Życie po śmierci

"After Life" tak jak zrealizowany kilka lat wcześniej "Derek" odsłania łagodniejsze, bardziej refleksyjne oblicze Gervaisa. Owszem, komik nadal wodzi za nos strażników poprawności politycznej, ...
Życie po śmierci
W trzech słowach mogę podsumować to, czego nauczyłem się o życiu. Toczy się dalej - słyszymy w jednej ze scen nowego sezonu "After Life". Powyższe słowa - zaczerpnięte z tekstu wybitnego poety Roberta Frosta - mogłyby służyć za motto całego serialu Ricky'ego Gervaisa. Brytyjska tragikomedia opowiada przecież o żmudnych próbach poskładania na nowo świata po tym, jak rozpadł się on w wyniku śmierci ukochanej osoby.


Kiedy ostatnio widzieliśmy się z owdowiałym bohaterem Gervaisa, wszystko wskazywało na to, że uda mu się wreszcie wyjść na prostą. Mężczyzna przegnał samobójcze myśli, zrezygnował z traktowania ludzi jak worek treningowy dla okrutnych żartów i z ciekawością zaczął wyglądać dni, których jeszcze nie znamy. Happy end? Pierwszy odcinek nowej serii szybko rozwiewa złudzenia. Raj utracony nie daje o sobie zapomnieć, pokaleczone serce nie chce się zagoić. Tony uśmierza ból alkoholem, starając się jednocześnie nie obciążać swoimi demonami otoczenia. Zdaje sobie bowiem sprawę, że wszyscy dookoła mają własne problemy. Ktoś mierzy się z widmem rozwodu, ktoś inny zmaga się z samotnością bądź poczuciem niespełnienia. Jakby tego było mało, właściciel gazety, w której pracuje bohater, rozważa  zamknięcie nierentownego tytułu.  Czy może być jeszcze gorzej?



"After Life" tak jak zrealizowany kilka lat wcześniej "Derek" odsłania łagodniejsze, bardziej refleksyjne oblicze Gervaisa. Owszem, komik niezmiennie śmieje się w głos z religii, metafizyki i wiary w życie pozagrobowe. Nadal wodzi za nos strażników poprawności politycznej, żartując m.in. z posiadaczy nadprogramowych kilogramów oraz ofiar chirurgii plastycznej. Wciąż każe postaciom wikłać się w żenujące sytuacje, z których nie sposób wyjść z twarzą.  Jednocześnie   ma w sobie jednak zaskakująco dużo empatii. Nie jest już - jak za czasów "Biura" i "Statystów" - bezlitosnym krytykiem ludzkich przywar. Nieudaczników i freaków, którzy zaludniają ekranowy świat, portretuje z ciepłą ironią. Zamiast posypywać rany solą, woli założyć na nie kojący opatrunek.



Rok temu o pierwszym sezonie "After Life" pisałem w następujący sposób: serial, który jest jednocześnie dojmująco smutny i niesamowicie zabawny; gorzki i pozbawiony złudzeń, a jednak przepełniony nadzieją; skąpany w oparach absurdu, a zarazem cholernie mądry. Współczesna "Opowieść wigilijna" o depresji, żałobie i szukaniu sensu w bezsensie. Przytoczone słowa jak ulał pasują także do opisu kolejnej transzy odcinków. Z jednym zastrzeżeniem: trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co Gervais miał do powiedzenia widzom na temat życia i śmierci, zdołał przekazać w pierwszej serii. W kontynuacji brakuje elementu zaskoczenia, pójścia o krok dalej, gry z oczekiwaniami publiczności.



Podejrzewam, iż dużej części fanów serialu przewidywalność nowych odcinków nie będzie specjalnie przeszkadzać. Zwłaszcza, że twórca "Life's Too Short" ma w zanadrzu parę komediowych perełek (moim faworytem są sceny sesji z psychologiem), obsada błyszczy, a morał krzepi. Pamiętajcie - zdaje się mówić Gervais - wszyscy umrzemy.  Zanim to jednak nastąpi, warto znaleźć sobie kogoś, z kim dane nam będzie dzielić dobre i złe dni, promienie słońca i ciemne chmury. Razem zawsze raźniej.
1 10
Moja ocena sezonu 2:
7
Łukasz Muszyński
Sekretarz redakcji Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się", twórca... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
91% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).
Udostępnij: