29 FPFF w Gdyni - odsłona druga

  • Filmweb
  • autor: Marcin Kamiński
  • Wywiad
Drugi dzień festiwalu za nami i już są pierwsze niespodzianki. Wczoraj odbył się pokaz nowego filmu Jacka Borcucha ("Kallafiorr"_ zatytułowany "Tulipany". Tym razem reżyser nie zaskoczył nas awangardową opowieścią z pogranicza kina offowego, ale miłą, ciepłą i poruszającą historią o starości i przemijaniu. Film spodobał się nie tylko obecnym na festiwalu dziennikarzom, ale również widzom, którzy po projekcji w Teatrze Muzycznym nagrodzili "Tulipany" trwającymi 2 minuty i 23 sekundy oklaskami. Są to jak na razie najdłuższe brawa tego festiwalu i na dzień dzisiejszy "Tulipany" są najpoważniejszym kandydatem do jednej z dwóch nagród publiczności (drugą przyznają widzowie Silver Screen oddający swoje głosy na specjalnych kartach).

Zdjęcie z konferencji Tulipany"Tulipany" opowiadają historię przyjaźni trzech 60-latków, którzy mimo upływu lat nie chcą się poddać starości. "Nie jestem cuchnącym moczem staruchem" - mówi w pewnym momencie bohater grany przez Zygmunta Malanowicza.
Kiedy jednak jeden z przyjaciół dostaje zawału, pozostali zaczynają zastanawiać się nad przemijaniem, nad tym, ile czasu im jeszcze zostało i czy dobrze wykorzystali swoje życie.

"Tulipany" to ciepła i pogodna opowieść o przemijaniu, która z wielu podobnych filmów wyróżnia się specyficznym, żeby nie powiedzieć "patynowym" klimatem. Fabuła obrazu jest - jak to określił sam Jacek Borcuch - wątła. Niektóre postaci nie są do końca wykorzystane, nie dowiadujemy się zbyt wiele o ich przeszłości. W "Tulipanach" reżyser bardziej przyglądą się pewnym wydarzeniom, które dzieją się niezależnie od niego. "Wszystko jakoś samo się dzieje" - dodaje na zakończenie jeden z bohaterów.

Cały film utrzymany jest w kolorystyce sepii. Dominują długie ujęcia, narracja jest powolna a całość dla mnie osobiście jest doskonałą podróżą sentymentalną potęgowaną dodatkowo niesamowitą muzyką Daniela Blooma - jednego z członków grupy Physical Love. Ścieżka dźwiękowa "Tulipanów" jest wspaniała i kiedy ukaże się wreszcie na CD, na pewno znajdzie się w wielu prywatnych kolekcjach.
Największym atutem "Tulipanów" są aktorzy. Do głównych ról Jackowi Borcuchowi udało się pozyskać trzech wspaniałych aktorów: Jana Nowickiego (Matka), Zygmunta Malanowicza (Malutki) i Tadeusza Plucińskiego (Lolek), którzy na ekranie tworzą wspaniałe trio. Aktorzzy przyznają, że znają się od wielu lat, więc oglądając ich mamy wrażenie, że patrzymy nie na aktorów, ale na prawdziwych kumpli, którzy wspólnie sporo przeżyli i mimo upływu lat cały czas mogą na siebie liczyć. Mam nadzieję, że któryś z odtwórców głównych ról zostanie doceniony przez gdyńskie jury. Osobiście trzymam kciuki za Jana Nowickiego.
W "Tulipanach" po wielu latach nieobecności wystąpiła również Małgorzata Braunek, dla której rola w tym filmie może być okazją do powrotu - po wielu latach nieobecności - na duży ekran. Mam nadzieję, że tak się stanie, bowiem rola Marianny jest niewielka, ale niezwykle udana.

