Recenzja Sezonu 3

Ród smoka (2022)
Miguel Sapochnik
Clare Kilner
Paddy Considine
Emma D'Arcy

Wszystko szpetne (część 2.)

Po pierwszych dwóch odcinkach przeznaczonych na swoistą "czystkę" tematów z poprzedniego sezonu, trzeci "Ród smoka" wskoczył na solidne, równe tempo.
Wszystko szpetne (część 2.)
Recenzja odcinków 5-8.

Sezon trzeci jest nierówny jak rządy Rheanyry i labilny jak jej psychika. Obok odcinków dopieszczonych w każdym aspekcie i niemal pozbawionych wad (trzeci i ósmy) stoi reszta epizodów: po prostu solidnych, z błyskotliwymi momentami i scenariuszowymi wtopami występującymi naprzemiennie. Obok ciekawych knowań zdeprawowanego Ormunda (James Norton) jest Aemond (Ewan Mitchell), błąkający się po nawiedzonym Harrenhall, jakby twórców również opętało i zapomnieli, jak źle wypadł niemal identyczny wątek Daeomona (Matt Smith) w poprzednim sezonie. Sam Książę Łotrzyk to jedna z najlepiej prowadzonych i zagranych postaci; doczekuje się też pogłębienia jako kochający ojciec, Valyriański suprematysta i charyzmatyczny dowódca wojskowy w jednym... Ale co z tego, skoro po świetnych scenach Smitha pojawia się Alicent (Olivia Cooke), której wątek jest najsłabszym elementem całego sezonu i można byłoby go logicznie wytłumaczyć chyba tylko tym, że aktorka podpadła czymś twórcom i postanowiono całkowicie ośmieszyć jej postać. 


Można odnieść wrażenie, że w zespole scenopisarskim znalazły się zarówno bardzo utalentowane i bardzo nieutalentowane osoby. Te pierwsze kazały Aegonowi (Tom Glynn-Carney) spoliczkować Aemonda, a dumnej pani Doliny nie uginać się przed smokami – te drugie pisały kwestie Mysarii (Sonoya Mizuno) i zrobiły z niej najgorszego szpiega Westeros. Nie ma znaczenia, że na przestrzeni całego sezonu sprawnie wyegzekwowane momenty przeważają nad kulejącymi.Widzowska pamięć jest bezwzględna: jeden durny wątek silniej zapada w pamięć niż pięć dobrych, jedna scenariuszowa głupota potrafi pogrążyć odbiór ogólnie udanego odcinka. Ze względu na ogrom fanowskich oczekiwań i liczne odstępstwa od książki wszystkie potknięcia serialu co tydzień spotykały się z głośną krytyką, niekiedy nadmiernie zjadliwą i niesprawiedliwą. O ile nad Rheanyrą ciąży figura ojca, o tyle nad "Rodem smoka" – cień "Gry o tron". W cztery lata od premiery prequelowi wciąż nie udaje się uniknąć porównań do wielkiego poprzednika.


Rheanyra swój tron zdobywała z problemami, a "Ród smoka" pogrążają – można to już z całą pewnością stwierdzić – towarzyszące mu kłopoty realizacyjne i zbyt długi czas produkcji. Dwa lata czekania na kolejny sezon są zabójcze w przypadku serialu, który wymaga kojarzenia wielu postaci i faktów, by czerpać z niego przyjemność. Po pierwszych dwóch odcinkach przeznaczonych na swoistą "czystkę" tematów z poprzedniego sezonu, trzeci "Ród smoka" wskoczył na solidne, równe tempo. Scenarzyści porzucili wypracowaną w pierwszej odsłonie serialu konstrukcję, czyli koncentrację na dwóch protagonistkach, kobiecą perspektywę na quasi-historyczne problemy oraz odcinki podporządkowane określonym tematom, mogące na dobrą sprawę stanowić osobne historie i układające się w coś na kształt mozaiki z burzliwych dziejów rodu Targaryeonów. W drugim sezonie dawna tożsamość "Rodu smoka" została już definitywnie odrzucona, a w trzecim narrację wyraźnie skomponowano na podobieństwo pierwszych odsłon "Gry o tron" – z rozbiciem historii na wiele perspektyw, powolnym budowaniem akcji i eskalacją w finale. Tyle że "Gra o tron" przez większość swojej ekranowej kariery ukazywała się co roku i dostarczała widzom dziesięć odcinków w każdym sezonie. Trzeci "Ród smoka" kazał na siebie czekać dłużej i – odliczając te domykające dwa początkowe odcinki – składa się de facto z sześciu epizodów, z których pięć to głównie knowania, intrygi i rozstawianie pionków na planszy. Widz ma prawo odczuwać zniecierpliwienie. Zwłaszcza że na nowe odcinki przyjdzie poczekać kolejne dwa lata, jeden z najciekawszych graczy umarł w finałowej bitwie, a znaczące śmierci i przełomowe wydarzenia z książek są trzymane na końcowy sezon czwarty – zupełnie, jakby obawiano się, że po usunięciu znanych bohaterów widownia nie wróci przed ekrany. Efektem tego kunktatorstwa w eskalowaniu wojennych wydarzeń jest fakt, że sezon trzeci cierpi na podobny problem co sezon drugi (chociaż całościowo jest od niego o wiele lepszy): ogląda się go bardziej jak wstęp i podbudowa do właściwej rozgrywki niż samodzielną historię. Co z tego, że finał jest znakomity, skoro kończy się cliffhangerem i nie przynosi większych podsumowań. 


