Recenzja Sezonu 3

Ród smoka (2022)
Miguel Sapochnik
Clare Kilner
Paddy Considine
Emma D'Arcy

Gdzie jest Vhagar?

Nie minęło dużo czasu od momentu wielkiego rozczarowania na skalę globalną, które dotknęło wszystkich fanów "Pieśni Lodu i Ognia", a także tych, których wcześniejsze sezony "Gry o tron" potrafiły
Nie minęło dużo czasu od momentu wielkiego rozczarowania na skalę globalną, które dotknęło wszystkich fanów "Pieśni Lodu i Ognia", a także tych, których wcześniejsze sezony "Gry o tron" potrafiły nieraz zachwycić – rozczarowania, które przyszło pod postacią ostatniego z nich, kończącego serię i wątki poszczególnych bohaterów… aż na otarcie łez dostaliśmy serialowy spin-off z tego uniwersum, który przez wielu został okrzyknięty mianem godnego następcy.

‎Za "Ród smoka" – bo o tym serialu oczywiście mowa – wzięli się Miguel Sapochnik oraz Ryan J. Condal pod przewodnictwem George'a R.R. Martina. Po ciepło przyjętym pierwszym sezonie niestety ten pierwszy zrezygnował z funkcji showrunnera, co (jak wiele osób twierdzi) przełożyło się na jakość serialu w negatywny sposób. Drugi sezon pozostawiał bowiem wiele do życzenia. Twórcy pogubili się w tej historii – sezon został sztucznie wypełniony tzw. fillerami, czyli sytuacjami, które nie wnoszą nic do opowiadanej fabuły, a mają "rozciągnąć" czas ekranowy, gdy nie ma na niego pomysłu. Ponadto, gdy padła odgórna decyzja, aby skrócić sezon do ośmiu odcinków, postanowiono przenieść dwa finałowe epizody na początek kolejnego, zostawiając przy tym większość "zapychaczy". 

‎Teraz po dwuletniej przerwie, w końcu doczekaliśmy się nowej porcji odcinków, w których twórcy musieli udowodnić, że warto dalej śledzić tę historię.

‎Zapowiedziano dwie główne rzeczy:
1. ‎Wreszcie dostaniemy zaległy finał,
2. ‎Wreszcie zobaczymy (jak to nazwali) "wojnę absolutną".

‎Czy zatem podołali trudnemu zadaniu, które sami na siebie nałożyli? Czy udało się przekonać ludzi, aby z chęcią czekali na finałową partię szachów (4. sezon)? Jak najnowszy sezon wypada na tle "Rycerza Siedmiu Królestw"? Czy George R.R. MartinMartin skończy kiedyś pisać "Wichry zimy"?

‎Na te pytania postaram się odpowiedzieć w moim subiektywnym podsumowaniu tegorocznych epizodów.
Zacznę od rzeczy najlepszej i najbardziej oczywistej – serial wygląda świetnie. Od strony artystycznej jest to najwyższa półka. "Gra o tron" już od początku przyzwyczaiła nas do tego poziomu i wyznaczyła standard, za którym musi podążać dalej to uniwersum. Wychodzi to w tym serialu rewelacyjnie, a także w tegorocznym "Rycerzu Siedmiu Królestw", który jest dużo bardziej kameralną opowieścią, niemniej jednak pokazuje, że da się zrobić produkcję za niewielkie pieniądze, która wygląda lepiej niż niejeden film kinowy.

‎Scenografia – nieważne, w jakiej lokacji się znajdujemy, twórcy zawsze przykładają się do wszelakich detali otoczenia. 

‎Można to ujrzeć w materiałach dodatkowych, gdzie widzimy, ile pracy zostało włożone, aby zbudować chociażby wielki plan zdjęciowy Królewskiej Przystani czy Tumbleton – handlowego miasta, które widzimy po raz pierwszy w całym uniwersum, charakteryzującego się własną architekturą, własnym stylem "życia"… nie inaczej bywa gdy przenosimy się do komnat, sal czy gdy obserwujemy przepiękne krajobrazy, zamki, budowle… a także kiedy patrzymy na rozmaite rekwizyty przygotowane na potrzeby serialu. Tak właśnie powinna wyglądać każda produkcja fantasy, powstawać z taką dbałością do szczegółów – jak kukła lwa w pierwszym odcinku tego sezonu, którą widzimy przez kilka sekund na polu bitwy. Tak się buduje wiarygodny świat przedstawiany na ekranie.

‎Kostiumy – "Gra o tron" niejednokrotnie udowadniała, jak dobrze mogą wyglądać kostiumy i charakteryzacja w takowych produkcjach. Świetnie można było zobaczyć to we wspominanym już przeze mnie "Rycerzu Siedmiu Królestw" – pamiętna sekwencja z "próbą siedmiu", w której brali udział członkowie wielkich rodów, każdy w wybornie zaprojektowanej zbroi nawiązującej właśnie do poszczególnych rodów Westeros. W "Rodzie smoka" już od pierwszego sezonu przykłada się do tego nie mniejszą uwagę. Wszystkie stroje dla rycerzy, królów, książąt i księżniczek, maesterów, ludzi wiary czy prostaczków wyglądają bardzo dobrze i wiarygodnie jak na "epokę" przedstawioną w tym świecie.

‎Efekty specjalne – rzecz, która najbardziej ze wszystkich wydłuża okres postprodukcji, i tak już zajmujący lwią część prac nad serialem. No cóż… jeżeli mamy trochę większe oczekiwania niż kultowa scena ze smokiem z polskiego "Wiedźmina", trzeba poczekać. Za to efekt końcowy jest niesamowity. Przypominam, że dużo filmów obecnie wychodzi w większych odstępach czasu – np. "Diuna" – a tutaj mamy ośmiogodzinny sezon. Oczywiście wiem, że wspomniany film to ogromne widowisko, ale w "Rodzie smoka" również mamy duże bitwy, starcia czy wspomniane efekty komputerowe dorównujące Hollywoodzkim blockbusterom. Wystarczy spojrzeć na ostatni odcinek, w którym obserwujemy dużą sekwencję bitewną, co wymaga ogromu pracy – zbudować scenografię, zebrać masę statystów, rozmieścić ich na odpowiednich stanowiskach, wrzucić w to smoki w CGI, zadbać o wszystkie aspekty pirotechniczne, zrobić wybuchy na planie, uwzględnić pracę kaskaderów (w tym sezonie pobito rekord w liczbie podpalonych kaskaderów jednocześnie w całym uniwersum "Gry o tron")… masa pracy, a to tylko jeden odcinek.

‎Spotkałem się też z wieloma głosami krytyki, iż CGI wygląda źle, że cofnęli się w rozwoju z tą technologią. Jestem ciekaw, czego oczekują ludzie piszący to.

‎Przypomina mi się sytuacja z finału pierwszego sezonu "The Last of Us", gdzie niektórzy krzyczeli w internecie na słabą jakość CGI żyrafy… dopóki nie udostępniono zdjęć z planu z prawdziwą żyrafą.

‎Reżyseria – wspomnę jeszcze pokrótce o tym. Generalnie jest na wysokim poziomie, mamy dużo ładnych i ciekawie wykonanych ujęć, które często współgrają ze świetnie skomponowaną muzyką. Dobrze też wypada odcinek 3., który obserwujemy z perspektywy jednej osoby, gdzie ekipa filmowa musiała znaleźć nowe sposoby kręcenia na znanych już wcześniej planach. Sam odcinek również jest jednym z najlepszych i cieszy mnie to, że w tym uniwersum można jeszcze opowiedzieć historię z innego punktu widzenia w ciekawy sposób.


Kilka słów o konstrukcji sezonu:
‎Nie jest najlepiej w tej materii. 

‎Pierwsze dwa odcinki to finał sezonu drugiego, 3. i 4. to podbudowa na nowy (sześcioodcinkowy) sezon.
‎Tutaj muszę przyznać, że ta pierwsza połowa jest dużo lepsza niż druga. Przede wszystkim dostajemy zaległy finał, a więc sporo ważnych wydarzeń. 

‎Odcinek 3., jako zmiana formy opowiadania historii, gdzie koncentrujemy się na jednej postaci, również wypadł bardzo dobrze – nieustanny (kontrolowany) chaos, nawarstwianie się problemów z minuty na minutę… a przecież kręcimy się po prostu w komnatach. Świetny odcinek prowadzony dialogiem, do tego stopnia, iż możemy wczuć się w sytuację i przeżywać ją razem z główną bohaterką.

