Recenzja Sezonu 4

Wiedźmin (2019)
Alik Sakharov
Charlotte Brändström
Liam Hemsworth
Henry Cavill

Ziarno nie wykiełkowało, ale wybuchło płomieniem… czyli o chrzcie ognia słów kilka

OK. Rzadko udzielam się na forum, ale uznałem, że tym razem muszę – bo się uduszę. Przygodę z netflixowym „Wiedźminem”, odpuściłem po drugim sezonie. Nieporadne próby urozmaicenia politycznego
OK. Rzadko udzielam się na forum, ale uznałem, że tym razem muszę – bo się uduszę. Przygodę z netflixowym „Wiedźminem”, odpuściłem po drugim sezonie. Nieporadne próby urozmaicenia politycznego konfliktu, poprzez pogłębienie wiewiórczych losów Francesci Findabair i Filavandrela oraz bzdety z chatką na kurzej nodze byłem w stanie wybaczyć. Nie byłem w stanie wybaczyć „jamajskiej” Nenneke – która gdy tylko otwierała usta, z powodu komicznie nieprzystającego akcentu, w mojej świadomości przenosiła się prosto na plan „Predatora 2” [1990], w towarzystwie Króla Willie i wesołej gangsta-ferajny. Nie byłem w stanie wybaczyć (i tu na pewno nie jestem odosobniony) Enta-Eskela i całego Kaer Morhen. Tam gdzie można było poszczycić się realizatorską maestrią: filmowaniem w naturalnym oświetleniu, czy podkreśleniem konserwatywnej niezmienności wiedźmińskiego siedliszcza (np. poprzez użycie klasycznego steadicamu, podczas towarzyszenia Ciri w jej porannym joggingu na Mordowni), zafundowano „młodzieżową” wizję braterstwa – miody ściekające po brodach, równie soczyste i rubaszne „fucki” oraz obowiązkowe dupery do towarzystwa – niemal hollywoodzka wizja college-imprezy z czerwonymi kubeczkami.

Jak na złość, ten niefortunny wstęp okazał się proroczy, ponieważ twórcy – a zwłaszcza scenarzyści – udowodnili ostatecznie, że zupełnie „nie czują” tego uniwersum. Nagromadzenie wątków wprowadziło niepotrzebny chaos, a powodem jednego i drugiego stało się nie to, co nieśmiało przebijało wśród nieoficjalnych informacji z planu (czyli, jak mieli utrzymywać scenarzyści – że pierwowzór książkowy ASa jest „nudny”), ale to, że realizatorzy zwyczajnie „nie ogarniają”. Plain and simple. Rzadko zdarza się, żeby tak fantastycznie napisane powieściowe dialogi, pełne rubasznych podsumowań, celnych kontr i  zawoalowanych gróźb – zaadaptować tak nieumiejętnie, w sposób tak pozbawiony charakteru i „pazura”. Niestety, kriejtorzy z Netflixa – to tylko Wasza wina. Waszej niedostateczności twórczej i inercji organizacyjnej. Braku struktury i szacunku dla opowieści, czego dowodem żenujące próby ratowania show realizatorskimi sztuczkami dla podlotków: bezzasadnym slow-motion i chaotycznej choreografii w scenach akcji, tanio wyglądającym CGI, uczynieniem z Jaskra wreszcie – z tytułu zawodowej proweniencji, winnego być skarbnikiem wiedzy i autorem inteligentnych kąśliwości – debilnego sidekicka, niepotrafiącego rozpoznać kuchennych ziół i przypraw (!). Scenarzyści z CD Projekt Red jakoś dali radę…

Ale do sedna… Po wyśmianiu pierwszych zdjęć Liama Hemswortha w pełnej charakteryzacji, przywodzącej skojarzenia z parodiami Friedberga i Seltzera, dowiedziałem się o angażu trzech zdolnych i lubianych przeze mnie aktorów, mających okazję ożywić nieco mięcha w tym zgniłym trupie. Nazwiska Laurence Fishburne’a, Sharlto Copley’a i James Purefoy’a skutecznie uczyniły ze mnie hipo-krytyka, bo pełne powagi i wypowiedziane nieznoszącym sprzeciwu tonem stwierdzenie „już nigdy do tego barachła nie powrócę!” –  szybciuteńko znalazło się w koszu.

