...czy WSZYSTKICH nastolatków i ogólną młodzież uważacie za osoby bez jakiegokolwiek gustu filmowego i doceniające tylko blockbustery itp., a naprawdę dobre, pożadne filmy uważające za dno?
Nie powiedziałbym, że każdy. Powiem szczerze, że jeszcze nie jestem pełnoletni ale przez coś takiego nie przechodziłem nigdy. Uwielbiam wszelkiego rodzaju filmy z poprzedniego stulecia, a aktualne filmy wg. mnie rzadko kiedy są dobre. Czasami trafi się dobry nowy film, ale to nie to samo jak kiedyś. Wśród moich znajomych nikt nie podziela mojego gustu filmowego. Gdy pytają mnie "Oglądałeś Venoma? Wg. mnie to najlepszy film sci-fi jaki widziałem" (a takie zdanie usłyszałem), to ja odpowiadam "A oglądałeś Fight Club?", na co on "A co to jest za gówno?". Generalnie ręce mi wtedy opadają.
To,że oglądasz filmy z XX wieku nie oznacza od razu,że masz wyrafinowany gust...
Tak, wiem. Nie mówię, że mam. Jedynie irytuje mnie to, że ludzie mówią, że dzisiejsza młodzież jedyne co ogląda to jakieś bezsensowne nawalanki bez jakiejkolwiek fabuły i wszystkich wrzucają do jednego worka.
Gdy byli młodzi też tego typu filmy oglądali.Narzekają,bo się starzeją i zazdroszczą młodości. Za moich czasów (:D) oglądali reality show, filmy z Seagalem i Van Dammem,debilne komedie o amerykańskich nastolatkach, gówniane telenowele które lecą w tv do dziś i pewnie do teraz je oglądają :D
Ale im tego nie wyjaśnisz. Nie zmienią zdania. Oni oglądają ambitne, głębokie kino a cała "dzisiejsza młodzież" ogląda tylko *miejsce na tytuł filmu, którego nie widzieli i mówią że jest słaby* i poza tym nic innego...
"Nasza młodzież nie myśli dziś o niczym, zajmuje się tylko sobą, nie ma uszanowania dla rodziców i starszych; młodzi nie mają w sobie żadnej pokory, wypowiadają się tak, jakby wszystko wiedzieli, wszystko to, co my starsi uważamy za ważne, oni nazywają głupim. Nasze dziewczęta są próżne, nieroztropne oraz lubieżne, nie zwracają uwagi na to, co mówią, jak się ubierają i jak żyją."
Piotr z Amiens - XII wiek
Hm. Całkiem ciekawe przywoływanie cytatu z dawien dawna i szukanie w nim porównywalności z dzisiejszą rzeczywistością. W końcu ludzkość zawsze popada w błędne koło - wszystko się zapętla, ze skrajności w skrajność, bez umiaru i tej jakże niezbędnej nuty subtelności. Dotyczy to również stosunków między rozciągniętymi na szeroką skalę pokoleniami.
Kluczem jest równowaga. Równowaga polega na proporcjonalności pochodzącej z obu stron. Im mniej jej jest tym większe prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu różnorako pojmowanego. A co kształtuje zgodność tych obu paradoksalniw lgnących do siebie w imię pokazania swojej racji ogniw? Nasze życie to wypadkowa i zarazem składowa rzeczy małych, a zatem dla próżnego ludzkiego oka powierzchownie nieistotnych. Te ewoluują w nieustannym biegu, co jest procesem naturalnym. Temperament czasów się zmienia, a temperament - jakże chwiejny - człowieka musi za tym nadążyć. To co było kiedyś przeminęło, pozostali po tym jedynie ludzie, jako żywe relikty przeszłości, stykające się z nowymi okazami naszego gatunku. Dobra etykieta nakazuje bezwzględnie pełne szacunku traktowanie starszych, ze względu na bagaż doświadczeń, emocji. Starszy nie znaczy mądrzejszy. Starszy znaczy posiadający więcej szans i lekcji od młodszego. Przechodząc do meritum, czy powinniśmy uważac próbę skolidowania ze sobą naszego świata z światem w głowach pozornie dojrzalszych za brak szacunku? Nie. To działa w obie strony. Problemem jest zawsze brak zrozumienia. Przyczwyczajeniach. Zamykaniu się w obrębie własnego rozumowania i gorliwe trzymanie się wyłącznie własnego horyzontu, zero obiektywizmu, bo starsi to nudziarze, a młodzi to rozpustnicy.