‎Odcinek 4. – ostatni tak dobry w tym sezonie (nie licząc finału, ale do tego przejdziemy). Ten epizod skupia się na ustanowieniu elementów pod dalszą historię. Poznajemy głębiej nowych bohaterów, dostajemy ciekawe wątki… wiem, że wielu osobom nie przypadł on do gustu, ale mi się bardzo podobał jako ten budujący postacie i ustawiający pionki na szachownicy.

‎Druga połowa to spadek jakości.

‎Twórcy wymyślili sobie, że chcą bitwę w finale, więc trzeba było czymś wypełnić czas ekranowy we wcześniejszych epizodach.

‎Odcinek 5. najbardziej przypomina to, co najgorsze w 2. sezonie – jest nieciekawy, postacie albo stoją w miejscu, albo kręcą się bez celu. Jest może jeden interesujący wątek, ale poza tym, gdybyśmy pominęli większość scen, nic byśmy nie stracili.

‎Odcinek 6. – w miarę dobry. W przeciwieństwie do poprzedniego posuwa niektóre wątki do przodu. Nie jest najlepszy, ale dobrze się go ogląda.

‎Odcinek 7. – dużo fajnych rzeczy i dużo głupot. Chyba najbardziej nierówny ze wszystkich. Ciężko go ocenić jako całość, ale jakbym musiał, powiedziałbym że jest najzwyczajniej poprawny.

‎Przechodząc do finału – prawdopodobnie najlepszy odcinek sezonu, jak nie całego serialu… i mówię to w pełni na poważnie. Gdzie zatem jest haczyk?… Otóż to nie jest finał! To jest przedostatni odcinek sezonu w "Grze o tron", a tydzień później dostajemy prawdziwy finał, który ładnie podsumuje nam sezon i ustanowi punkt wyjścia na następny.

‎Tego zabrakło w 3. sezonie "Rodu smoka".

‎Gdyby Ryan Condal był lepszym showrunnerem, wyciąłby te nic nie wnoszące sceny, a lepiej rozmieścił te ważne. Bitwa byłaby w przedostatnim odcinku i starczyłoby czasu, aby godnie zakończyć sezon.

‎Niestety pozostaje lekki niedosyt. Nie aż taki jak w przypadku sezonu 2., ale jednak.


Wszystkie aspekty techniczne i realizacyjne, o których pisałem wcześniej, to jedno, ale równie ważny, o ile nie ważniejszy jest scenariusz. Dobry scenariusz to podstawa, a co za tym idzie – dobrze napisane postacie.
‎Z tym bywało różnie. Nie będę rozpisywać się o każdym bohaterze po kolei, ale poruszę temat kilku najważniejszych wątków.

‎Zacznę od tych dobrych:

‎— Droga Rhaenyry (Emma D'Arcy) w tym sezonie – widziałem mieszane opinie. Jednym sposób poprowadzenia tej postaci się podoba, inni twierdzą, iż zostało to zrobione zbyt szybko (lub zbyt późno), bez większej podbudowy i bez wyraźniejszych motywów.

‎Mnie się podoba to, co z nią zrobiono. Uważam pokazanie jej losów na przestrzeni tych kilku odcinków za dobre przedstawienie portretu psychologicznego głównej bohaterki. Szczególnie porównując to z pamiętną przemianą postaci Daenerys (Emilia Clarke) w ostatnim sezonie "Gry o tron". 

‎Czy dało się to zrobić lepiej? Na pewno, ale kupuję to, co twórcy starli się przedstawić.

‎— Problemy rodzicielskie Daemona (Matt Smith) – trochę nam go "wybielają" w tym serialu, w przeciwieństwie do książkowego pierwowzoru. Ale czy to źle? Rhaena (Phoebe Campbell), czyli jedna z jego córek, w tym sezonie wkupuje się w łaski dzikiej bestii zwanej Owcokradem zastępując książkową Nettles, z którą romansował Książę Łotrzyk.
‎To jedna z tych zmian względem oryginału, która wypada dobrze. Nie dość, że wycinamy jedną postać – a tych serial i tak ma zbyt dużo i nie starcza dla nich czasu (np. Jon Roxton (Joplin Sibtain), Roderick Dustin (Tommy Flanagan) czy Alysanne Blackwood (Annie Shapero), która ma dosyć waże zadanie w tym sezonie, a w ogóle nie dostała czasu, byśmy mogli ją lepiej poznać, przez co większość pewnie zapomniała o jej istnieniu) – to dostajemy dobrze zrobioną relację tych dwóch bohaterów.