Koniec końców nadrobiłem nieszczęsny sezon trzeci, co okazało się doświadczeniem traumatycznym. Trzeba mieć talent, żeby show fantasy za kilkaset milionów „zielonych”, jakością produkcji zbliżyć do pociesznych przygód wojowniczej Xeny i perypetii Sindbada z lat 90. Czarę goryczy przelał bankiet na Thanedd. Wystarczyło zaadaptować wprost kilkadziesiąt stron powieści, albo w – przynajmniej biologicznym odruchu szacunku dla fanów – należyty sposób przenieść na ekran dialog Geralta z Dijkstrą (i zapobiec tak całkowitemu zmarnowaniu potencjału Grahama McTavisha). Ale nieeeee! Zamiast tego dostaliśmy kabarecik wzajemnej animozji uczestników (jeszcze niedoszłego) przewrotu, bieganinę rodem z Benny Hilla i CGI tak złej jakości, że efekty czarów bojowych – w najlepszym wypadku przywodzące na myśl rzucanie mglakami, a w najgorszym ilustrację problemów gastrycznych smutnych i zgaszonych błędnych ogników – do dzisiaj śnią mi się po nocach. Spieprzono to tak koncertowo, że pustynny epilog Ciri i „brokiloński” Geralta praktycznie przespałem.
I oto wreszcie nadszedł dla mnie czas na doświadczenie serii 4. I jakież jest moje zdziwienie, że definicją słowa „zadowolenie” mogę opisać nie tylko czas spędzony z Leo Bonhartem, Regisem i Stefanem Skellenem, ale z całym sezonem!

Przede wszystkim - Netflix wymienił scenarzystów. Ten fakt widoczny jest już w pierwszym odcinku. Przewidywane biadolenie serialowej inkarnacji Geralta nt. tego, jak to świat go wyobcował, a Vilgefortz sprał na kwaśne jabłko, nie ma miejsca. Zdaję sobie sprawę, że w książkowym „Chrzcie ognia”, najmocniej przebija parafraza gatunku heroic fantasy – ze wszystkich części sagi, tom trzeci jest najbardziej „awanturniczy”. Jednak miło wreszcie widzieć, że akcja należycie się zawiązuje, a poboczne „questy” fabuły są w większości zręcznie wplecione w poszukiwanie Dziecka Starszej Krwi. Wątek samej Ciri i Szczurów, posiada podobną ciężkość jak czarodziejek w Montecalvo oraz wędrówki Geralta i jego kompanów. Co najważniejsze – wszystkie z nich są na tyle interesujące, że przeskakiwanie z jednej płaszczyzny narracyjnej do drugiej, nie powodowało u mnie „wywracania oczami”. Nawet – z pozoru bezsensowne – rozbijanie się Ciri i jej „szkodników” pozwala wybrzmieć koniecznym emocjom, a w kontekście krwawego finału –  niszczy poczucie bezpieczeństwa młodej wiedźminki, a i zapewne wyposaży ją w znane z książek traumy. Czy Netflixowi wystarczy czasu przewidzianego na – ostatni przecież – sezon 5, żeby pozwolić bohaterce wszystko wiarygodnie przepracować?... No, to już pole do popisu dla scenarzystów.

