Film zaczyna się jak u Hitchcocka, wielkim bum. Potem wszystko opada jak napromieniowany pył udający śnieg (podobnie było przy kretyńskiej detonacji na atolu Bikini).
To błoto lepi się cały film, którego scenariusz to kalka z jakiejś kiepskiej książki Mastertona, gdzie rozwiązanie jest za rogiem.
W tej historii mamy nawiązania do paraliżu sennego, o którym powstały już co najmniej dwa filmy. Tylko tu dodano Frediego K., który z racji feminizowania wszystkiego na siłę jest kobietą. Marą (czyżby swojska zmora, którą jednak kobietą nie jest?). Całość nie próbuje nawet stworzyć tajemnicy, bo niemal na każde pytanie od razu pojawia się odpowiedź. A logika? Kuleje. Wpierw potwór morduje tych, co czują się winni, by zmienić zdanie w ostatnim akcie.
Jumpscary wyskakują często, głośnie i przewidywalnie. A umieszczenie wieku jednego z bohaterów na tablicy ... ogłoszeń(?) W sali przesłuchań to już plucie w twarz widzowi.
Sorry, nie umiem pisać recenzji, ale ten film mógł być lepszy.