Powinniśmy się uczyć od siebie nawzajem. Jedno bez drugiego nie pociągnie. Tym czasen żremy się o to, kto żył lepiej i kto jest lepszym człowiekiem. Gwarantuję, że jeżeli tak zależy komukolwiek na dobroci będącej swoistym składnikiem mądrości to zrozumie ile dać nam może komunikacja łamiąca bariere wieku. Szkoda że sami się do niej zniechęcamy.
Fight Club jeden z moich ulubionych filmów;) ja przechodziłam przez to. To telenowele oglądałam, jakieś puste polskie seriale, reality show, filmy nastawione na pustą rozrywkę. Jednak zawsze ciągło mnie do bardziej ambitniejszych produkcji. Tylko że dla każdego co innego to oznacza. Pamiętam, że w czasach liceum siedziałam po nocach i produkcję z pasma Kocham Kino "łykałam". Do tej pory lubię czasem się odhamić I oglądam przeróżne filmy dla np samych efektów I Venom bardzo mi się podobał. Zresztą uwielbiam filmy na podstawie Marvela czy DC.
Kazdy nastolatek powinien sięgać do kina lat 70-tych, 80-tych i 90-tych, gdyż obecne kino to gorsza zrzynka tamtejszych hitów.
Nie, bo gust to rzecz niemierzalna obiektywnie, więc nie ma obiektywnie dobrych filmów. Film to tylko piksele na ekranie. A cała reszta czyli emocje, uczucia i poglądy, opinie to rzecz dziejąca się indywidualnie tutaj (wskazuje na głowę)
Gust niezmierzalny, więc nie ma szansy na wskazanie, który film jest znakomity, a który beznadziejny? Dziwna logika.
Film jest wielki bądź nędzny niezależnie o czyjegoś subiektywnego sądu. Dobry gust wspomoże właściwe rozpoznanie, zły uniemożliwi.
Nie dziwna logika, a po prostu logika.
"wielki" i "nędzny" to opinia. A opinie są tylko subiektywne.
Obiektywne filmowe fakty (czyli takie, które może sprawdzić każdy bez wyjątku) to takie rzeczy jak: długość filmu, reżyser, aktorzy, użyta kamera, aspect ratio.itp.
A więc film jest wielki bądź nędzny ZALEŻNIE od naszego sądu. Inaczej nie istniałby system ocen na filmwebie, a dyskusje na forach sprowadzałyby się do poklepywania się nawzajem po pleckach.
Michał Anioł jest wielki. To nie tylko opinia, to fakt. Konkret, niezależny od tego, czy ktoś tę wielkość dostrzega, czy też nie.
Podobnie słaby widz nie doceni wielkiego filmu, ale czy to dla wartości tego filmu ma jakiekolwiek znaczenie?
Mieszasz aspekt włoskiego malarza z ocenianiem filmów? xD
To tak jakbym miał ocenić smak pizzy w ten sam sposób w jaki oceniam wyczyn Usain Bolta
Ta, i zdefiniuj "wielki" film ;D Bo zdajesz sobie sprawę, że "wielki" ma w odniesieniu do nas nasze własne indywidualne cechy?
"ma w odniesieniu do nas nasze własne indywidualne cechy"
W sensie, że to my sami nadajemy sobie definicję "wielki". I to, że ty coś uznasz za wielkie, nie oznacza, że inni też powinni.
Nie, podaje przykład sztuki ponadsubiektywnie wielkiej. Nie chodzi ani o moją, ani o twoją subiektywna opinię. One nie mają siły wiążącej.
Nie ma czegoś takiego jak "ponad subiektywna". Albo coś dzieje się w twojej głowie, albo poza nią.
A i czekam na wytłumaczenie określenia "wielki", bo widzę, że czmychnąłeś od odpowiedzi.
Wielki czyli nadzwyczajny, wyrastający ponad standard, wytyczający nowe kierunki, proponujący świeże, nowatorskie spojrzenie Taka jest twórczość Michała Anioła, malarstwo della Francesci, rzeźby Berniniego. Zupełnie nie ma znaczenia, czy ty bądź ja potrafimy to dostrzec i docenić. Byłoby absurdem, gdyby jakość twórczości Tołstoja, Bruno Schulza albo Caravaggia zależała od twojej czy mojej indywidualnej oceny. Żaden z nas nie jest pępkiem świata. A może jednak? ;)
Ponadsubiektywna - czyli ponad indywidualnym gustem, kaprysem, dąsem. Np. Kafka to obiektywnie wielki pisarz, nie ma znaczenia, że ktoś subiektywnie go nie lubi, nie poważa, nie ceni. W sztuce nie na demokracji ani egalitaryzmu. Są dzieła ważne i słabe. Jeśli spojrzymy na malarstwo minione, łatwo można wskazać dzieła prekursorskie i ważne i nie pomylić ich z tymi, które są epigonskie czy byle jakie.
Czyli ty mówiąc o "wielkim" wcale nie masz na myśli jakości i estetyki, a tego jakie były historyczne skutki owych jego dzieł. To z tym się zgodzę, z historią nie mam się co kłócić. To tak jakby mówić o filmach, że odniosły sukces komercyjny, to jest dużo się o nich mówi, dużo zarobiły.
To są fakty, ale W ŻADNYM stopniu nie są one wyznacznikiem jakości danego dzieła. Bo ową ocenę już przyznajemy my sami.
Bo gdyby oceniać dane dzieło za to jak ogromny sukces komercyjny odnosi, to jakość filmów rosłaby wraz z każdym dolarem zarobionym w BoxOfficie.
A zgodzisz się chyba, że to nie na tym polega co nie?
Odnośnie "ponadusbiektywizmu", to po prostu opisałeś obiektywizm, ale w znaczeniu skutków i reakcji populizmu danego dzieła.
Sztuka to całe spektrum emocjonalnych reakcji. Poprzez pustkę jak w suprematyźmie, po głęboki warsztat i wyrobiona ręka, jak w czasach renesansu/baroku, gdzie sztuką nazywano obrazy, przenoszące 1:1 rzeczywistość.
Pojęcie sztuki zmienia się, ewoluuje. Nie ma jednoznaczej definicji ani zasad, czym się kierować, by coś nazwać sztuką. To ma być zabawa dla zmysłów i emocji. I nie ma sensu by wkopywać się w kajdany cudzych opinii tylko i wyłącznie dla własnego komformizmu.
Wychodzę z założenia, że każde dzieło czy instalacja może być oceniona w spektrum od 1 do 10. Kwestia tego, jak dobrze potrafisz opisać emocje stojące za przyznaniem twojej oceny.
Nie, my jedynie subiektywnie wyznaczamy, określamy, czy dana sztuka jest ważna i wielka dla nas samych. To zupełnie nie musi się przekładać na wartośc dzieła ponad naszym subiektywnym osądem. Szekspir będzie wielki niezaleznie od tego, czy ty go będziesz cenił, a ja ignorował.
Tak, jest istotne, czy jakś twórczosć była (jest?) przełomowa, nowatorska, świeża - bo to wpływa na kategorię oceny artysty i jego dzieła. Ale z perspektywy dzisiejszego widza np. nowatorskie malarstwo manierystyczne może być nudne, dziwaczne, nieporadne, nieciekawe. Może - tylko co z tego? Decyduje przecież nie to, ile osób ocenia tak czy inaczej, ale kto ocenia. Czy ma instrumenty, żeby ocenić sprawiedliwie dzieło. Powiedzieć mozna wszystko, ale nie wszystko mozna obronic. Argument w postaci "tak czuję, tak mi sie wydaje, ty masz swoja rację, ja swoja i każda jest równoważna " - to za mało. Wiecej - to wygodny wytrych i oszustwo. W ocenie sztuki nie ma demokracji, bo gdy jeden umie naprawic silnik, drugi pilotować samolot, jeszcze inny wprawnie rozumie obrazy - albo nie rozumie.
Dla jasności: Bernini twoim zdaniem obiektywnie nie może być wiellkim artystą, bo jeśli przyjdzie jakaś pani i powie, ze Berninego nie ceni, to automatycznie jej zdanie waży tyle samo, co osoby, która Berniniego docenia, czy tak? Zaś argumenty dotyczace walorów sztuki Berniniego - jakiekolwiek by nie były - można latwo uchylić bo opierają się po prostu na subiektynej, nieweryfikowalnej ocenie i guście?
"my jedynie subiektywnie wyznaczamy, określamy, czy dana sztuka jest ważna i wielka dla nas samych. To zupełnie nie musi się przekładać na wartośc dzieła ponad naszym subiektywnym osądem."
Sam sobie przeczysz. Skoro to my, ludzie subiektywnie wyznaczamy wartość, to w jaki sposób ta wartość ma istnieć "na zewnątrz"?
"Szekspir będzie wielki niezaleznie od tego, czy ty go będziesz cenił, a ja ignorował."
Nie będzie, bo w obiektywnej rzeczywistości pojęcie "wielki" nie istnieje. Możemy się co prawda odwoływać do dokonań, sławy. Ale jeśli kogoś jego język nudzi, to ma rację. A ktoś w jego języku odnajdzie opis swojej duszy - również ma rację. Na tym polega piękno sztuki. Na tych zindywidualizowanych reakcjach na nie.
"Tak, jest istotne, czy jakś twórczosć była (jest?) przełomowa, nowatorska, świeża - bo to wpływa na kategorię oceny artysty i jego dzieła."
A istotne dla kogo? Tak, istotne dla ludzi, których to interesuje :D
"Ale z perspektywy dzisiejszego widza np. nowatorskie malarstwo manierystyczne może być nudne, dziwaczne, nieporadne, nieciekawe. Może - tylko co z tego? Decyduje przecież nie to, ile osób ocenia tak czy inaczej, ale kto ocenia. Czy ma instrumenty, żeby ocenić sprawiedliwie dzieło."
Rozumiem, że ty posiadasz taki instrument do "sprawiedliwego" oceniania? Powiem szczerze, że jak taki przedstawisz to wywrócisz świat filozofii i psychologii do góry nogami.
"Powiedzieć można wszystko, ale nie wszystko można obronić. "
Jeśli mówimy o faktach - owszem
Jeśli mówimy o emocjach i ocenach sztuki - wszystko da się obronić. No chyba, że ktoś nie jest pewny swoich odczuć, albo nie umie po imieniu nazwać swoich emocji i przez to gubi się w zeznaniach.
"Argument w postaci "tak czuję, tak mi sie wydaje, ty masz swoja rację, ja swoja i każda jest równoważna " - to za mało."
Jeśli mówimy o naszych odczuciach - w zupełności wystarczy, Wszak na tym polegają recenzje i opinie na forach filmowych. Na subiektywnym opisie swoich odczuć po danej produkcji.
Jeśli jednak mówimy o sukcesach komercyjnych - zarobionych pieniądzach, reakcjach, sukcesów branżowych. Z tym jest inaczej.
"Więcej - to wygodny wytrych i oszustwo."
xDDD A to dlaczego?
"W ocenie sztuki nie ma demokracji"
W ocenie sztuki nie ma polityki, są emocje i nasze odczucia.
"jeszcze inny wprawnie rozumie obrazy - albo nie rozumie."
Test Rorshacha obala to co mówisz. Każdy w obrazie widzi co innego. Oczywiście gdy mówimy o sztuce emocjonalnej, a nie rzemieślniczej.
" Bernini twoim zdaniem obiektywnie nie może być wiellkim artystą, bo jeśli przyjdzie jakaś pani i powie, ze Berninego nie ceni, to automatycznie jej zdanie waży tyle samo, co osoby, która Berniniego docenia, czy tak? Zaś argumenty dotyczace walorów sztuki Berniniego - jakiekolwiek by nie były - można latwo uchylić bo opierają się po prostu na subiektynej, nieweryfikowalnej ocenie i guście?"
Dobra, już wiem jak cię chwycić.
Rozróżnij podstawową sprawę, że sztuka rzemieślnicza wymaga wyrobionej ręki, umiejętności. I tą wyrobioną rękę można docenić, bo wiemy, że autor poświęcił kilka lat na przygotowanie dzieła. Chociaż nie trzeba, bo nie ma takiego wymogu.