Dość powiedzieć, że skondensowanie wątków zdecydowanie poprawiło odbiór serialu, nie mówiąc już o tym, że w tej całej plątaninie bohaterów i zdarzeń nie traci się z oczu protagonistów. I tutaj rzecz, wydawałoby się, niebywała:
Liam Hemsworth jest lepszym Geraltem niż „Henryk”. Odrzucam tutaj czysto subiektywne odczucia nt. tego, czyj wygląd lepiej predestynuje do wcielenia się w rolę Białego Wilka (W tym kontekście, nigdy nie rozumiałem zachwytów nad Cavillem – moim zdaniem, jeśli brać pod uwagę fizjonomię i budowę, obaj panowie „nie pasują”: są napakowani jak ludzka tkanka egzoszkieletu T800, a wydatne „amerykańskie” szczęki nasuwają skojarzenia z teksańskimi rangerami, a nie wychowankami mistrza Vesemira). Aktorsko – i doprawdy nie wierzę, że to piszę – Hemsworth wykonał lepszą robotę. Operując oszczędnymi gestami, udało mu się uchwycić skomplikowaną naturę Geralta. Dzięki subtelnemu odgrywaniu emocji, aktor poradził sobie z przemianą zgorzknienia w determinację, a przekucie społecznego wycofania w szczerą troskę o innych – uczynił całkiem wiarygodnym.
W przypadku oczekiwań, dotyczących największych gwiazd aktorskich – tutaj nie ma się do czego przyczepić. Stefan Skellen w wykonaniu Purefoy’a to antyteza Marka Antoniusza z „Rzymu”: dyplomata, spiskowiec, pełnoprawny członek cesarskiego dworu, chłodno kalkulujący i charyzmatyczny. Regis w interpretacji Fishburne’a jest dokładnie taki, jak mogły oczekiwać osoby, znające literacką sagę. Posiadający ogromną wiedzę i mądrość, ale nie przemądrzały. Pozornie flegmatyczny, bo przyzwyczajony do ludzkich przywar podczas stuleci egzystencji, ale spieszący z radą i ratunkiem wszędzie tam, gdzie zachodzi potrzeba. Bardzo fajnie wyszły ujęcia, w których szczera radość na twarzy postaci koresponduje z lekkim zażenowaniem – np. w przypadku rubasznych popisów Zoltana i Percivala. Jego rosnące przywiązanie do towarzyszy podróży, przekracza w pewnym momencie próg zainteresowania zielarza i naukowca – i to Fishburne również doskonale oddaje. Kolejny dowód na to, że polityczna poprawność daje się przełknąć, jeśli stoi za nią talent i dbałość o dzieło, a nie ideowość (chociaż nie zmienię zdania o tym, że czarnoskórzy aktorzy, odziani w kolcze koszule i kapaliny, wyglądają wprost przekomicznie. I pasują tutaj jak pięść do nosa).

Bez owijania w bawełnę: najmocniej błyszczy Sharlto Copley. Za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie – a robi to raptem 4-5 razy – kradnie scenę dla siebie. Jego Bonhart jest dokładnie taki, jak to sobie wyobrażałem: zimny, sadystyczny, po trupach dążący do celu. Przydano tej postaci w serialu nieco komicznej brawury, ale moim zdaniem z niczym nie przeszarżowano. Aktor świetnie podkreśla pewność siebie zabójcy, np. kiedy w sytuacjach wymagających maksymalnego skupienia, pozwala mu z nonszalanckim spokojem spałaszować jajko na twardo, albo rozciągnąć ramię przed pojedynkiem. Obrazu dopełnia staranna charakteryzacja, pozornie wychudzonego i cherlawego Leo przeistaczając w stworzenie pokroju żmii bądź wodnego drapieżnika, błyskawicznie zadającego cios swojej ofierze. I niezależnie od tego, czy akurat szydzi, czy grozi; czy tylko się naigrywa, czy właśnie sięga po miecz – Bonhart jest niezmiennie przerażający i fascynujący.
A propos miecza… Znacznej poprawie uległa jakość pojedynków. Zrezygnowano z idiotycznych cyfrowych zbliżeń i detali, zminimalizowano również wnerwiające slo-mo. Efekciarskie ujęcia filmowane z drona, zniknęły na rzecz intymnego uczestnictwa w chaosie walki i śmierci. Pomimo tego, że krew i deformacje ciał to wciąż zasługa CGI, a nie squibów i prostetyki, mordowaniu zwrócono należytą grozę, ciosom oddano ciężkość, a samej wojnie oczywistą powagę. Zresztą, widać to już w pierwszym odcinku, kiedy to Geralt, bezlitośnie rozprawia się w gospodarstwie z maruderami. Komu ta scena nie przypadnie do gustu – cóż… za ten aspekt realizacji już produkcji Netflixa raczej nie pokocha.

