Romcom, który jednocześnie wciąga i frustruje

"My Dearest Nemesis" to jeden z tych seriali, które trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony większość jego elementów nie działa tak, jak powinna, z drugiej - trudno przestać oglądać kolejne
"My Dearest Nemesis" to jeden z tych seriali, które trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony większość jego elementów nie działa tak, jak powinna, z drugiej - trudno przestać oglądać kolejne odcinki. To paradoksalna produkcja, która sprawia, że po seansie bardziej zastanawiamy się nad tym, dlaczego w ogóle nas wciągnęła, niż nad samą fabułą. Gdyby ktoś chciał napisać pracę magisterską o tym, jak można stworzyć komedię romantyczną z praktycznie niewyczuwalnym romansem, ten serial byłby idealnym materiałem badawczym.

Już pierwsze odcinki zapowiadają lekką, zabawną historię w klimacie enemies-to-lovers. Największym atutem początku jest motyw gry online. Poznanie głównych bohaterów w wirtualnym świecie wypada świeżo i naprawdę zabawnie, a scena, w której Su Jeong odkrywa, że jej idealny partner z gry jest jeszcze uczniem szkoły podstawowej, należy do najzabawniejszych momentów całego serialu. Twórcy bardzo dobrze wykorzystują motyw gamingu, który zamiast wydawać się dziecinny, wnosi do historii sporo humoru i oryginalności. Niestety z biegiem czasu ten wątek zostaje niemal całkowicie porzucony, choć aż prosiło się o jego rozwinięcie.

Pod względem produkcyjnym trudno mieć większe zastrzeżenia. Zdjęcia, scenografia i realizacja stoją na wysokim poziomie, a całość wygląda bardzo estetycznie. Nie jest to może wizualny majstersztyk, ale zdecydowanie czuć odpowiedni budżet i staranność wykonania. Szkoda jedynie, że scen rozgrywających się w świecie gry jest tak niewiele, ponieważ należały do najbardziej kreatywnych fragmentów serialu.
Największym problemem okazuje się jednak główny romans. Chemia między Ban Ju Yeonem i Baek Su Jeong jest zaskakująco słaba. Ich relacja bardziej przypomina więź rodzeństwa lub bliskich przyjaciół niż zakochanej pary. Nawet romantyczne sceny nie wywołują większych emocji i trudno uwierzyć, że bohaterowie rzeczywiście się w sobie zakochują. Dialogi bywają sympatyczne, wspólne sceny są momentami urocze, jednak brakuje iskry, która jest fundamentem dobrego romcomu.

Duży wpływ na taki odbiór ma sposób napisania postaci Ban Ju Yeona. Sam pomysł na bohatera - dorosłego mężczyznę ukrywającego swoją pasję do gier i rzeczy uznawanych za dziecinne - miał ogromny potencjał. Problem polega na tym, że twórcy nie stworzyli dorosłego człowieka z nietypowym hobby, lecz bohatera, który faktycznie zachowuje się bardzo niedojrzale. W zestawieniu z odpowiedzialną, samodzielną i dojrzałą Su Jeong ich relacja momentami przypomina bardziej opiekę nad młodszym chłopcem niż partnerski związek.

Dodatkowo Choi Hyun Wook, choć dobrze oddaje emocjonalną wrażliwość swojej postaci, wizualnie nadal wygląda bardzo młodo, przez co trudno uwierzyć w jego rolę jako prezesa dużej firmy.
Nie oznacza to jednak, że sama postać Ju Yeona jest całkowicie nieudana. Jego trauma wynikająca z wieloletniej przemocy psychicznej ze strony babci dodaje mu głębi i sprawia, że łatwo zrozumieć jego potrzebę akceptacji. To właśnie relacja z rodziną Su Jeong pokazuje, jak bardzo przez całe życie brakowało mu ciepła i bezwarunkowej miłości. Niestety ten ciekawy wątek zostaje zdominowany przez melodramatyczne wydarzenia, przez co serial w drugiej połowie coraz bardziej odchodzi od lekkiej komedii romantycznej.