‎— Faszystowskie zapędy Ormunda (James Norton) – w końcu zobaczyliśmy go na ekranie! Od początku był ciekawą, charyzmatyczną postacią… od początku wyglądał na poważnego gracza w tym świecie, który może sporo namieszać, który ma plany w planach, który potrafi przewidzieć ruchy innych. A do tego jest przekonany, iż to jego ród został wybrany, aby władać. Szkoda, że po 4. odcinku, w którym wypał rewelacyjnie, w kolejnych trzech w zasadzie kręci się w kółko. No dobra, ma parę fajnych scen, ale w dużej mierze niezbyt już pogłębia się jego postać. Na szczęście w finałowym epizodzie wraca na właściwe tory i znów robi się ciekawie. 

‎Dorzucę jeszcze fakt, że jest to chyba moja ulubiona kreacja aktorska w tym sezonie.

‎— Tułaczka Aegona (Tom Glynn-Carney) – od razu zaznaczam, że ubolewam nad tym, iż tak jak sporo postaci momentami kręci się bez celu, tak też jest w przypadku Aegona… Aczkolwiek tylko na chwilę. Bohater ten bowiem również przechodzi swego rodzaju przemianę. Podróżując z Larysem Strongiem (Matthew Needham), zwanym przeze mnie Larysem Krzywą Stopą, w końcu dorasta do bycia królem. Przypominam, że on wcześniej wcale nie chciał rządzić i został posadzony na tronie przez swoją matkę. Dostaje tutaj niejako lekcję życia i zderza się z prawdą, iż nie był dobrym władcą ani co gorsza – dobrym człowiekiem, co zostaje mu wypunktowane przez jego kompana.

‎— Smocze nasiona – widziałem dużo słów krytyki odnośnie Ulfa (Tom Bennett) i Hugh (Kieran Bew), jednak ja będę bronił tych wątków. 

‎Zaczynając od Hugh: spotkałem się z opiniami, jakoby twórcy zmarnowali potencjał, jaki w nim drzemie. Nie podzielam tego zdania. Wydaje mi się, że dobrze wykreowali jego charakter i wylali fundamenty pod finałowy sezon do tego stopnia, że jestem teraz skłonny rozmyślać jak ten człowiek jeszcze namiesza w przyszłości (patrząc na to, że jego charakter i motywacje zostały trochę zmienione względem książki).

‎Co do Ulfa – tutaj prędzej mogę zrozumieć zarzuty, ale mimo wszystko to, w jakim punkcie kończy ta postać, satysfakcjonuje mnie jako widza. Zgadzam się, że mogli zrobić lepszą podbudowę pod to, co się stanie, ale mogę na to przymknąć oko.


Były również wątki, które zawiodły:
‎— Nagrodę dla matki roku dostaje Alicent (Olivia Cooke). To jeden z tych przykładów zmieniania historii z książki, w przypadku których działa to na niekorzyść adaptacji. Do 6. odcinka jeszcze ten scenariusz akceptowałem, ale to, co zrobiono z tą postacią potem, jest po prostu głupie. Całe szczęście nie ma jej w finałowym odcinku (jest przez jakieś 10 sekund), przez co ten oceniam tak dobrze.

‎— Nagroda za najgorszy akcent trafia do Mysarii (Sonoya Mizuno) zwanej Mizerią. Co tu dużo mówić. Raczej możemy się zgodzić, że to była najbardziej irytująca postać. W dodatku w ogóle nie była do niczego potrzebna, bo praktycznie nic nie zrobiła przez cały sezon.

‎— Nagrodę za najbardziej zmarnowany potencjał otrzymuje Daeron (Benjamin Evan Ainsworth). Zapowiadał się dobrze, miał ciekawą (toksyczną) relację z Ormundem (James Norton), ale nic poza tym. Spośród bohaterów kręcących się bez celu Daeron najbardziej ucierpiał. W całej drugiej połowie sezonu ugrzązł w miejscu. Liczyłem na to, że w finale rozwinie skrzydła… tak się jednak nie stało.

‎— Fantazje Aemonda (Ewan Mitchell) – ten wątek jest średni. Podoba mi się jego punkt kulminacyjny w tym sezonie, ale to nie ratuje tego, co dzieje się z tym bohaterem wcześniej. Scenarzyści nie odrobili lekcji po 2. sezonie i znowu serwują nam historię z pod szyldu: wesołe przygody w Harrenhal. Z plusów – tutaj ma to jakiś wpływ na przemianę bohatera. Z minusów – dopiero w ostatnim odcinku… Reszta scen to albo niepotrzebne i niewiele wnoszące "wypełniacze", albo głupoty scenariuszowe. 
‎Jednym z motywów postaci Aemonda jest fantazjowanie o swojej matce w sposób, w jaki raczej nie powinno się fantazjować o własnych rodzicielach. Z pomocą przychodzi Alys Rivers (Gayle Rankin), która chce stworzyć nową dynastię z naszym cyklopem. W momencie, kiedy wszystkie próby zawodzą, sięga ona po broń ostateczną i wyjawia, że "dużo już w życiu widziała" (w dużym skrócie), a że Aemond ma słabość do starszych kobiet (przypominam, że jego smok też ma już ponad 100 lat na karku), w końcu wydaje się faktycznie zainteresowany propozycją. Do jego przemiany przyczynia się również rzecz jasna rozłąka z Vhagar. Jak pamiętamy z pierwszego sezonu, on sam był nikim, był wyśmiewany przez braci, aż znalazł smoka… największego smoka.

‎No i właśnie… Co się stało z Vhagar?

Poszukiwania Vhagar stały się jedną z ważniejszych misji pobocznych sezonu.

‎Jej zniknięcie spędza Rhaenyrze sen z powiek, daje Alys przestrzeń na prowadzenie szpitala psychiatrycznego dla Targaryenów i prowokuje Baelę (Bethany Antonia) do wejścia w trójkąt miłosny ze swoimi wujkami.

‎Wygląda na to, że smocza babcia zapadła się pod ziemię. No bo jak można wytłumaczyć fakt, że nigdzie nie zauważono przez tak długi czas smoka wielkości wieżowca?

‎Więc co tak naprawdę stało się z Vhagar?
‎Są trzy możliwości:
1. ‎Sojusznicy Rhaenyry ukrywają ją na Smoczej Skale, planując bunt przeciwko królowej po tym, jak ich potraktowała.
2. ‎Alys zarzuciła na nią wielką pelerynę-niewidkę.
3. ‎Była zajęta nagrywaniem scen do filmu o podbojach Aegona (najbardziej prawdopodobna opcja).

‎A tak na serio – twórcy zapewne ją wycięli, aby nie nadwyrężać budżetu. Momentami trochę widać takie zabiegi w tym serialu i nie mam z tym problemu, ale martwi mnie fakt, iż 4. sezon ma być ostatnim. W tym problem… trzeba będzie ukazać wiele rzeczy zawartych w książkach. Fajnie, że tutaj oszczędzili budżet na większe bitwy, ale w kolejnym sezonie będzie więcej takich bitew. Oczywiście część mogą wyciąć, jednak pewne wydarzenia muszą pokazać, by historia miał ręce i nogi. Do tego Condal zapowiedział, iż w finałowym sezonie zobaczymy również sceny z dotąd niepokazywanymi smokami (może w końcu fani doczekają się Kanibala na ekranie). 

Nie wiem nawet, w jaki sposób chcą to wszystko przedstawić w ośmiu odcinkach. Już właśnie ten fakt nie napawa optymizmem, choć jest tu światełko nadziei. Może to wyjść na plus, bo potencjalnie ograniczy sztuczne przeciąganie fabuły, jak to miało miejsce w tym, a przede wszystkim w poprzednim sezonie.

Większym problemem natomiast zdaje się być właśnie budżet. Cieszę się, że Condal ma już wszystko rozplanowane i wie, co chce zrobić, ale nie wiem, czy wie, za co chce to zrobić. No chyba że HBO sypnie trochę więcej złota na zakończenie jednego ze swoich flagowych seriali.