Wady? Owszem, są – i jest ich wcale sporo. Dalej denerwują skróty narracyjne i nielogiczności. Niby Vilgefortz kontroluje portale na kontynencie, a po upadku Tol Lara Chaos wymyka się spod kontroli, jednak nie przeszkadza to „skakaniu” Yennefer po jego ziemiach, niczym w PC-towym „erpegu” z systemem szybkiej podróży. Uśmiech politowania dotyczy zwłaszcza „wizyty” w Nilfgaardzie – zwłaszcza w konfrontacji z książkowym faktem, jak krótko Emhyr trzymał w swej stolicy magów. Dwimeryt, dwór cesarski, siatka szpiegów, magiczne blokady, pitu-pitu… Tymczasem Yenn wchodzi w kłąb dymu i już jest u celu. Słabo wyszło.
Bardzo niezadowalający jest też wątek Vesemira i towarzyszących mu wiedźminów. Żeby tylko dotyczył wsparcia w boju, ale sceny z nauką szermierki, a także domknięcie losów niektórych z postaci, przypominały kiepski żart. Dalej nie przekonują mnie te magiczne pociski, kojarzące się z wyrzucanymi chmurami gazów jelitowych, ale przynajmniej dodano im jakiś ciężar. W przypadku skupienia większych sił Chaosu wyszło już nieźle – czary mają należytą wagę: niewykwalifikowanym czarodziejom potrafią wyssać siły życiowe, a amatorzy dosłownie spalają się (ha ha), próbując okiełznać zbyt wielką moc. Widać tu i budżet, i sprawniejszą niż dotychczas reżyserię – jednak szału w tych scenach wciąż nie ma.

W tym miejscu dochodzę też do największej wady netflixowego „Wiedźmina”. Mianowicie do postaci kobiet. Sapkowski stworzył całą masę świetnych i interesujących przedstawicielek płci pięknej, tymczasem twórcy serialu nie zaadaptowali należycie żadnej z głównych postaci kobiecych. Żadnej. Najgorzej – i tu się nic nie zmieniło – wypadają czarodziejki. W książkach wygadane, bezczelne, sarkastyczne, roztaczające aurę niedostępności i diablo inteligentne – tutaj sprowadzają się do roli naburmuszonych uczestniczek balu dla przedstawicieli socjety. W ogóle nie ma się wrażenia, że te kobiety potrafią zabić jednym słowem, kogucią rozpaloną męskość zgasić celnym komentarzem, a swoje rady rezerwują jedynie dla najpotężniejszych. W wielu momentach miałem wręcz wrażenie, że oglądam jakiś spin-off „Bridgertonów” z różdżkami. Jak na ironię zakrawa fakt, że Netflix (hołdujący przecież liberalnym wartościom) w sytuacji, w której z żeńskiej konfraterni mógł uczynić tubę feministycznych haseł, kobiecej pewności siebie i ogólnej panoramy wiarygodnych charakterów, tak koncertowo pokpił sprawę. Co najzabawniejsze – w tym przypadku wystarczyło po prostu trzymać się literackiego pierwowzoru. Tymczasem czarodziejki z Aretuzy to chwiejne lilie z wiecznie załzawionymi oczami, których upadek trzymają w ryzach ciasne gorsety.

