Recenzja wyd. DVD filmu

Statyści (2005)
Stephen Merchant
Ricky Gervais
Ricky Gervais
Ashley Jensen

Pierwszorzędny drugi plan

Po "Biurze" wiadomo było, że Ricky Gervais to cholernie zdolny facet. Po "Statystach" można z odrobiną egzaltacji uznać, że koleś w swoich najlepszych momentach  ociera się o geniusz. Bo jak ...
Po "Biurze" wiadomo było, że Ricky Gervais to cholernie zdolny facet. Po "Statystach" można z odrobiną egzaltacji uznać, że koleś w swoich najlepszych momentach  ociera się o geniusz. Bo jak inaczej nazwać pieruńsko błyskotliwe połączenie bezczelności, wulgarności i ironii z delikatnymi półcieniami wywołującymi gorzki grymas niespełnienia. To po prostu zupełnie nowa jakość w serialach komediowych, jeżeli w ogóle za takowe "Statystów" czy "Biuro" można uznać. Oba oryginalne formaty transcendują bowiem ten wyświechtany gatunek, który nazbyt często sprowadza się do alternatywy: rodzina Bundych albo pełna chata ckliwych przygłupów.

Jak wiadomo, zawód aktora jest aż nazbyt niewdzięczny. Śmietankę w postaci sławy, pieniędzy i bąbelków szampana zbiera niewielka grupa, niezliczone masy wegetują na obrzeżach teatru i kina. Andy Millman wciąż nie załapał się na pociąg do Hollywood, choć wciąż jako statysta na planie próbuje rozpaczliwie do niego wskoczyć. Czasem wystarczy jedna linijka, by zostać dostrzeżonym. Cała sztuka, aby ją dostać. I dla tej linijki Andy jest w stanie zrobić prawie wszystko, co w nieunikniony sposób prowadzi do żenujących sytuacji, w czym pomaga mu jego niezbyt rozgarnięta przyjaciółka z planu.

Na pierwszy rzut oka Andy przypomina postać Davida – bohatera "Biura", stworzonego przez tandem Gervais-Merchant. To samo pakowanie się w żenujące sytuacje, ta sama nerwica i budząca litość poza, która karze udawać w każdej sytuacji, że wszystko jest ok. To jednak tylko pozory. Bohater "Biura" był żałosny, a Andy jest po prostu ludzki i choć dla kariery jest gotów na największe poświęcenia, to są takie momenty, kiedy po prostu mówi "nie". Zresztą, w porównaniu z gwiazdami, które grają same siebie, Andy wydaje się stać o szczebel wyżej na drabinie ewolucji.

Schemat każdego odcinka jest ten sam: inny film, inna gwiazda oraz Andy i jego niezbyt błyskotliwa przyjaciółka ocierający się o sławę. Każdy z celebrytów gra tu samego siebie, co często, choć okrutne, bywa zbawienne dla ich wizerunku. Mamy więc Bena Stillera tłumaczącego, jakie korzyści wyniesie ofiara wojny na Bałkanach z oglądania "Zabaw z piłką", Kate Winslet zdradzająca receptę na Oscara, Patrick Stewart jako erotoman i wielu innych. Fenomen "Statystów" polega na tym, że ich humor potrafi być niezwykle okrutny i gorzki, a mimo to serial odniósł niebywały sukces. Nic więc dziwnego, że gwiazdy zabijają się o to, aby wystąpić w kolejnym odcinku i z gorliwością pisaną temu zawodowi kładą głowy pod topór bezwzględnego intelektu twórców.

Na koniec krótko i treściwie należy stwierdzić, że "Statyści" potwierdzają coraz śmielej powtarzaną tezę, że geniusz przeniósł się z kina do seriali, bo o wydaniu DVD nie można powiedzieć nic więcej niż to, że jest.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
95% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Udostępnij: