Recenzja Sezonu 1

Star Trek: Picard (2020)
Hanelle M. Culpepper
Jonathan Frakes
Patrick Stewart

To nie jest wszechświat dla starych ludzi

Michael Chabon, Alex Kurtzman, Akiva Goldsman i Kirsten Beyer stworzyli zupełnie nową rzecz, która garściami czerpie ze swoich poprzedników, ale nie daje się zaszufladkować jako nostalgiczne ...
To nie jest wszechświat dla starych ludzi
Od dobrych kilku lat trwa w Ameryce moda na odgrzewanie seriali sprzed paru dekad. Zazwyczaj ma to formę nostalgicznej podróży w czasie. Czasem zdarza się też tworzenie kontynuacji w taki sposób, jakby wieloletnia przerwa nie miała miejsca. Ci z Was, którzy takiego samego podejścia spodziewali się po twórcach serialu "Star Trek: Picard", muszą przygotować się na szok. To nie jest "Star Trek: Następne pokolenie"! Michael Chabon, Alex Kurtzman, Akiva Goldsman i Kirsten Beyer stworzyli zupełnie nową rzecz, która garściami czerpie ze swoich poprzedników (nie tylko "Następnego pokolenia"), ale nie daje się zaszufladkować jako nostalgiczne odcinanie kuponów.

Nie ma tu mowy o łagodnym przejściu od tego, co stare i kochane, do tego, co nowe i nieznane. Twórcy nie patyczkują się i już od pierwszych scen serialu pokazują, że mamy do czynienia z rzeczą całkowicie odmienną. Spotkanie z Jean-Luciem Picardem dla wielu fanów "Następnego pokolenia" będzie szokiem. Nie jest on już tym teflonowym bohaterem, który wystawiany na najcięższe próby zawsze wracał do swojego szlachetnego, pozytywnego, optymistycznego Ja. W oryginalnym serialu Picard zdawał się ucieleśniać niezłomność ludzkiego ducha, był stałością, pewnością, żywym dowodem tego, co w człowieku najlepsze i co nigdy nie może zostać zniszczone, niezależnie od wrogów, okoliczności i rzucanych przez los kłód.



Picard z serialu Chabona i spółki jest inny. To człowiek, który wyraźnie odczuwa ciężar wyborów dokonanych na przestrzeni lat. Piętno czasu, wyrzutów sumienia, poczucia winy sprawiło, że zrobić coś, co dla dawnego Picarda wydawała się niewyobrażalne - poddał się. Porzucił swoją ukochaną Federację, opuścił tych, którym mógł jeszcze pomóc, zaszył się w swojej winnicy, gdzie całym sercem oddał się jednemu zajęciu - rozdrapywaniu starych ran. W pierwszych odcinkach sezonu Picard jawi się jako człowiek złamany i zmęczony, który czeka już wyłącznie na śmierć. I nawet kiedy znajduje powód, by opuścić winnicę i jeszcze raz stać się gwiezdnym wędrowcem, początkowo niewiele ma w sobie z dawnego charyzmatycznego lidera. Przypomina bardziej Don Kichota ruszającego na szaleńczą misję.

Z perspektywy całego sezonu takie podejście do jednej z najbardziej kochany postaci uniwersum "Star Treka" wydaje się jak najbardziej logiczne i w zasadzie jedyne możliwe, jeśli projekt miał odnieść sukces. Jednak z perspektywy pierwszego odcinka była to piekielnie ryzykowna decyzja. Naprawdę niewiele brakowało, by rozległ się krzyk cierpiących: "To nie jest Picard! To nie jest "Star Trek"!". Zbawcą serialu okazał się ten Patrick Stewart. Od pierwsze sceny swoją grą potwierdza, że on JEST Jean-Luciem Picardem. Owszem, bohater zmienił się, ale zdają się to zmiany powierzchowne. Każdy widz jest w stanie rozpoznać, że gdzieś w głębi pozostał sobą. Oglądając Stewarta można łatwo ulec iluzji, że nigdy nie przestał być Picardem, że zestarzał się noszą uniform Federacji. Stąd wszelkie "nowości" w traktowaniu postaci sprawiają wrażenie naturalnej ewolucji wynikającej z piętna czasu, a nie z nieuzasadnionych decyzji scenarzystów o przerośniętym ego.



