Recenzja serialu

Hellbound (2021)
Sang-ho Yeon
Ah-in Yoo
Jung-Min Park

Z piekła, na żywo

Ciekawe, że dzisiaj to właśnie koreańska popkultura wypuszcza najbardziej przekonujące wizje świata przeoranego nierównościami klasowymi, technologiczną inwigilacją czy pseudonauką. Proste, ...
Z piekła, na żywo
Trzy są one, ale to nie świnki - postura małpia, groźne miny, pięści wielkie jak płyty chodnikowe. Przypominają skrzyżowanie Hulka i polskiego smogu. Albo koszmarny sen fachmana od CGI - miał być realistyczny klip na Środę Popielcową, tymczasem wyszedł jakiś Marvel. Potwory z "Hellbound" - nowego koreańskiego serialu, który ma szansę zdeklasować "Squid Game" w rankingach oglądalności - przychodzą znikąd. Dopadają ludzi w kawiarniach lub przed telewizorami, biją jak mięso na schabowe, a na końcu - spopielają ogniem piekielnym. Ofiary znają termin swojej śmierci z dokładnością do jednej minuty, bo wcześniej nawiedziła je straszliwa lewitująca głowa. Tak, dobrze przeczytaliście: w powietrzu materializuje się łeb - na oko jakiś inkaski bożek albo Thor w stanie nietrzeźwości - i obwieszcza grobowym głosem: "Michale, jutro o 21.37 umrzesz!". Wokół tych niewytłumaczalnych przypadków błyskawicznie rozwija się (nie tak znowu gęsta) sieć racjonalizacji: od teorii spiskowych i kanałów patostreamerskich, aż po globalny ruch religijny, który tę ewidentną manifestację niskiego budżetu na efekty specjalne umieszcza w samym centrum boskiego planu. Pamiętajcie, nie próbujcie tego robić w domu. Takie rzeczy udają się tylko w Korei Południowej, mekce niemożliwych popkulturowych krzyżówek. 



Nie pamiętam już, czy taka scena pojawia się w Netfliksowym "Hellbound", natomiast bez wątpienia otwiera internetowy komiks Choia Gyuseoka i Yeona Sang-ho, na którym ten ostatni - reżyser znany z dobrze przyjętego "Zombie Express" - oparł fabułę serialu. Grupka kumpli siedzi w knajpie i ogląda na smartfonie wideo z "objawienia anioła" (czyli wspomnianej lewitującej głowy), robiąc sobie jaja z "okropnych efektów specjalnych", dochodowych "sieciowych szwindli", płaskoziemców i pseudonaukowych kanałów na YouTubie. Dalej komiks i Netflix są już zgodne: kolesiom śmiech więźnie w gardle, bo za ich plecami gorylopodobne istoty mordują klienta kawiarni. Na telewizyjnym ekranie prezes Jung Jinsu (frapująco anielski Yoo Ah-in), lider ruchu Nowa Prawda, peroruje, że gwałtowna śmierć jest "demonstracją" wiecznych katuszy piekielnych: demony zabierają duszę grzesznika prosto do piekła, a boski sygnał, w literalnej interpretacji radykałów, brzmi: "Poprawcie się albo gińcie!". Świat dosłownie staje na głowie: kolejne relacje live z paranormalnych interwencji zmieniają lokalne (i globalne) układy sił, diakoni nowej religii polują na grzeszników, paramilitarna bojówka Grot - zainspirowana przez szalonego patostreamera i złożona głównie z nastolatków z kijami baseballowymi - bije i porywa heretyków, inspektor seulskiej policji Jin Kyunghun (Yang Ik-june) szuka swojej córki, a prawniczka Min Hyejin (Kim Hyun-joo) broni interesów „nawiedzonych”, chociaż nic z tego wszystkiego nie rozumie. Oto rzeczywistość, w której pojawili się komiksowi złoczyńcy, zabrakło natomiast superbohaterów. 



