Na SOR-ze tylko znachor pomoże

Zwykle "Znieczulenie" sprawnie ucieka przed schematami seriali medycznych, pozwalając nawet zastanowić się, czy faktycznie nim jest. Bo tutaj szpital to raczej scenografia dla opowieści
"Znieczulenie" – recenzja. Na SOR-ze tylko znachor pomoże
źródło: materialy promocyjne
Abrakadabra, czary-mary, z SOR-u wyjdziesz zdrów i cały. Leszek Lichota zamienił co prawda znachorską koszulę i wędrowny kostur na kitel, lecz magii mu to nie odjęło, przeciwnie, nadal ma ręce, które leczą. Ale też, kiedy głowa gorąca, zaklęte palce granego przezeń genialnego neurochirurga potrafią zamknąć się w pięść. Temperament i niewyparzona gęba wreszcie sprowadzają na Dawida Łazarza wygnanie, bo po trudnej, niefortunnej operacji i kłótni z dyrektorem szpitala, który dyskusję kończy ze śliwą pod okiem, lekarz zostaje wyrzucony ze stołecznej kliniki. Rozzłoszczony, gnając przed siebie, do domu gdzieś pod Suwałkami, który pobudował niegdyś dla żony i syna, kiedy jeszcze wierzyli, że się uda, Łazarz natyka się na tragiczny w skutkach wypadek kolejowy. Ocierając pot z czoła, ratuje, kogo się da, nie bacząc na poparzone ręce i potłuczone golenie. Tym zaskarbia sobie sympatię miejscowych i, niemalże okrzyknięty cudotwórcą, znajduje zatrudnienie w tamtejszym szpitalu. Poukładało się. Tyle że nie.


Bo Łazarzowi nie szczędzi się tu zmartwień, co i rusz przydarzają mu się kolejne kłopoty; ledwo wykaraska się z jednej kabały, a tuż za rogiem czekają następne tarapaty. Takie prawidła serialu dramatycznego, a jakże. Już w pierwszym odcinku "Znieczulenia" pan doktor zakasuje rękawy i po nocy dokonuje polowej trepanacji zwykłą wiertarką. Karkołomne tempo akcji i niemalże karykaturalne nagromadzenie rozmaitych – nie tylko medycznych – atrakcji w tych początkowych kilkudziesięciu minutach wywołuje bezwarunkowy odruch sięgnięcia po pilota. Im dalej, tym jednak lepiej, uniesiona z niedowierzania brew nieco opada – ale powieki, na szczęście, już nie.

Serial w reżyserii Łukasza Ostalskiego, choć zaczyna się niepotrzebnie sensacyjnie, już do samego końca chwyta za ogon stado srok i chwilami bywa aż niewiarygodnie nierówny scenariuszowo, potrafi przytrzymać przed ekranem. Obecny jest tu bowiem ten stosunkowo rzadki, nienamacalny i nieuchwytny pierwiastek obyczajowej rozrywkowości, polegającej na ciągłym zderzaniu sytuacji prozaicznych z wydumanymi. Bliżej Łazarzowi do Hioba, ale takiego bez krzty pokory, który na kolejne upokorzenia reaguje buntem. Dzięki Lichocie nawet tak przerysowana postać nie traci wewnętrznej wiarygodności, przez co śledzenie kolejnych jego nieszczęść daje coś na kształt perwersyjnej frajdy. Zostajemy wciągnięci w kibicowanie.


Choć "Znieczulenie" korzysta ze sprawdzonej formuły fabularnej i gotowych szablonów charakterologicznych, począwszy od zazdrosnego ordynatora, przez atrakcyjną psychiatrkę, na upartym prokuratorze kończąc, robi z nich dobry użytek. A jednocześnie staje na głowie, aby jedynie prześlizgiwać się po tematach ważnych i ważniejszych, którymi są chociażby lekarska odpowiedzialność czy systemowe niewydolności. Serial właściwie nie rości sobie jednak pretensji do szerszych analiz, skupiając się prawie wyłącznie na historii indywidualnej. Slalom ten zresztą całkiem nieźle "Znieczuleniu" wychodzi. Przede wszystkim dzięki rzeczonemu Lichocie, który gra na ciągłym nerwie, powłócząc kasandrycznym spojrzeniem. Łazarz to typ nieprzyjemny, może nawet i egotyczny, ale trudno odmówić mu racji: faktycznie mało kto za nim nadąża. A przy tym to facet połamany emocjonalnie, z jednej strony potrafiący z zawiązanymi oczyma wykonać operację na otwartym mózgu, z drugiej kompletny społeczny analfabeta, mający trudności z odczytaniem drugiego człowieka.


Zwykle "Znieczulenie" sprawnie ucieka przed schematami seriali medycznych, pozwalając nawet zastanowić się, czy faktycznie nim jest. Bo tutaj szpital to raczej scenografia dla opowieści ogólnoludzkiej, koncentrującej się na człowieku raz walczącym o odzyskanie dawnego życia, raz patrzącym już ku nowemu. Żadna to nowa jakość – bynajmniej. Zbytnia zachowawczość, nawet mimo odpalanych co jakiś czas sztucznych ogni, nie pozwala omawianemu serialowi wybić się do poziomu produkcji premium. Jest to jednak porządna serialowa robota, trochę staroszkolna z uwagi na zastąpienie artystycznej ambicji przyzwoitym rzemieślnictwem. I to jest w porządku.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?