Nie minęło dużo czasu od momentu wielkiego rozczarowania na skalę globalną, które dotknęło wszystkich fanów "Pieśni Lodu i Ognia", a także tych, których wcześniejsze sezony "Gry o tron" potrafiły nieraz zachwycić – rozczarowania, które przyszło pod postacią ostatniego z nich, kończącego serię i wątki poszczególnych bohaterów… aż na otarcie łez dostaliśmy serialowy spin-off z tego uniwersum, który przez wielu został okrzyknięty mianem godnego następcy. Za "Ród smoka" – bo o tym serialu oczywiście mowa – wzięli się Miguel Sapochnik oraz Ryan J. Condal pod przewodnictwem George'a R.R. Martina. Po ciepło przyjętym pierwszym sezonie niestety ten pierwszy zrezygnował z funkcji showrunnera, co (jak wiele osób twierdzi) przełożyło się na jakość serialu w negatywny sposób. Drugi sezon pozostawiał bowiem wiele do życzenia. Twórcy pogubili się w tej historii – sezon został sztucznie wypełniony tzw. fillerami, czyli sytuacjami, które nie wnoszą nic do opowiadanej fabuły, a mają "rozciągnąć" czas ekranowy, gdy nie ma na niego pomysłu. Ponadto, gdy padła odgórna decyzja, aby skrócić sezon do ośmiu odcinków, postanowiono przenieść dwa finałowe epizody na początek kolejnego, zostawiając przy tym większość "zapychaczy". Teraz po dwuletniej przerwie, w końcu doczekaliśmy się nowej porcji odcinków, w których twórcy musieli udowodnić, że warto dalej śledzić tę historię. Zapowiedziano dwie główne rzeczy: 1. Wreszcie dostaniemy zaległy finał, 2. Wreszcie zobaczymy (jak to nazwali) "wojnę absolutną". Czy zatem podołali trudnemu zadaniu, które sami na siebie nałożyli? Czy udało się przekonać ludzi, aby z chęcią czekali na finałową partię szachów (4. sezon)? Jak najnowszy sezon wypada na tle "Rycerza Siedmiu Królestw"? Czy Martin skończy kiedyś pisać "Wichry zimy"? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w moim subiektywnym podsumowaniu tegorocznych epizodów.
więcej