Starego, zmęczonego życiem, rozczarowanego Federacją Picarda jest też łatwo zaakceptować, ponieważ doskonale wpisuje się w tonację całego serialu. Najnowszy "Star Trek" składa się bowiem wyłącznie z ludzi doświadczonych przez los, pokiereszowanych, przygniatanych przez poczucie winy, bezradności i strach. Dotyczy to zarówno towarzyszy Picarda jak i tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady. Serial opowiada o tym, jak radzą sobie ludzie ze świadomością własnej słabości i jak bagaż doświadczeń zabarwia ich motywacje i podejmowane decyzje.

Złamane biografie nie stanowią głównego wątku popychającego akcję do przodu. Są raczej czymś na kształt czarnej materii wypełniającej każdą "pustą" przestrzeń serialową i nadającej jej specyficzny charakter. To między innymi z tego powodu "Star Trek: Picard" przypomina powieść. Poszczególne odcinki są zamkniętymi całościami, ale ukazują jedynie fragment całości. Pełny kształt opowieści dostrzeżemy dopiero po przeżyciu pierwszego sezonu do ostatniego odcinka.



"Star Trek: Picard" jest serialem dużo mroczniejszym i bardziej ambiwalentnym niż "Star Trek: Następne pokolenie". Choć w obu stawka często bywała bardzo wysoka, a podejmowane przez bohaterów decyzje trudne, to jednak "Następne pokolenie" miało w sobie pewną lekkość i swobodę charakterystyczną dla pulpowych opowieści lub krótkich form komiksowych. Świat "Picarda" spowijają szarości, w których trudno dostrzec moralne aksjomaty. Zaś to, co uchodzi za pewnik, jest niczym więcej jak obsesją zaślepionych oszołomów. Pod tym względem "Picard" idzie w ślady "Star Trek: Discovery". Co nie powinno dziwić, gdyż oba seriale stanowią część nowego uniwersum powstającego pod okiem Alexa Kurtzmana dla CBS All Access (choć w Polsce i na świecie każdy z nich znalazł inny dom).

Jest to jednak rewizjonistyczne podejście, które nie wszystkim fanom starych seriali firmowanych tytułem "Star Trek" przypadnie do gustu. Niektórzy mogą wręcz pokusić się o stwierdzenie, że te nowe seriale nie są "Star Trekami", że są to po prostu opowieści SF, które łatwiej sprzeda się pod szyldem rozpoznawalnej marki. W przypadku "Discovery" - mimo licznych odniesień do wcześniejszych "Star Treków" - zarzut ten jest do pewnego stopnia uprawniony. W przypadku "Picarda" jest jednak inaczej. Wszystkie ideały, na których bazowało "Następne pokolenie", każda z myśli, które propagował Jean-Luc, są w nowym serialu nie tylko żywe, ale stanowią wręcz integralną część całej historii. Ba, pokazanie, jak walczy się o nie w świecie dużo bardziej skomplikowanym moralnie, kiedy samemu jest się człowiekiem, który mógłby łatwo stracić nadzieję, sprawia, że mają one znacznie większą siłę rażenia. "Picard" przy całej swojej fantastycznej otoczce, z kosmicznymi bitwami i różnymi dziwacznymi nacjami, pozostaje opowieścią emocjonalnie bliską i niezwykle autentyczną.



Twórcy zadbali jednak i o to, by nawet najbardziej zatwardziali Trekowcy odnaleźli się w tym nowym świecie. W każdym odcinku pojawia się więc dużo mniej lub bardziej widocznych odniesień do bogatej mitologii "Star Treka". Zaś Picard spotyka na swej drodze sporo znajomych twarzy. Choć ci wszyscy, którzy przeczytali komiksowy prolog, mogą być zdumieni brakiem jeden z postaci znanej z "Następnego pokolenia", która pojawiła się na kartach "Star Trek: Picard - Countdown".

Dzieło Chabona, Kurtzmana, Goldsmana i Beyer to powiew świeżości, który zostawił nienaruszonym ducha Jean-Luca Picarda. Pierwsza misja twórców serialu zakończyła się więc pełnym sukcesem. Teraz czeka ich jednak trudniejsze zadanie - nie roztrwonić zebranego kapitału.
1 10
Moja ocena sezonu 1:
9
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
47% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Udostępnij: