Ted Lasso powrócił do Zachodniego Londynu, by na powrót poprowadzić Richmond do mistrzostwa; różnica polega na tym, że został szkoleniowcem nowo powstałej drużyny kobiet.
Po tym, jak w meczu Anglii z Francją spadł grad goli niczym w Pucharze Tymbarku, a Hiszpanie dopiero w dogrywce ukrócili męki milionów kibiców, tegoroczny mundial przeszedł do historii. Turniej o niespotykanej dotąd skali – przez szesnaście miast w trzech krajach, rozpostartych między czterema strefami czasowymi, przewinęło się czterdzieści osiem drużyn. Pod tym względem były to rozgrywki na wskroś jankeskie, rymujące się z hasłem the bigger the better. Widać to było zresztą po zapożyczonym z Super Bowl halftime show, w którym Madonna wparowała na boisko w towarzystwie Ronaldo i Ronaldinho, Chris Martin stał w jednym rzędzie z muppetami, tymczasem BTS zmienił Justin Bieber. Tego ostatniego wprowadził być może najsłynniejszy szkoleniowiec popkultury: Ted Lasso.
Grany przez Jasona Sudeikisa poczciwina z Kansas był bohaterem przeboju Apple TV+, który w dniu premiery przypominał promyk nadziei przedzierający się przez kłębowisko niepewności i strachu unoszące się nad światem w lockdownie. Pierwszy sezon "Teda Lasso" był budującą i bawiącą do rozpuku historią o pogodnym trenerze futbolu amerykańskiego, wrobionym w prowadzenie A.F.C. Richmond, chłopca do bicia Premier League. Wrobionym, bo zatrudnionym przez nową prezeskę klubu Rebeccę (Hannah Waddingham), by ponieść porażkę i zniszczyć wszystko, co zbudował jej podły eksmąż. Lasso, będący uosobieniem pogody ducha i niezachwianej dobrotliwości, znał się na piłce nożnej jak kura na pieprzu, mimo to udało mu się zmienić szatnię Chartów na lepsze, wprowadzając kult zaufania, współpracy oraz zrozumienia. Załoga Richmond stała się rodziną (i spadła z ligi z hukiem).
Tam, gdzie rodzina, tam niesnaski i nieporozumienia. Może dlatego po pierwszych odcinkach, które w dużej mierze stanowiły zbiór dowcipów na temat szoku kulturowego, futbolu i popkultury (gratką dla fanów było wyłapywanie wszelkich mrugnięć okiem), serial zaczął dryfować w stronę dramedy. Metraż odcinków rósł wprost proporcjonalnie do liczby bolesnych doświadczeń uzewnętrznianych przez bohaterów. Wciąż było zabawnie, czasem głupkowato, i pokrzepiająco, lecz mniej naiwnie (mniej nie znaczy wcale). Po znakomitym, ubranym w terapeutyczne ramy drugim sezonie przyszła rozwleczona, rozczarowująco rozwinięta, ale satysfakcjonująco spuentowana finałowa odsłona. Choć koniec końców Richmond nie sięgnęło po żadne trofeum, "Ted Lasso" zdobył ich kilkanaście: od Emmy po Złote Globy.
Przypominam o tym wszystkim, ponieważ od tamtego czasu minęły trzy lata, co w narzeczu seriali przekłada się na dekady. Trzeci sezon miał być ostatni (stąd rozczulający, choć leniwy odcinek-pożegnanie), lecz kto by zarżnął kurę znoszącą złote jajka, czy też klub, który zdominował Ligę Mistrzów. Dlatego Ted Lasso powrócił do Zachodniego Londynu, by na powrót poprowadzić Richmond do mistrzostwa; różnica polega na tym, że został szkoleniowcem nowo powstałej drużyny kobiet. Zdaje się, że w świecie "Teda Lasso" czas to iluzja, w końcu przez te trzy lata niewiele się zmieniło (szczytem apdejtów życiowych jest ogrzewanie podłogowe zamontowane u Higginsa). Twórcy trochę dla czytelności fabuły, trochę dla własnej wygody wracają do status quo sprzed trzech lat, dlatego Roy (Brett Goldstein) wciąż orbituje wokół Keeley (Juno Temple), podczas gdy Rebecca z Matthijsem (Matteo van der Grijn) przeżywają okres pierwszego zauroczenia. Przygotujcie się na więcej tego samego.