Drugoplanowi bohaterowie wypadają znacznie lepiej. Szczególnie wyróżnia się para Ha Jin i Kim Sin Won, która okazuje się ciekawsza od głównych bohaterów. Ich relacja rozwija się w mniej schematyczny sposób, unika typowego trójkąta miłosnego i prezentuje dojrzalsze podejście do związku. Sin Won jest niezwykle sympatyczną postacią, a fakt, że nie rywalizuje o względy głównej bohaterki, stanowi miłą odmianę od gatunkowych klisz. Sama Ha Jin momentami irytuje swoim zachowaniem, szczególnie wtedy, gdy odsuwa od siebie Sin Wona, jednocześnie sugerując, że to on zawinił. Mimo to ich wspólne sceny należą do przyjemniejszych elementów serialu.

Na uwagę zasługują również niektórzy bohaterowie drugoplanowi. Ojciec Su Jeong wnosi do historii dużo ciepła i naturalności. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z babcią Ju Yeona. To jedna z najbardziej problematycznych postaci całej historii. Przez większość serialu jest przedstawiana nie jako surowa czy chłodna bizneswoman, ale wręcz jako osoba stosująca wieloletnią przemoc psychiczną wobec własnego wnuka. Obwinianie dziecka za śmierć ojca, manipulowanie nim i emocjonalne znęcanie się pozostawiają bardzo mocne wrażenie. Tym bardziej trudno zaakceptować jej nagłą przemianę w finale. Kilka słów przeprosin nie wystarcza, by zmazać lata krzywdy, a sposób, w jaki pozostali bohaterowie niemal natychmiast wybaczają jej wszystko, sprawia wrażenie całkowicie niewiarygodnego.

Największą wadą serialu pozostaje scenariusz. Choć produkcja liczy zaledwie dwanaście odcinków, wiele wątków zostaje jedynie zasygnalizowanych. Twórcy poruszają naprawdę interesujące tematy: wstyd związany z własnymi zainteresowaniami, potrzebę akceptacji, nierówności w miejscu pracy, żałobę czy wpływ dziecięcej traumy na dorosłe życie. Niestety żaden z nich nie zostaje rozwinięty na tyle, by skłonić do głębszej refleksji. Fabuła często sprawia wrażenie chaotycznej, a po zakończeniu trudno nawet dokładnie opisać, co właściwie wydarzyło się przez dwanaście odcinków.

Pierwsza połowa serialu ogląda się bardzo przyjemnie. Tempo jest dobre, humor działa, a lekki klimat skutecznie odpręża. Mniej więcej od szóstego odcinka historia zaczyna jednak wyraźnie tracić kierunek. Komedia romantyczna stopniowo ustępuje miejsca dramatowi skupionemu na traumie głównego bohatera, a wiele wcześniej zapowiedzianych motywów schodzi na dalszy plan.

Aktorstwo stoi na solidnym poziomie. Obsada dobrze radzi sobie z materiałem, który otrzymała, i trudno komukolwiek zarzucić brak zaangażowania. Szczególnie dobrze wypada Moon Woo Jin jako młody Ban Ju Yeon - jego energia i komediowe wyczucie sprawiają, że sceny z dzieciństwa należą do najlepszych w całym serialu.

Ostatecznie "My Dearest Nemesis" to produkcja pełna sprzeczności. Nie wnosi nic nowego do gatunku, opiera się na znanych schematach i cierpi z powodu powierzchownego scenariusza oraz niewystarczającej chemii między głównymi bohaterami. Jednocześnie jest zaskakująco łatwa w oglądaniu. To serial idealny na jeden raz – lekki, niewymagający i momentami naprawdę zabawny. Nie zostawia po sobie wielkich emocji ani głębszych przemyśleń, ale potrafi skutecznie umilić kilka wieczorów. Jeśli szukacie ambitnej komedii romantycznej z porywającym romansem, możecie poczuć rozczarowanie. Jeśli jednak macie ochotę na prostą, niezobowiązującą rozrywkę z kilkoma udanymi pomysłami i świetną drugoplanową parą, "My Dearest Nemesis" spełni swoje zadanie - choć prawdopodobnie nie na tyle, by na długo pozostać w pamięci.
1 10
Moja ocena serialu:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?