Ale w tym momencie doceniamy autora, a nie samo dzieło. Bo "dzieło" to już sztuka emocjonalna. Tam rolę właśnie odkrywa to, jak się czujemy patrząc na sztukę. Czy czujemy złość, rozczarowanie, mniejsze, większe, może coś sobie przypominamy, może budzi to w nas jakieś skojarzenie. Co przyjdzie jakiś człowiek to poczuje wszystko, drugi poczuje nic.
Odnośnie ostatniego. O docenianiu autora to tak chaotycznie, ale widzę, że tobie chodzi o to, by docenić autora za to, że dzieło stworzył. Tylko, że, żeby nie wyjść na hipokrytę, należy w ten sam sposób docenić wszystkich autorów wszystkich dzieł.
A jednak to patrząc na dzieło, który poprzez sztukę autor przelewa swoje myśli i odczucia na jakąś instalację, my sami możemy na tej podstawie docenić autora. I w ten sposób ja czynię, i Pani Jadzia z twojego przykładu.
Skoro jakieś dzieła mi się nie podobają (i mam ku temu klarowne argumenty emocjonalne) tak też nie mam powodu by autora ocenić pozytywnie.
A żeby jeszcze bardziej zoobrazować co mam na myśli to wyobraź sobie taki scenariusz:
W Ziemię pierdykła asteroida, w związku z czym każdym człowiek na Ziemii umiera.
Czy Szekspir nadal jest wielki? Nie, bo nie ma nikogo, kto by ocenił jego dzieła. Cały dorobek przepadł, wraz z naszymi uczuciami i przemyśleniami.
Według Ciebie jednak jest wielki. Pytanie, w jaki sposób? Gdzie to "wielki" znajduje się w rzeczywistości?
Sztuka istnieje zawsze w ramach kultury i społeczności. Twoja asteroida niszczy wszystko, więc nie zostaje nic. Proponujesz pustkę, w której nie ma nie tylko Szekspira, nie ma żadnej ludzkiej myśli, czynu, uczucia. Niczego. W tym kontekście nicości niczego nie obronisz, bo nic nie zostaje.
O to to to!
Jeju, w końcu załapałeś! Czyli skoro nie ma czynnika ludzkiego, który by to ocenił i emocjonalnie zareagował - to nie ma sztuki.
Bum - subiektywizm górą!
Bardzo ciekawa opinia, brawo, też uważam że, żeby określić jakieś ramy trzeba określić pułap. Podałeś przykład malarski tak samo można podać przykład muzyczny czy np. filmowy
Panowie i panie np. "Siedmiu samurajów" to nie ta sama półka co "Legion samobójców", i nic tego nie zmieni.
Co do postu głównego - tu nie chodzi o gust filmowy, raczej o wybór czy szukasz tylko rozrywki dla samej rozrywki czy chcesz rozszerzać własny światopogląd poprzez oglądanie czegoś wartościowego.
Z mojej strony przyznaję że jestem na takim etapie huśtawek że w zależności od samopoczucia wybieram albo coś lekkiego i głupiego, albo ciężkiego, budującego, a czasami dewastującego
Moim zdanie, to że granice są przesuwalne/negocjowalne, nie oznacza wcale, ze nie powinno być ich w ogóle. Zmienia się gust, smak epoki, estetyczne oczekiwania, to prawda. Ale wcale nie wnioskuję na tej podstawie, ze każdy ma racje niezależnie od tego, co mu się będzie wydawało. Nigdy tak nie będzie. Michał Anioł nie może być jednocześnie wielki i nędzny, zależnie od widzimisię konkretnego widza. W ocenie działa jeden będzie bliżej prawdy, a drugi nie będzie w stanie jej ani zobaczyć ani poczuć. To normalne, podobnie jak to, ze jeden ma oczy, drugi jest niedowidzący, a trzeci niewidomy.
Oczywiście rozumiem, i w sumie się zgadzam, poza tym nie umiem tak mądrze pisać więc tylko przytaknę ;-) (kiwam głową potakująco przed monitorem).
" Michał Anioł nie może być jednocześnie wielki i nędzny, zależnie od widzimisię konkretnego widza. W ocenie działa jeden będzie bliżej prawdy, a drugi nie będzie w stanie jej ani zobaczyć ani poczuć."
