O ile warstwa wizualna i muzyczna zostały jeszcze bardziej dopracowane, o tyle większość wątków została położona, a część bohaterów zachowuje się, jakby byli co najmniej po zabiegu usunięcia
Vivienne Medrano nie próżnowała - zaledwie pół roku temu pod patronatem Prime Video, zapowiedziała nowe sezony i crossovery Hazbin Hotel i Helluva Boss. Na razie jednak jako swoiste czekadełko, musimy zadowolić się drugim sezonem przygód Charlie Morningstar i jej demonicznego anturażu. Czy kontynuacja dorównała oryginałowi? Czy było parafrazując starą filmową zasadę sequeli - Bigger, better, brighter(?).
Zostaliśmy pozostawieni po pierwszym sezonie w bardzo ważnym, a wręcz przełomowym momencie dla bohaterów. Oto Adam i armia egzorcystów została pokonana, a w piekle przynajmniej na chwilę zapanował demoniczny porządek. Hotel został odbudowany, a wraz z piekielnie (heh) dobrą reklamą, przybyło do niego więcej gości, niż ktokolwiek wcześniej mógłby sobie wyobrażać. Niestety z takim stanem rzeczy wiązały się również nowe obowiązki i tak naprawdę duża część sezonu poświęcona jest radzeniu sobie z nowym porządkiem. Dla Charlie happy day in hell zamienia się w busy day in hell, bowiem po śmierci sir Pentiousa i jego cudownym wniebowstąpieniu, mnożą się pytania bez odpowiedzi – zarówno dla niej samej, ale przede wszystkim dla nowoprzyjętych do hotelu grzeszników.
O ile warstwa wizualna i muzyczna zostały jeszcze bardziej dopracowane, o tyle większość wątków została położona, a część bohaterów zachowuje się, jakby byli co najmniej po zabiegu usunięcia płata czołowego. Część z tych zarzutów, może zostać oddalona retroaktywnie z czasem ukazywania się nowych sezonów, lecz faktem jest iż tu i teraz niektóre wątki po prostu się nie bronią. Fabuła jest bardzo poszatkowana, przez co konflikty i ich reperkusje albo nie wybrzmiewają, albo odnosi się wrażenie, że pędzimy na złamanie karku, byle by tylko na ekranie zapchać możliwe przestoje. Lute została całkowicie zmarnowana – zdaję sobie sprawę iż ma funkcjonować jako tzw. sleeper villan (za Vivienne Medrano) ale absolutnie nie kupuję budowania wściekłości tej postaci w 2gim odcinku, by potem zniknęła nam praktycznie do 3ciego sezonu.
Lucyfer zachowuje się jakby miał 5 lat (mimo zaakcentowanego wątku depresji) a Charlie jest po prostu postacią, której odebrano jakąkolwiek sprawczość i iloraz inteligencji na potrzeby „przeczekania” fabuły do wspomnianego już 3ciego sezonu.
Na obronę, powiem iż Vox jest świetnym villanem. Jego motywacje są jasne, a backstory na tyle czytelne, że widz nie ma problemu by jednocześnie go nienawidzić i równolegle mu kibicować. Jest tu co prawda kilka nieścisłości jeżeli chodzi na przykład o hierarchię w piekle, poczucie zagrożenia i stawki, ale autorzy poszczególnych odcinków na tyle umiejętnie żonglują postaciami i ich interakcjami, że jesteśmy w stanie przymknąć na to oko i dalej bawić się uproszczoną fabułą. Szczególnie że momentami naprawdę jest to przepiękne dzieło audiowizualne, tyleż zabawne, co urocze.
Nie ma we mnie nienawiści czy złej woli opisując 2gi sezon, natomiast po świetnym początku, zawsze jako widz oczekuje się lepszej kontynuacji. Finalnie rozwinięto aspekty wizualne, ale chyba kosztem tych fabularnych. Nie śmiem oskarżać scenarzystów o lenistwo, być może to zwykłe zaniedbanie, natomiast już teraz widać, że droga na skróty nie opłaciła się. Dostaliśmy dużo pustych kalorii, które dopiero przy akompaniamencie fanowskich teorii i grafik koncepcyjnych, stają się zjadliwym daniem. Pozostaje nam czekać na kolejny sezon, który jeżeli wierzyć Vivienne, ma być tym, dzięki któremu serial w ogóle powstał. Trzymam kciuki, by reżyserka nie dała się uwieść łatwym klikom, a jednak postawiła na jakościowy materiał, mimo iż pewnie poczekamy na takowy znacznie dłużej.