Zdjęcie z konferencji Tulipany"Tulipany" bardzo miło mnie zaskoczyły. Ponieważ nie jestem fanem "Kallafiorra", w którym moim zdaniem dobra jest jedynie muzyka, po najnowszym obrazie Jacka Borcucha nie spodziewałem się niczego specjalnego. Tymczasem spotkało mnie bardzo pozytywne rozczarowanie. To znak, że Jacek Borcuch rozwija się i oczywiście doskonali swój warsztat reżyserski. Na następny jego film będę czekał z niecierpliwością.

"Zastanawiałem się jak będę wyglądał za 30 lat. Moja matka, powiedziała mi kiedyś, że nawet się nie spostrzegę, a już będę w tym wieku. Dlatego postanowiłem zrobić ten film" - mówił na konferencji prasowej Jacek Borcuch. "Chciałem pokazać starość w taki sposób, w jaki sam chciałbym ją przeżyć".
"Tulipany" to dla mnie rodzaj podróży sentymentalnej" - kontynuował Boruch. "Starałem się w tym filmie oddać coś, co nazywa się 'magią kina', a czego bardzo mi w dzisiejszych czasach brakuje. Moim zdaniem kino ma zabrać widzów w świat, przygodę, podróż, których nie mają na codzień i mam nadzieję, że 'Tulipany' taką rolę pełnią".
Dziennikarze byli szczególnie zainteresowani tym, jak udało się Boruchowi namówić do współpracy takich wspaniałych aktorów. Reżyer przyznał, że z mężczyznami nie było trudno. Już na etapie scenariusza myślał o obsadzeniu konkretnych artystów w głównych rolach i kiedy skończył tekst wysłał go im do przeczytania. Aktorom bardzo się spodobał i zgodzili się wystąpić. Najtrudniej było pozyskać do współpracy Małgorzatę Braunek, która przez długi czas mówiła, że nie jest zainteresowana rolą w "Tulipanach". W końcu reżyserowi udało się ją namówić. - Jacek przekonał mnie, że będzie to nietypowy film o ludziach starszych - podkreślała aktorka - którzy jakiś czas temu zniknęli praktycznie z medialnej rzeczywistości.

Zdjęcie z konferencji TulipanyBudżet "Tulipanów" zamknął się w sumie 1,1 miliona złotych, ale 90% budżetu twócy otrzymali dopiero po zakończeniu zdjęć. Większość prac na planie odbywało się metodą partyznacką. Twórcy podpisywali faktury, na które nie mieli pokrycia, a Jan Nowicki, który na czas zdjęć przeniósł się do Warszawy, nocował w mieszkaniu Jacka Borcucha. "To był horror" - mówił na konferencji Jan Nowicki. "Pracowaliśmy w ciężkich warunkach i za bardzo nieduże pieniądze. To, że ten film udało się w ogóle ukończyć, to prawdziwy cud. Z dużym zdumieniem wysłuchwałem więc wczoraj wypowiedzi organizatorów, którzy cieszyli się, że polskie kino się rozwija. Gratuluję im dobrego samopoczucia. Jak można być gospodarzem nie istniejącego gospodarstwa?"

"Tulipany" to jak na razie najlepszy film, który zobaczyłem na tegorocznym festiwalu. Mam nadzieję, że nie wyjedzie stąd bez nagrody.

Po "Tulipanach" przyszedł czas na nowy film Jana Hryniaka "Trzeci", który zapowiadany jest jako "melodramat nawiązujący do klasyki polskiego kina ' 'Noża w wodzie' Romana Polańskiego". Cóż, od razu na wstępie chciałbym zaznaczyć, że są zapowiedzi mocno przesadzone. "Trzeci" i "Nóż w wodzie" mimo kilku niewielkich podobieństw to dwa bardzo różne filmy.

