Recenzja gry Wandersong (2018)

Thank you for caring

Przepiękna i doskonale udźwiękowiona empatyczna podróż po pastelowym świecie Wandersong zostawiła we mnie coś na zawsze.
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.

Dawno temu usłyszałem dosyć absurdalne porównanie dobrej gry do dziewczyny. Masz ochotę cały czas z nią przebywać, czas ten jest wspaniale spędzony i zdecydowanie, oj zdecydowanie nie chcesz za szybko kończyć. Jeśli przyjmiemy, że to założenie ma choć trochę sensu, to Wandersong jest zdecydowanie materiałem na żonę.


Mój początek z grą nie był najlepszy. Odkąd jestem członkiem Game Passa na Xbox One, przyzwyczaiłem się, że poza wielkimi blockbusterami pokroju Wiedźmina 3, GTA V czy Batman: Arkham City, Microsoft wrzuca od cholery śmieciówek, side-scrollerów lub średnio udanych eksperymentów indie (np. Minit, którego nie rozumiem, a naprawdę chciałbym) czy karcianek, by móc chwalić się ponad 150 tytułami dostępnymi w comiesięcznej subskrybcji. Wandersong wziąłem właśnie za jedną z takich gierek-zapychaczy i odpaliłem bez większych nadziei, myśląc, że znudzę się po 5 minutach, jak było w przypadku m.in. My Friend Pedro. Cytując ekranizację Hobbita, a właściwie Thorina Dębową Tarczę: "Nigdy w życiu nie myliłem się bardziej", powiedziałbym teraz twórcy gry Gregowi Lebanovi, przytulając go ze łzami w oczach. 



Po wciśnięciu guzika "Start Game" zaczynamy jak w standardowej fantasy-przygodówce 2D - nasz bohater otrzymuje miecz większy od niego samego i zaczyna biec w prawo, okazjonalnie skacząc nad przeszkodami. Problem zaczyna się, gdy przy pierwszym zamachnięciu na potwora miecz wypada nam z rączek i dowiadujemy się, że nie mamy żadnych szans w walce wręcz. Ani szczerze mówiąc, innych również. Bo jesteśmy tylko kruchym Bardzikiem, a jedyne co potrafimy naprawdę dobrze to śpiewać. No i rozmawiać z innymi, będąc niepoprawnym optymistą, choć niektórych to bardzo irytuje.



Dowiadujemy się od pierwszej napotkanej osoby że świat się kończy. Jak wspomniałem wyżej, nie możemy z tym nic zrobić, jako że to nie my jesteśmy bohaterem władającym magiczną mocą. Chociaż... jest jeszcze jedna mała szansa. Gdyby udało nam się zebrać siedem części magicznej Pieśni Ziemi, istnieje możliwość że bogini Eya nas wysłucha i ocali ziemię. Problem tkwi w tym, że każda część Pieśni znajduje się w innym zakątku świata. Ale jako Bardzik-optymista łapiemy się tej cienkiej szansy i wyruszamy w drogę.


Gra niesamowicie przypomina mi tak wspaniałe tytuły jak Undertale, Earthbound, czy Over the Garden Wall, z których to zresztą twórca czerpał inspirację. Wszystkie konflikty staramy się rozwiązać głosem pana Bardzika, a narzędziem do tego jest koło śpiewu - oręż i tarcza protagonisty. I co niezwykłe, gra od samego początku do końca owe koło wykorzystuje w ciągle to nowe sposoby - rozgrywka nigdy nie staje się powtarzalna ani nużąca. Możemy głosem sterować mocą wiatru, jednać sobie sprzymierzeńców we florze oraz faunie, czy nawet w pewnym momencie kontrolować samym czasem. Owe koło daje niezłe pole do popisu - już ktoś odtworzył na nim legendarny utwór Megalovania ze wspomnianego wyżej Undertale.


Muzyka jest również jednym z najmocniejszych punktów gry. Skomponowana została przez trio, które zrobiło grę - Grega Lebanova, Em Halberstadt oraz głównego kompozytora, Gordona McGladdery, znanego również pod nazwą swojego studio - A Shell in the Pit. Soundtrack ma aż cztery i pół godziny, a to naprawdę dużo jak na grę indie; ze środka serca mogę powiedzieć, że każdy mały utwór jest piękny, godny zapamiętania i niezwykle potrafi zrobić klimat. Wiem, że będę teraz przez dłuższy czas katował tę ścieżkę dźwiękową na Spotify i szczerze rozważam kupno pełnej wersji cyfrowej. Och, ta piosenka piratów już mi towarzyszy od kilku dni...

Przyznam, że na samym początku gra nie podobała mi się w stu procentach pod aspektem wizualnym. Szybko się jednak przyzwyczaiłem do pastelowo-cukierkowego świata Wandersong i polubiłem specyficzne projekty postaci rodem z Adventure Time. Lokacje są piękne i zawsze pasują do przygrywanych im utworów muzycznych. Mimo, że całe moje życie jestem graczem, i myślałem że widziałem już wszystko, niektóre miejscówki nadal mnie zaskakiwały. Moim faworytem chyba było miasto wiedźm, które nie miało ustalonej grawitacji, a chodzić można było po "ścianach" oraz "suficie".



Nie wiem, czy przy jakiejkolwiek grze wzruszałem się (i czasami płakałem, tak.) co przy tej. Jak powiedział sam twórca gry, ciężko jest sklasyfikować Wandersong jako jakąś jedną kategorię. Przede wszystkim, jest to gra o empatii, dbaniu o innych oraz przyjaźni. O mocy muzyki. Moim zdaniem, największą wadą tej gry jest to... że nikt o niej nie słyszał ani w nią nie grał. Nawet w moim przypadku był to... cóż, przypadek. Ale jak to empatyczni ludzie mają w zwyczaju, zrobię co w mojej mocy by pokazać ten wspaniały twór innym.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
DiegoTan
ocenia tę grę na:
1 10 10/10 arcydzieło!