Przyznaję, pomysł Yeona ma w sobie pewną złowrogą elegancję: sytuacja zupełnie pozbawiona kontekstu - absurdalna tak, jak absurdalne potrafią być tylko blockbusterowe rozwiązania typu deus ex machina: potwór pojawia się w środku miasta, morduje przechodniów i rozpływa się w powietrzu - jest sukcesywnie obudowywana znajomymi elementami kulturowymi. Tajemnica wydaje na świat własne święte księgi, ceremonie, normy moralne i klasy sprawujące władzę. Jeśli spodziewacie się wartkiej akcji i kryminalnej intrygi w stylistyce horroru czy fantasy, cóż, to chyba nie ten adres. Yeona interesuje przede wszystkim reakcja społeczna na niewytłumaczalne: purytański rygoryzm warunkowany strachem przed karą, paniczne odruchy mas, lincze, samosądy, klimat stalinowskiego terroru, w którym dzieci donoszą na własnych rodziców (pamiętajmy, że Koreańczycy z Południa mają po sąsiedzku reżim Kimów). Innymi słowy - powstaje coś na kształt teokracji w pełni zapośredniczonej przez „pozycję świadka”: każdy mieszkaniec planety musi być pewien, że piekło i Bóg istnieją, ponieważ widział ich „demonstrację” w internecie i/lub telewizji. W serialu relacja live, obudowana systemem "donejtów", jest nową formą kościelnej ambony: same obrazy nic nam nie mówią, pozostają surowym zapisem sytuacji, potrzebują więc wprawnego egzegety, kapłana, który ujawni „prawdę”, nada sens i wprowadzi poczucie bezpieczeństwa. „Ukradzione” wybory prezydenckie w USA, „plandemia”, ruch QAnon - dzięki mediom społecznościowym spiskowa interpretacja faktów może stać się religią. Absurdy "Hellbound" są zatem absurdami tylko w pewnym ściśle ograniczonym stopniu - jako potencjalny scenariusz przyszłości raczej straszą realizmem, niż śmieszą pastiszem. 



Ciekawe, że dzisiaj to właśnie koreańska popkultura wypuszcza najbardziej przekonujące wizje świata przeoranego nierównościami klasowymi, technologiczną inwigilacją czy pseudonauką. Proste, klarowne, czasami zbyt dosłowne, nawet łopatologiczne, ale jednak - w jakiś tajemniczy sposób - satysfakcjonujące. "Hellbound" ma oczywiście liczne słabe strony. W sześciu krótkich odcinkach nie udało się zbudować wiarygodnego obrazu globalnej teokracji: ład wprowadzony przez Nową Prawdę, z jej tekturową i pustą świątynią w centrum Seulu, wygląda bardzo naskórkowo, złowrogo niczym dyktatura obwoźnych sprzedawców Biblii. Rozciągnięty na przestrzeni kilku lat scenariusz w nie do końca uzasadniony sposób gubi bohaterów, urywa wątki, obiecuje złote góry kryminalnego śledztwa, żeby za chwilę osunąć się w melodramat (co akurat może być świadomą strategią twórcy). Yeon nieustannie przeskakuje między dwiema stylistykami, makabrą (brutalne sceny śmierci) i karykaturą, co przeciętny Europejczyk od razu utożsami z groteską. Do bólu karykaturalni są zwłaszcza diakoni i bojówkarze - jednocześnie stereotypowo fanatyczni, narcystyczni i fajtłapowaci. Mam przy tym wątpliwości, czy to, co tak bardzo cenimy w koreańskiej popkulturze - czyli mieszanie gatunków filmowych, sprzecznych emocji, krwi i flaków z sentymentalną miłością – i co upodabnia do siebie poszczególne produkcje, nie jest przypadkiem naszą kulturową, europocentryczną ramą interpretacyjną. Być może to nie żaden efekt świeżości, tylko zwykła orientalizacja koreańskiej wrażliwości. Być może, bo poza wszystkim "Hellbound" to kawał intrygującego pomysłu i potencjalny starter większego cyklu. Końcówka będzie więc banalna, tak jak banalne bywają recenzje seriali. Skoro finał obiecuje coś więcej, to ja na to więcej czekam z niecierpliwością. Nawet jeśli żaden anioł nie odtrąbił jeszcze drugiego sezonu. 
1 10
Moja ocena serialu:
7
Marcin Stachowicz
Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).