Bohaterami "Trzeciego" są Adam i Ewa, dwoje młodych i bogatych yuppies, którzy spędzają wakacje na własnym jachcie. Niestety, ich wspólne życie nie układa się najlepiej. Adam skoncentrowany tylko na pracy nie ma czasu dla swojej młodej żony, która czuje się samotna i opuszczona. Pewnego dnia w ich życiu pojawia się starszy mężczyzna. Jego obecność odmieni życie pary głównych bohaterów.

Zdjęcie z konferencji Trzeci"Trzeci" to jak na razie najlepszy od strony technicznej film festiwalu. Ma doskonałe zdjęcia, niezłą muzyką, jest świetnie zagrany i zmontowany. Niestety, wraz ze sprawnością warsztatową filmowców nie poszła w parze umiejętność opowiadania ciekawych historii. Dobry i ciekawy pomysł tym razem zaowocował nie wciągającą, a pod koniec zwyczajnie "przekombinowaną" opowieścią.
Stary, w którego rolę wciela się Marek Kondrat, jest człowiekiem znikąd. Cieszy się życiem i nie odmawia sobie drobnych przyjemności. Jego zachowanie i sposób bycia są zaraźliwe. Z czasem Adam i Ewa zaczynają zdawać sobie sprawę, czego w ich życiu brakuje. Wreszcie dociera do nich, co jest dla nich ważne a co nie. Moim zdaniem trochę to banalne.
Poza tym oglądając "Trzeciego" cały czas miałem wrażenie, że reżyser nie do końca wiedział, jaki film nakręcić. W scenariuszu pojawiają się między innymi sugestie, że Stary może być groźnym przestępcą, ale paradoksalnie nie potęgują one napięcia wśród widzów, czyli z dreszczowca nici. Do "melodramatu" - wbrew zapowiedziom dystrybutora - też "Trzeciemu" daleko.

"Trzeci" zyskuje bardzo wiele dzięki kreacjom aktorskim. W rolę małżeństwa wcielili się Magdalena Cielecka i Jacek Poniedziałek, a partneruje im wspomniany już Marek Kondrat. Szczególnie jego kreacja zasługuje na uwagę. Kondrat po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najlepszych rodzimych aktorów i kto wie, czy i tym razem nie wyjedzie z Gdyni z nagrodą.

Podczas konferencji prasowej twócy "Trzeciego" odżegnywali się od jakichkolwiek inspiracji. "Inspiracją było dla mnie całe kino" - mówił scenarzysta Wojciech Zimiński ucinając wszelkie dyskusje na temat związku obrazu z "Nożem w wodzie" Polańskiego.
"To zupełnie niezależna historia".
Zdjęcie z konferencji TrzeciGwiazdą konferencji prasowej był Marek Kondrat, który skupił największą uwagę dziennikarzy. "To zupełnie inna rola w mojej karierze" - mówił o postaci Starego. "Jednocześnie jest mi bardzo bliska. Gram faceta w swoim wieku, z pewnym bagażem doświadczeń. Budując tę postać, korzystałem w dużej mierze z własnych przeżyć i przemyśleń".

Po dwóch filmach z konkursu oficjalnego przyszła pora na kino niezależne. Na pierwszy ogień poszło "City" Macieja Odolińskiego z Krzysztofem Stelmaszykiem w roli głównej. Bohaterem filmu jest wpływowy biznesmen Aleksander Rodziewicz z powiązaniami politycznymi, który jedzie samochodem do swojej spędzającej wakacji żony i córki. W pewnym momencie widzi przy drodze poważnie ranną młodą dziewczynę. Bojąć się, żeby to znalezisko nie zaszkodziło jego karierze zostawia ją nie dzwoniąc nawet po policję, czy karetkę. Chwilę po jego odjeździe dzwoni telefon. Rodziewicz ma zostać kolejnym lauretaem Oredru Uśmiechu...

