robot jest nam ponadto potrzebny, by wwiercać się w pokłady cennych kryształów, które są główną walutą potrzebną do ulepszania sprzętu. Pomaga nam również w pokonywaniu znacznych wysokości.
Ale istnieje jeszcze jeden sposób na wspólną podróż, a mianowicie poproszenie o pomoc innych graczy albo zadeklarowanie wsparcia innym. Warto przy tym pamiętać, że do tego trybu jest też potrzebna subskrypcja Nintendo Switch Online. Na szczęście tytuł można rozegrać w lokalnym trybie kooperacji, w którym każdy uczestnik gra na własnej konsoli.
Poza eksploracją trochę czasu spędzimy też w pływającej bazie, w której w miarę postępu fabuły możemy stworzyć z naszego Inklinga prawdziwą maszynę do… oblewania atramentem. Za pomocą licznych artefaktów, kryształów i przeróżnego śmiecia rozwijamy kilkadziesiąt rodzajów naprawdę pomysłowej broni. Używany przez Mechanika oręż nie odbiega projektem od tego, co poznaliśmy w poprzednich częściach, zatem mamy takie narzędzia, jak: wałki, pędzle, wiadra, pistolety na farbę i inne mniej lub bardziej wymyślne, utensylia malarza.
Do tego dobieramy gadżety podzielone na trzy kategorie: oparte na sile, szybkości albo umożliwiające bardziej taktyczne podejście do walki. Ich moc oraz liczba możliwych usprawnień zależą od poziomu pojemnika na atrament, który nosi na plecach bohater. Sprytne dopasowanie gadżetów do rodzaju broni potrafi bardzo wiele zmienić na polu walki. Fakt, że broń jest doskonale zbalansowana, powoduje, że z radością rzucimy się do eksperymentowania z różnymi stylami rozwiązywania konfliktów z przebrzydłymi rybami.
"Splatoon Raiders" to doskonale zrównoważona i wciągająca strzelanka. Gdyby jeszcze miał ciekawsze mapy i pozwolił nam na lepsze poznanie świata Octolingów i Inklingów, byłby tytułem wręcz znakomitym. Mimo to podoba mi się kierunek, w jakim zmierza seria. Nie wszyscy lubią rozgrywki wieloosobowe, a ten barwny i sympatyczny świat zasługuje na poznanie przez jak największą grupę ludzi.