Zmierzając już ku końcowi, nie mogę nie wspomnieć jeszcze o absolutnie paskudnej rzeczy. 
‎Ilekroć czytam komentarze o "Rodzie smoka", masa z nich to – już nawet nie krytyka, ale swego rodzaju hejt wylewający się pod adresem Ryana Condala i scenarzystów, jak to notorycznie plują na święte księgi Martina. Nazywam to hejtem – może trochę przesadnie, ale do takich ludzi często nie da się dotrzeć, większość z nich nie jest skłonna podjąć się dyskusji o tym, dlaczego coś jest złe. Według nich, jeżeli cokolwiek z pierwowzoru zostało zmienione, należy to krytykować. Do tego stopnia, że pod różnymi postami nie czytam uwag o tym, że coś zmieniono na gorsze, tylko o tym, że w ogóle coś zmieniono.

‎Za każdym razem, gdy pojawiał się nowy odcinek, widziałem te same osoby krzyczące, że ten serial się skończył, że twórcy zniszczyli tę opowieść. Co gorsza, niektórzy nawet atakowali ludzi próbujących wejść z nimi w dialog.

‎Ja szanuję inwencję twórczą i to, że scenarzyści postanawiają czasem dołożyć coś od siebie – absolutnie nie twierdzę, że z automatu jest to złe.

Od razu zaznaczam – nie czytałem "Ognia i krwi". Bazuję na tym, co usłyszałem w internecie (również od osób mocno siedzących w tym uniwersum).

‎W mojej opinii niektóre zmiany wyszły jak najbardziej na plus. Choćby wieńcząca sezon bitwa pod Tumbleton – wydała mi się dużo ciekawsza i sensowniej poprowadzona niż w książce.

‎Rzecz jasna są też zmiany, które wypadają gorzej, jak wspomniany wątek Alicent (Olivia Cooke).

‎Warto pamiętać, że książka Martina jest kronikarskim opisem owych wydarzeń, bez dialogów i pogłębionej psychologii postaci. To zmusza twórców do napisania bohaterów praktycznie od podstaw, bo inaczej lud narzekałby, że ci podejmują nieracjonalne decyzje, a przemiany jakie przechodzą nie mają sensu.

‎Pod żadnym pozorem nie twierdzę, że Condal jest niewiadomo jak dobrym showrunnerem, ale nie uważam też, że jego wizja to zbezczeszczenie tego, co stworzył Martin… Nie twierdzę również, że to jest nieoglądalne jako adaptacja – szczególnie że tak jak powiedziałem, miał pod tym względem utrudnione zadanie.

‎Podsumowując: jest to sezon niewątpliwie lepszy od poprzedniego. 

‎Ciężko mi go porównać do 1. sezonu, bo ten był zgoła inny – pełen przeskoków czasowych, które były konieczne do zbudowania fundamentów pod dalszą historię. W skali punktowej oceniam te sezony podobnie, czyli po prostu jako dobre. Tutaj jestem chyba w mniejszości, bo ludziom premierowa seria bardzo się podobała – i to najbardziej ze wszystkich. Dla mnie była po prostu dobra. Nie jestem fanem tych wspomnianych skoków w czasie, które nieraz wybijały mnie z rytmu śledzenia tej opowieści. Pierwszy sezon przypominał mi trochę jak najszybsze odhaczanie punktów z książkowej listy. Zdaję sobie sprawę, że było to konieczne, by wyłożyć fundamenty, ale dla mnie ani ten, ani żaden inny sezon "Rodu smoka" nie dorównuje poziomem sezonom 1-6 "Gry o tron".

‎Pozostaje pytanie najważniejsze – czy George R.R. Martin ukończy kiedyś "Wichry zimy"? Myślę, że nie… Myślę, że jest bardziej zajęty pisaniem na blogu o tym, jak bardzo filmowcy nie szanują jego twórczości, bo smok na targaryeńskiej fladze ma cztery nogi zamiast dwóch (oczywiście piszę to półżartem, półserio).

‎Tym niezbyt optymistycznym akcentem zakończę swoje wypracowanie. 
‎Teraz tylko dożyć do 2028 roku, żeby zobaczyć, jak twórcy zepsują – to znaczy: zakończą – historię Tańca Smoków.
1 10
Moja ocena sezonu 3:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Sezonu 2 serialu Ród smoka
Tym razem do Westeros zawitała nie zima, ale zimna wojna. Skonfliktowany ród Targaryenów podzielił się na... czytaj więcej
Recenzja Ród smoka
"Ród Smoka" to "Gra o tron". "Ród Smoka" to nie "Gra o tron". "Ród Smoka" to "Gra o tron", bo to... czytaj więcej