Sama Rheanyra jest szpetna – jak zarzuca jej Healena (Phia Saban) w najważniejszym monologu całego sezonu. Na wierzch wychodzą wszystkie jej paranoje, słabości, wady. Jej końcowa przemiana to jeden z najlepszych elementów całej opowieści (podobnie jak całe aktorstwo Emmy D'Arcy), transformacja została też dobrze podbudowana. W recenzji początkowych odcinków pisałam, że to sezon o bardzo złych ludziach szaleńczo śniących o potędze, zaczadzonych wizją władzy. Rheanyra uświadamia sobie, że jej ojciec wrobił ją w coś okropnego, ale sprawy za daleko już zaszły i za dużo krwi przelano; wybiera więc kurczowe trzymanie się przepowiedni, manię wielkości, drogę ognia i krwi. "Gra o tron" była przystępniejsza dla przeciętnego widza, bo mimo wszystko moglibyśmy w niej z kimś sympatyzować. "Ród smoka" jest dużo bardziej ponury i radykalny w swoim antywojennym przekazie. Mamy do wyboru kibicowanie ludziom, którzy do obrony murów wysyłają dzieci, albo ludziom, którzy palą te dzieci żywcem. 

Rheanyra płacze w swoich komnatach przez dużą część sezonu. Jednak to nie szekspirowskie tragedie wielkich władców przejmują najbardziej. "Ród smoka" działa najsilniej wtedy, gdy na krótkie, wymowne momenty zatrzymuje się na drugim planie, przy tych, którzy przegrywają, przeszkadzają, nie pasują. Moralnym sercem sezonu staje się Healena, wrażliwa dusza poszukująca piękna, ale uwięziona w wyjątkowo szpetnych czasach. Inteligentny Gwayne (Freddie Fox) i rozsądny Daeron (Charlie Gordon) muszą podporządkowywać się rozkazom szaleńca. Biedny Owcokrad – zdziczały, niekochany pies – toczy nierówną walkę w imieniu swojej pani, która go porzuciła. To smoków – wszystkich bez wyjątku – najbardziej żal. Są jak siły natury, eksploatowane przez ludzi do własnych celów bez troski o konsekwencje. Żywioł, którego potęga jest zbyt wielka, by w pełni zrozumieć go i okiełznać, ale zbyt kusząca, by nie zapragnąć zagarnąć go dla siebie. Najciemniejsze instynkty i żądze. Rodowe dziedzictwo oddane pijakowi. Pomimo nieudanych korporacyjnych decyzji i skłócenia z Martinem, które kładą się cieniem na całej produkcji, HBO nadal potrafi dowieźć porządne fantasy. 
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Sezonu 2 serialu Ród smoka
Tym razem do Westeros zawitała nie zima, ale zimna wojna. Skonfliktowany ród Targaryenów podzielił się na... czytaj więcej
Recenzja Ród smoka
"Ród Smoka" to "Gra o tron". "Ród Smoka" to nie "Gra o tron". "Ród Smoka" to "Gra o tron", bo to... czytaj więcej