A co jest w tej sytuacji prawdą obiektywną? Masz jakiś dowód? Jak to zbadać? Choćbyś się pochlastał to nie przedstawisz takiego dowodu. Możesz tylko odwoływać się do subiektywizmu w takiej ocenie.
Popieram Cię w tej dyskusji w całej rozciągłości.
Niestety, szanowny użytkownik zweistein zachłysnął się tym, że ''Słowacki wielkim poetą jest'', koniec i kropka. Zresztą to już drugi raz kiedy spotykam tego pana w zaciętej dyskusji, w której nie dostrzega on, że to dla konkretnego odbiorcy najważniejsze są jego własne doznania estetyczne.
Dostrzeże w pewnym momencie, odpowiednia retoryka i naprowadzenie w dyskusji sprawi, że albo dostrzeże swój błąd, albo (co bardziej prawdopodobne po dostrzeżeniu swoich błędów) nic już nie odpisze.
Nie zrozumiałeś. Oczywiste jest, że dla konkretnego odbiorcy najważniejsze jest własne widzenie i interpretacja. W ogóle nie o tym jest dyskusja. Skoro już komentujesz, to może na temat.
Nie, to Ty nie rozumiesz. A dowodzi tego jeden z fragmentów:
''Michał Anioł nie może być jednocześnie wielki i nędzny, zależnie od widzimisię konkretnego widza. W ocenie działa jeden będzie bliżej prawdy, a drugi nie będzie w stanie jej ani zobaczyć ani poczuć.''
Różne czynniki wpływają na to, że jakiś malarz czy pisarz jest w swej dziedzinie sztuki uznany za wybitnego. Czasem jest to opinia krytyków, czasem też czas się do tego przyczynia, czasem jeszcze coś innego. Ale to nie znaczy, że każdy odbiorca, któremu nie spodoba jego się twórczość, jest w błędzie. NIE MOŻE być w błędzie. Po prostu ma swój gust.
Swój, jasne. Niekoniecznie dobry. To przecież oczywiste, że nie każdy gust może być dobry. Muszą być też te gorsze, albo nawet wręcz złe, wystarczy popatrzeć jak ludzie ozdabiają swoje mieszkania. To niesamowite, że trzeba się spierać o oczywistości.
Michała Anioła nie każdy musi cenić. Więcej, nie każdy może, bo nie każdego taka sztuka poruszy, wzruszy, zachwyci. Ma prawo. Ale co z tego wynika dla samej sztuki Michała Anioła, co wynika dla niej z tego, że indywidualny widz go nie ceni? Zupełnie nic. Jego sztuka pozostaje bez zmiany. Bo to nie ty ani ja decydujemy o tym, czy jakieś dzieło jest wielkie. My możemy tylko starać się ta wielkość zobaczyć i poczuć. Ale nie każdy może i nie każdy chce. Z tego braku mocy i chęci dla wielkości Michała Anioła nic nie wynika. Brak jest nasz, nie jego.
Takich farmazonów już dawno nie czytałem.
Wychodzimy najwidoczniej z zupełnie innych założeń i mijamy się myślami. Cóż, bywa.
Nie są to mądrości, raczej oczywistości, ale jak widać nie dla wszystkich. Czyjś gust może być dla Ciebie kiepski, ale mimo to na pewno nie jest gorszy. Hierarchia gustów nie istnieje.
W sztuce nie na demokracji ani egalitaryzmu. Fajnie by było, gdyby każdy był piękny, młody i bogaty, ale to niemożliwe. Podobnie nie jest możliwe, żeby każdy miał rację w swojej ocenie sztuki i niezależnie od tego, co by uważał mądrego czy niemądrego, wszystko byłoby równo warte. Dlaczego ludzie mogą się mylić w innych sprawach, a w ocenie wartości sztuki wszyscy mają mieć identyczną rację? Dlaczego zdanie (przepraszam) imbecyla albo głupka waży tyle samo co opinia znawcy i erudyty? To po prostu niemożliwe.
Jedynym imbecylem jesteś tutaj Ty.
Gdyby jakiś malarz XIX wieczny nasrał na płótno, krytycy by się tym zachwycili, całość nabrałaby szlachetności dzięki upływowi czasu, to śpiewałbyś, że to sztuka wysoka, a temu, komu się nie podoba, to nie dorósł do niej.
Znam ten nieco naiwny tok myślenia. Od fantasmagorii wolałbym jednak konkretny przykład tego 19-w. artysty i jego zasranego dzieła. Łatwiej będzie mi się zachwycać na właściwym przykładzie.
Przy okazji: wyzwiska i chamstwo chyba nie są konieczne?
Ten tok myślenia jest bardzo trzeźwy w przeciwieństwie do Twojego.
''wyzwiska i chamstwo chyba nie są konieczne?''
Nie rozśmieszaj mnie. Najpierw sam okaż trochę szacunku do wszystkich odbiorców sztuki, wszystkich zjadaczy chleba, których obrażasz, a których gust jest równie ważny co Twój. Gdybyś nie wiedział, gdzie konkretnie obrażasz, to tu:
''Dlaczego zdanie (przepraszam) imbecyla albo głupka waży tyle samo co opinia znawcy i erudyty?''
Chyba żartujesz. Kogo konkretnie nazwałem głupkiem, jeśli nie hipotetycznego odbiorcy, który sztuki nie rozumie, nie zna, nie ceni? Kogo konkretnie bronisz?
Odmiennie: twoje wyzwiska skierowane są wprost do mnie. Nie widzisz różnicy?
Jeszcze tego obsranego artystę konkretnie bym prosił. Aż się pale do zachwytów.
Nie umiesz czytać ze zrozumieniem. Zastanów się nad słowem ''gdyby'' i o czym ono świadczy.
Bronię każdego odbiorcy, który nie zajmuje się ocenianiem filmów zawodowo (czyt. nie jest krytykiem/znawcą).
Przeciwstawiam się hierarchizacji gustów. Krytycy nie są potrzebni. Gust każdego człowieka ma taką samą wartość. Ziemia kręci się wokół słońca. Dwa plus dwa to cztery.
"Jedynym imbecylem jesteś tutaj Ty."
Choćbym czytał z najbardziej natężonym zrozumieniem, widzę konkretne wyzwisko skierowane do konkretnej osoby. Chyba nie masz wątpliwości, co napisałeś i do kogo?
Odnośnie artysty obsrywającego do moich zachwytów - wobec niezaistnienia zjawiska wątek zamykamy, prawda? ;)
Znawcy, erudyci i fachowcy są potrzebni i cenni w każdej dziedzinie. Czy mówimy o mechanice kwantowej, inżynierii czy medycynie albo literaturze. Twierdzenie, że właśnie sztuka jest polem, które powinno być uprawiane przez amatorów i laików to oczywisty nonsens. Gust byle ignoranta czy wręcz kretyna i gust znakomitego fachowcy w swej dziedzinie nigdy nie będą znaczyły tyle samo, jeśli już wskazać najbardziej kontrastowe zestawienie. Tak, istotnie, podobnie jak dwa plus dwa to cztery. :)
Dialog z Tobą jest jak rzucanie grochem o ścianę. Swoje wnioski wysysasz z palca, wymyślasz takie, jakie Ci pasują, nie mają one żadnego potwierdzenia w tym, co napisałem. Tylko udajesz, że rozumiesz to co piszę i że odpowiadasz na to. W rzeczywistości przedstawiasz tylko kolejną porcję swoich zabobonów. Szkoda strzępić ryja.
Moim "zabobonem" chyba nie jest twoje wyzwisko? Bo ten aspekt "dyskusji" jakoś skrzętnie przemilczasz.
Poczytaj trochę książek z zakresu sztuki. - może na początek "O złej sztuce" Poprzęckiej, na przełamanie lodów... ;) Wtedy może zobaczysz, że znawca dziedziny proponuje spojrzenie zazwyczaj głębsze i dalsze niż naiwny laik, albo wręcz nieuk. Wiedza i orientacja zawsze więcej ważą niż pustosłowie oparte na formule "bo tak myślę i nic ci do tego" - inaczej być nie może. Gusta są i muszą być różne, ale wielbiciel kiczu, sztuki złej, słabej, nędznej (a przecież to realne zjawiska), nie może być jednocześnie posiadaczem dobrego smaku - to nonsens.
Czy aspirujesz do bycia równym z fachowcami z zakresu medycyny, filozofii, inżynierii, a tylko sztukę doświadczasz swoimi dziwnym przeświadczeniami? ;)