O ile miłosne perypetie bohaterów rozbrzmiewają dobrze znaną melodią, o tyle sytuacja kadrowa wprowadza ożywczy powiew. W pierwszych pięciu odcinkach nowego sezonu ani widu, ani słychu Daniego, Jamiego czy Van Damme’a/Zorro. Są za to drące koty bliźniaczki (Aisling Sharkey i Rex Hayes), harda Boots (Jude Mack) i nie gorsza od Ewy Pajor snajperka Gemma (Abbie Hern). Najwięcej uwagi poświęcono drugiej trenerce Alice (Tanya Reynolds) – problem w tym, że na ten moment trudno wróżyć jej rolę inną niż wejście w buty Roya bądź Nate’a. Trudno nie odnieść wrażenia, że w pierwszej połowie sezonu braknie dla nowych postaci miejsca, przez co ich życiorysy naszkicowane są naprędce, na drodze odbębnionej ekspozycji. Twórcy zasiewają jednak wątki, które w kolejnych odcinkach mogą rozkwitnąć, sprawiając, że ta kolorowa zgraja stanie się kimś więcej niż bohaterem zbiorowym.
Jest to o tyle ważne, że najnowsza odsłona "Teda Lasso" opowiada przecież o upodmiotowieniu piłkarek, co rozjątrzonym przez "wokeness" trzeciego sezonu widzom będzie z pewnością nie w smak. W recepcji wtedy-finałowego sezonu skupiały się jak w soczewce temperament współczesnych wojenek kulturowych – obok konstruktywnej krytyki scenariuszowych mielizn psioczenie na "zlewaczenie" i "propagandę LGBT". Tymczasem największą siłą serialu Apple TV+ było afirmowane na wszelkie możliwe sposoby przekonanie o pięknie różnorodności i sile wypływającej z poszanowania różnic. Jasne, "Ted Lasso" był komedyjką o futbolu, ale jednocześnie był manifestem radykalnej empatii, wykładem z roli życzliwości w społeczeństwie. Ted wierzył w drugiego człowieka jak nikt.
Najbardziej kontrowersyjny tytuł recenzji czwartego sezonu, jaki można by wymyślić, brzmiałby pewnie "Aniołki Lasso". Zamyka się w nim bowiem doświadczenie nieustającego upupiania sportowczyń, traktowanych jako byle przystawka do sportowców. W najnowszym sezonie "Teda Lasso" owa niesprawiedliwość zostaje wyraźnie wyartykułowana. Bohaterki i bohaterowie mówią wprost o niedofinansowaniu, peryferyjności i braku zainteresowania mediów kobiecymi rozgrywkami. Gdy nowa drużyna A.F.C. Richmond gra swój pierwszy mecz komentatorki Jill Scott i Rebecca Lowe (pełniące podobne role, jak wcześniej Arlo White i Chris Powell), z przekąsem stwierdzają, że jest to wydarzenie tak wielkiej rangi, że można zobaczyć je wyłącznie w streamingu. Być może na przestrzeni pięciu epizodów nie ujawnił się klasyczny szwarccharakter, ponieważ najdotkliwiej dopiec potrafi system.
Po "Tedzie Lasso" nie należy oczekiwać, że przestanie być "Tedem Lasso". Wzorem poprzednich odsłon serii twórcom zdarza się popadać w dydaktyczny ton, szafując nieraz wyświechtanymi stwierdzeniami (nawet jeśli trafnymi i słusznymi). Ta postironiczna dosadność przekazu i egzaltacja towarzyszą jej od odcinka pilotażowego. Osoby, którym mogłyby przeszkadzać, raczej porzuciły serial, gdy Wieczysta Kraków grała jeszcze w okręgówce. Oczywiście, kiedy Rebecca skupuje książki bell hooks, by udowodnić Alice, że jest feministką, wybrzmiewa w tym przesada. Warto jednak pamiętać, że to serial o trenerze z przypadku, który zabrał zawodników na wycieczkę do kanałów, by urządzić im wykład o emocjach i kupie (diabelnie skuteczny!). Tym łatwiej fanom serialu będzie uwierzyć w feministyczną rewolucję w Richmond, biorąc pod uwagę, że stanowi ona naturalny ciąg dalszy historii Keeley i Rebecki, będących kobietami, które latami udowadniały, że mogą odnosić sukcesy na "męskich polach" (o tym, czy liberalny feminizm spod znaku girlboss jest wart poklasku, porozmawiajmy może kiedy indziej).
O ile pierwsze trzy sezony "Teda Lasso" były przewodnikiem po tak zwanej nowej męskości, o tyle nowe odcinki kierują uwagą na alternatywną kobiecość, która bynajmniej nie jest definiowana przez delikatność, urodę i uległość, tylko twardość, siłę i nieustępliwość. Co prawda, coraz trudniej uwierzyć, że po tylu latach wciąż należy tłumaczyć Tedowi, że Chelsea jest wymagającym przeciwnikiem, dużo łatwiej przyjąć, że jego serducho niezmiennie bije dla innych. Z tą drużyną może wiele zdziałać. Pytanie, czy twórcy w następnych odcinkach pomogą mu wykorzystać jej potencjał.