Niesprawiedliwym będzie, jeśli napiszę, że nie widać tu absolutnie żadnej poprawy. Zdecydowanie lepiej niż w poprzednich sezonach, wypada postać Yennefer. Anya Chalotra ewoluowała aktorsko, a z racji tego, że jej bohaterka wyzbyła się większości niegdysiejszych rozterek, potrafi ukazać nieco złośliwości i przekory. Wciąż pozostaję jednak nieprzekonany, co do tej konkretnej decyzji castingowej. Coś jest nie tak, kiedy patrząc swobodnie na jedną z najpotężniejszych żyjących czarodziejek, prędzej myśli się o zaproszeniu jej na występ Essi Daven, przy garnuszku miodu i pieczonych ślimakach, zamiast o tym, czy odpowiednio wcześniej uda się spuścić wzrok i zejść jej z drogi. Co do pozostałych, znaczących i lubianych dam magii, takich jak Filippa Eilhart i Triss Merigold, można powiedzieć… cóż, że są. Postać Fringilli Vigo w interpretacji Mimî M. Khayisa, litościwie pominę milczeniem.

Pochwała należy się za to Frances Pooley. Jej cesarska mość księżniczka-pozorantka, łączy cechy umęczonego umysłu, będącego u granic wytrzymałości, z zadziwiającą wolą przetrwania. Niczym zaszczute zwierzę, kuli się w desperacji, ale przyparta do muru, potrafi odwarknąć. Solidnie wypadła też Meng’er Zhang w roli Milvy. Jest wojownicza, czasem zadziorna, częściej przekorna, a przede wszystkim – daje się lubić. Niemniej, biorąc pod uwagę, jak mocnym i wyrazistym charakterem była u Sapkowskiego ta dziewoja z łukiem, mały niedosyt pozostaje. Szkoda.     

I taki jest ten „czwarty” Wiedźmin. Czy całkiem świadomie, czy też nie, adaptacja „Chrztu ognia” (biorąc pod uwagę wcześniejsze sezony - adaptacja nadzwyczaj wierna!), staje się tutaj metaforą odrodzenia z popiołów. Nie wiem, czy twórcom faktycznie przyświecała taka idea, ale jest to na poły kontynuacja, na poły reboot serii. Reboot nie pozbawiony wad (wciąż bardzo poważnych), ale taki, który nie wywołuje już uśmiechu politowania, i który całkiem przyjemnie się ogląda.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do oglądania. Niezależnie od poprawy jakości – na ekspiację uniwersum w tej postaci (uniwersum traktowanego przez wielu z religijnym namaszczeniem), jest zwyczajnie za późno. Uważam jednak, że warto podejść do czwartego sezonu „Wiedźmina” ze spokojem i otwartą głową. Bardzo prawdopodobne, że nic Wam się tu nie spodoba. Równie prawdopodobne, że docenicie jedynie sceny z Leo Bonhartem. Możliwe również, że uśmiejecie się do rozpuku i potraktujecie seans jako przedstawiciele loży szyderców. Jednak i ja zaliczam się do tej ostatniej grupy, kiedy mowa o dokonaniach Netflixa na polu wiedźmińskich realizacji – a mimo to uważam, że ostatni sezon przygód o Rzeźniku z Blaviken, jest najlepszym z dotychczasowych. Jeśli twórcy utrzymają ten poziom warsztatu w kolejnym, ostatnim planowanym sezonie – na wspomnienie o całości produkcji będę mógł powiedzieć, że jest… średnia. Ale biorąc pod uwagę sezony drugi i trzeci – które uważam, za książkowy wręcz, przykład spartolenia literackiej adaptacji – to i tak sporo.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Wiedźmin
Na "Wiedźmina" od Netflixa czekałem z dużą niecierpliwością. Trailery i filmy z wyborów obsady tylko... czytaj więcej
Recenzja Wiedźmin
Serial, na który czekałem tak długo, którego każdy trailer oglądałem po kilkanaście razy. Serial, dla... czytaj więcej
Recenzja Wiedźmin
Zacznę od tego, że nigdy nie byłem fanem sagi (bądź cyklu, jak to twierdzi autor - Andrzej Sapkowski) o... czytaj więcej