Dokument Nicka Greena to oskarżenie wobec świata gwiazd, w którym nic nie jest czarno-białe – moralne fundamenty rozmywają się w strefie szarości, a dotarcie do prawdy wydaje się w zasadzie
Słynny proces Michaela Jacksona z 2005 roku pamiętam jak przez mgłę. Byłem już co prawda świeżo upieczonym dorosłym, ale nigdy nie interesowały mnie brudne sprawy showbiznesu, a też polskie media nie relacjonowały tej kontrowersyjnej sprawy z taką dokładnością i intensywnością jak te amerykańskie. Pamiętam natomiast, że nawet nasze stacje radiowe miały wówczas moralne opory, by puszczać utwory Michaela - tak dalece sięgała kontrowersja całej tej sprawy. "Michael Jackson: Werdykt" to trzyodcinkowy dokument Nicka Greena, który dokłada wszelkich starań, aby przedstawić śledztwo sprzed lat w jak najbardziej rzetelny sposób.
To nie przypadek, że dokumentalną produkcję Netfliksa otrzymujemy właśnie teraz - sukces kasowy "Michaela" (już blisko 900 milionów dolarów w globalnym box office), który zupełnie pomija wątpliwe etycznie wątki z życia gwiazdora, stworzył popyt na ponowne przyjrzenie się kontrowersyjnym relacjom Jacksona z dziećmi. Twórca "Werdyktu" nie zamierzał jednak realizować dokumentu z tezą – solidnie zgłębił temat, docierając do setek materiałów, także nigdy wcześniej niepublikowanych. Oglądamy nagrania z kamer policyjnych z przeszukania gigantycznego rancza Neverland, widzimy dziesiątki nagłówków z gazet, zaglądamy za kulisy trwającego miesiącami śledztwa – wszystko po to, by poznać ten kontrowersyjny temat najlepiej jak to możliwe. Green stanął też na wysokości zadania pod względem różnorodności i mnogości osób, które wzięły udział w nagraniu. Oskarżyciele, obrońcy, przyjaciele rodziny i samego Michaela, pracownicy rancza Neverland, szefowie ochrony, psychologowie, członkowie ławy przysięgłych, analitycy sądowi – nie ma chyba grupy, do której twórca dokumentu Netfliksa by nie dotarł. Wypowiedzi każdej z zaproszonych osób jasno ukazują ich stanowisko – mamy tu dziennikarkę Diane Dimond i prokuratora Rona Zonena, którzy byli przekonani o winie Jacksona, ale też obrońców Michaela czy jego biografa, którzy nigdy nie wątpili w jego niewinność. I Green każdej ze stron daje możliwość budowania swoich argumentów, nie faworyzuje żadnej z nich, jednocześnie pragnąc, by przemawiały przede wszystkim fakty.
Ale czy w sprawie budzącej takie emocje, dotyczącej być może najsławniejszego człowieka w historii ludzkości, opieranie się wyłącznie na suchych faktach jest w ogóle możliwe? Oglądając "Werdykt", nie można na to pytanie odpowiedzieć inaczej jak przecząco. Zarówno archiwalne wypowiedzi sprzed lat, jak i opinie wygłaszane tu i teraz świadczą o tym, że utrzymanie obiektywnej, wyważonej postawy wobec kontrowersyjnej sprawy jest w zasadzie niemożliwe. Z jednej strony w śledztwie zabrakło niepodważalnych dowodów, z drugiej sam Michael w dokumencie "Living with Michael Jackson" Martina Bashira przyznawał się do zachowań, których według żadnych standardów nie można uznać za dopuszczalne. A jednak po ogłoszeniu werdyktu sądu hrabstwa Santa Barbara nikt nie mógł uznać sprawy za wyjaśnioną ponad wszelką wątpliwość. Wciąż trwały dyskusje, wciąż nie opadała temperatura sporu pomiędzy zapatrzonymi w Jacksona fanami z całego świata (wśród transparentów przed sądem widać nawet hasło "Poland loves you, Mike") a ludźmi widzącymi w nim potwora i pedofila. I choć żadna ze stron nie mogła się podeprzeć solidnymi dowodami, obie strony barykady były absolutnie przekonane o własnych racjach.
"Michael Jackson: Werdykt" nie jest kolejnym oskarżeniem wobec króla popu – tych było już dość, w dodatku wszystkie zostały oddalone w niezawisłych sądach USA. Dokument Nicka Greena to oskarżenie wobec świata gwiazd, w którym nic nie jest czarno-białe – moralne fundamenty rozmywają się w strefie szarości, a dotarcie do prawdy wydaje się w zasadzie niemożliwe. W tym świecie gra idzie o zbyt wielką stawkę – pieniądze, władzę, miłość i zaufanie fanów - by walka o sprawiedliwość mogła zakończyć się zwycięstwem. Dlatego bez względu czy należymy do obrońców czy oskarżycieli Michaela Jacksona, "Werdykt" powinien napawać nas smutkiem – nie ze względu na samą decyzję ławy przysięgłych, lecz dlatego, że prawdopodobnie wszyscy zostaliśmy w jakiś sposób oszukani przez bogów showbiznesu.