"City" to krótka - film trwa nieco ponad 30 minut - opowieść o zakłamaniu i korupcji. Główny bohater nie liczy się z nikim. Dziennikarce, z którą pisał tekst grozi, że sprawi, że wyrzuci ją z pracy, podejrzewa, że Order Uśmiechu przyznawany jest przez bliżej nieokreśloną "grupę trzymającą władzę", a po drodze do kochającej rodziny korzysta z usług przydrożnej prostytutki. Taki wizerunek człowieka, a szczególnie biznesmena z koneksjami politycznymi, nie jest niczym nowym ani w polskim kinie, ani w polskiej rzeczywistości. Szkoda tylko, że Odoliński mocniej nie podkreślił zakończenia filmy. "City" skłania do myślenia, ale finał nie jest tak mocny, jak być powinien.

W następnej kolejności wybrałem się na najnowszy film Grzegorza Lipca ("Że życie ma sens") zatytułowany "Dzień, w którym umrę". Bohaterem obrazu jest 30-paroletni mężczyzna, który pewnego dnia postanawia przerwać swoją monotonną i upokarzajacą egzystencję. Odrzuca wszelkie reguły i ograniczenia, a swoją spontanicznością stara się zarazić innych.

"Dzień, w którym umrę" to jeden z tych niezależnych filmów, o których jeszcze usłyszymy. Film zaskakuje niezłymi efektami specjalnymi (cyfrowy deszcz), profesjonalnym montażem, jak również oryginalną pracą kamery. Szkoda tylko, że w pewnym monecie te zabiegi formalne stają się wartością samą w sobie, przytłaczając w ogóle fabułę filmu. W tym chaosie gubi się również przesłanie płynące z obrazu, które - dla mnie przynajmniej - okazało się bardzo niejasne.

Grzegorz Lipiec z całą pewnością ma talent. Nie boi się podejmowania tematów trudnych i kontrowersyjnych. Eksperymentuje z formą, czerpie inspirację od najlepszych (w "Dniu,..." nie da się nie zauważyć nawiazań do "Requiem dla snu"). Mam nadzieję, że któregoś dnia twórca będzie miał okazję zrobić dobry film za normalne pieniądze, a ja będą mógł zobaczyć go w oficjalnym konkursie w Gdyni.

Drugi dzień festiwalu zakończyłem "Parkiem tysiąca westchnień" Ryszarda Macieja Nyczki, autora nagrodzonej kilka lat temu w Gdyni "Kobiety z papugą na ramieniu". Niestety, najnowsze dzieło Nyczki zalicza się do nurtu, które moja koleżanka określa mianem "uffowe" - czyli takich, po których obejrzeniu mówimy z ulgą uff.
"Park tysiąca westchnień" to inspirowana sztuka Artura Schnitzlera "Taneczny korowód" opowieść o dziesięciu parach kochanków spotykających się na ławce w parku. Dziesięc epizodów, z których każdy zazębia się z następnym. Szkoda tylko, że jest to wszystko nieprawdopodobnie nudne i nie wciągające. Podobnie jak w prezentowanym przed rokiem "Siedem przystanków na drodze do raju" poszczególne epizody prezentują się jeszcze nieźle, ale już nie składają się w jedną, spójną i klarowną całość. Mocno się rozczarowałem.

Muszę już kończyć bowiem biegnę zaraz na "Serce gór" Rafała Lipki, a później mam w planach "Ono" Małgorzaty Szumowskiej i "Spam". O tych filmach przeczytacie już jutro.


"Młodości dodaj mi skrzydła" - podsumowanie festiwalu w Gdyni

"Pręgi" zdobywają Złote Lwy, "Mój Nikifor" wielkim przegranym

Nowy film Wojcieszka i szantaż dystrybutora - piątek na festiwalu w Gdyni

Czy "Mój Nikifor" zdobędzie Złote Lwy - czwartek na festiwalu w Gdyni

Trzeci dzień 29. FPFF

Poniedziałek na festiwalu w Gdyni

Lista filmów konkursowych
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię