Niewielu jest bohaterów telewizyjnych, którym kibicowałbym równie mocno, co pracownikom tytułowej knajpy z "The Bear". Na przestrzeni czterech sezonów zdążyłem poznać ich tak dobrze, że naprawdę trudno mi już postrzegać ich inaczej, jak ludzi z krwi i kości, zamiast postaci zrodzonych w umyśle Christophera Storera. Nie da się też ukryć, że sezon 4. odstawał nieco od poprzednich, czuć w nim było pewne zmęczenie materiału, brak kreatywnej iskry, która tak mocno wyróżniała zwłaszcza sezon 1. i 2. na tle konkurencji. Wobec tego, przed finałowym sezonem, apetyt miałem raczej umiarkowany. Owszem, interesowało mnie jak się to wszystko skończy, ale nie oczekiwałem takich emocji, jakie dostarczyły sezon 1. i 2., czy odcinki "Serwetki" i "Kruszony lód" z serii 4.
Intrygujący od samego początku okazał się pomysł, by akcja niemal całego sezonu działa się jednego dnia. Takie "The Pitt", ale w kuchni i to podczas najgorszego dnia, jaki w gastronomii można sobie wymarzyć. Chicago skąpane było w ulewnym deszczu, a wszystko, co mogło pójść nie tak – poszło. Kto przed sezonem 5. obejrzał majowy odcinek specjalny, ten wie, jak omawiany dzień zaczął się dla kuzyna Richiego, gdy ten zagapił się na światłach w porannym korku wspominając podróż z Mikey’em do Gary w Indianie. W samej knajpie też wydarzyło się kilka wypadków – zatkany odpływ, problem z wodą, Ted Fak szukający czegoś na dachu. Do tego awaria programu do rezerwacji, kurczące się zapasy w chłodni i brak środków na nowe dostawy. Brzmi jak świetny przepis – na tragedię.
Disney+
Pierwsze sześć odcinków to nawałnica piętrzących się wyzwań, kłopotliwych zwrotów akcji. Storer nakrywa nimi do stołu, buduje oczekiwania na finał. Ten w zasadzie podzielono na dwie części: kulminację w odcinku 7 i pożegnanie z całą ekipą w 8. I choć z początku trudno było się w ten sezon zaangażować, tak te dwa ostatnie odcinki to prawdziwa uczta – zwłaszcza odcinek przedostatni, to jedna z najlepszych godzin telewizji tego roku.
"Karmel" to w zasadzie antyteza "Ryb", słynnego już odcinka świątecznego, w którym rodzinna kolacja zmienia się w festiwal traumy i cierpienia. To dzięki takim odcinkom "The Bear" osiągnął swój statut i to one sprawiły, że i tym razem na samym wejściu oczekujemy niechybnej tragedii. Napięcie nie ustępuje nam do końca, a Storer jako reżyser bardzo umiejętnie je podkręca. W tym garze (dosłownie) coś ciągle kipi, wybuch jest więc nieunikniony. Ale o ile "Ryby" były ilustracją eskalacji, "Karmel" jest traktatem o deeskalacji. Pokazuje bowiem jak daleką drogę przebyli wszyscy bohaterowie "The Bear", od Carmy’ego (Jeremy Allen White), który w tym sezonie ustąpił pola i oddaje znacznie więcej przestrzeni reszcie zespołu, zwłaszcza Sydney (rewelacyjna Ayo Edebiri) i Tinie (Liza Colón-Zayas), która stała się prawdziwym filarem restauracji.
Naprawdę wzruszająco ogląda się kilka rozmów między Syd i Carmym, czy między Carmym a Richiem, którzy w końcu nie skaczą sobie do gardeł, a traktują się z szacunkiem, profesjonalizmem i miłością. Ta ostatnia jest w zasadzie tematem tego sezonu. Miłość do rodziny, nie tej z krwi (choć też, w końcu to knajpa rodu Berzatto), a przede wszystkim tej wybranej, scementowanej wspólną pracą, tragediami i sukcesami.
Część może potraktować to jak spoiler, ale naprawdę serce rośnie, gdy bohaterów, z którymi cierpiało się przez tyle lat, w końcu spotyka coś dobrego, gdy mimo okoliczności dają radę, prą naprzód i wynajdują sposoby, jak z wady zrobić cnotę. Czy nie właśnie tego oczekiwać się powinno od dobrego finału telewizji? Nie zakończenia idealnego, a zasłużonego, wypracowanego w pocie i trudzie, oddającego nieco dobra i sprawiedliwości w świecie, w którym naiwnością jest oczekiwanie happy endów. A przecież one też się zdarzają.